Podobno od tego, w jaki sposób przychodzimy na ten świat, wiele zależy. Na przykład to, jakimi będziemy ludźmi – optymistami, zalękotami, furiatami czy depresantami. Albo to, w jaki sposób będziemy sobie radzić z mniej lub bardziej zwyczajnymi zdarzeniami życia codziennego. No i czy będziemy patrzeć przed siebie, czy pod nogi. Najgorzej mają ci, którzy patrzą za siebie – na stówę prędzej raczej niż później wyrżną w coś twardego. Zazwyczaj głową (na szczęście nie twarzoczaszką, skoro byli odwróceni). Z pewnością natomiast jest tak, że od tego, w jaki sposób my sami sobie coś narodzimy, zależy to, co właściwie narodziliśmy. Dla siebie i tzw. świata, czyli głównie innych ludzi, choć nie tylko.
Co dalej? A nawet nie chce mi się opisywać, bo się zrobi bardzo smutno. Rzucę więc tylko kilka haseł dla zarysowania konturów: wybuch, stres wszystkoogarniający, dupa blada, jeśli chodzi o posiłek w fajnej, tzw. „rodzinnej atmosferze”. A więc rodzę sobie sama taki mały koszmarek, który ma tendencję dość szybkiego wzrostu, czy raczej rozrastania się w mojej głowie i sercu, co w niedługim czasie prowadzi do wybuchu, wiadomo. Ważne: JA rodzę, ale nie tylko dla siebie, niestety.
A czasem, przy odrobinie świadomości i dobrej woli, wygląda to tak: hm… co ja bym miała ochotę dziś ugotować? Chyba pójdę do sklepu i zobaczę, co mają ciekawego. Przy okazji kupię sobie nowe „Zwierciadło”. No i w tym sklepie patrzę, a mają superświeżą wątróbkę na przykład. Taką dopiero co przywiezioną. No to kupuję ją, do tego jabłka, żeby było smacznie (nie ma to jak wątróbka smażona króciutko i serwowana z prażonymi jabłkami) i już sobie wyobrażam ten smak. I chrupkość tostów, na których powyższe zostanie zaserwowane. Wszystkim. No i oczywiście nie zapominam o „Z.”. Wracam do domu i… no właśnie nie, wcale nie do garów, tylko do gazetki. Obiad zrobię za pięć dwunasta, bo: po pierwsze całe gotowanie zajmie mi pięć minut, a po drugie tego dania nie da się przyrządzić wcześniej.
Albo: jakoś tak marzy mi się domowej roboty lasagne. Idę, kupuję wszystko, co trzeba, a potem – z lampką wina lub bez – gotuję, smakuję, przyprawiam, udoskonalam, bawię się smakiem, znów coś zmieniam. Potem układam warstwy. Generalnie: TWORZĘ. W towarzystwie Boba Marleya na przykład. I to moje DZIEŁO z dumą serwuję. Na luzie, z uśmiechem i zadowoleniem wielkim.
Albo: szykuję składniki na pizzę i… czekam na nich. Bo w tym największy jest ambaras. Żeby razem. Każdy dostaje swój kawałek wyrośniętego ciasta drożdżowego, robi sobie taką grubość, jaką chce, a potem nakłada, ozdabia, komponuje wszystkimi pozostałymi delikatesami. Tak, pomidorami też. Bo pomidor na pizzy to… albo niewarzywo, więc może być, albo jakoś się wtedy o tym niejedzeniu warzyw zapomina… Nie wiem dokładnie (bo i po co). Amnezja ta nasila się w momencie, kiedy gorąca, pachnąca, świeżo upieczona pizza (każda inna, wyjątkowa i piękna) zostaje podana do stołu. Widok czterolatka wcinającego własnoręcznie przygotowaną pizzę: bezcenne. Przynajmniej dla mnie, jego mamy. I jeszcze te komentarze: „Ymmm…. Jaka moja pyyyysna! Mama, chces mojej splóbować?” No, czy ja wtedy chcę „splóbować”?…
Albo tak: „Hm… na co JA miałabym dzisiaj ochotę? O! Na pierogi ze szpinakiem z «Bacówki». Ręcznie robione, pyszne”. No to jadę po te pierogi, kupuję dla wszystkich, i wiecie co? Nie wiem do końca, o co może chodzić (choć podejrzenia, przypuszczenia i inne samorodne myśli krążą mi po łebku), ale jak mi „się chce”, to wszyscy wsuwają. Po prostu wsuwają. Nie ma, że „to zielone to na pewno niedobre”. W ogóle nikt nie marudzi. Jakoś nie ma do tego atmosfery – wszyscy mamy świetny nastrój, gadamy jeden przez drugiego albo śpiewamy, albo się wygłupiamy, albo się całujemy (ja jestem przodownicą – zazwyczaj mam zapotrzebowanie. Nawet, jeśli całujące usta są umazane bądź klejące. W ogóle, ale to w ogóle mi to nie przeszkadza.). No i planujemy, co dalej będzieMY robić – układamy puzzle czy urządzimy bal przebierańców, czy co. Osobiście wolę rodzić coś takiego właśnie. Banał? No tak. Tyle, że świadomy. Właśnie świadomość tej prostej prawdy i te cudowne momenty sprawiają, że jak niejaki niewierny Tomasz zaczynam wierzyć, bo zobaczyłam. I to, co zobaczyłam, zrodziło we mnie ochotę na więcej. Brzemienna w nią idę do kuchni. Dziś będzie coś wyjątkowego. Jeszcze nie wiem co, ale już się z tego cieszę. Czego i Wam życzę.
{jcomments on}
Please wait...