Subskrypcja

Wpisz swój e-mail, a będziemy Cię informować o najnowszych wydarzeniach na Zaszafie.pl!

Nasza klasa

 

Podobno od tego, w jaki sposób przychodzimy na ten świat, wiele zależy. Na przykład to, jakimi będziemy ludźmi – optymistami, zalękotami, furiatami czy depresantami. Albo to, w jaki sposób będziemy sobie radzić z mniej lub bardziej zwyczajnymi zdarzeniami życia codziennego. No i czy będziemy patrzeć przed siebie, czy pod nogi. Najgorzej mają ci, którzy patrzą za siebie – na stówę prędzej raczej niż później wyrżną w coś twardego. Zazwyczaj głową (na szczęście nie twarzoczaszką, skoro byli odwróceni). Z pewnością natomiast jest tak, że od tego, w jaki sposób my sami sobie coś narodzimy, zależy to, co właściwie narodziliśmy. Dla siebie i tzw. świata, czyli głównie innych ludzi, choć nie tylko.

 

Aby nie gmatwać jeszcze bardziej dość prostej w sumie myśli, sięgnę szybko po przykłady. Szybko, żeby nie stracić zainteresowania osoby, której wzrok zabłądził na komponowanych właśnie przeze mnie czarnych znakach. Swoją drogą – czy wam też się wydaje, że te wszystkie „qwertyuiopasdfghjklzxcvbnm” są jak nuty? Zapisuje się je czarno na białym, powstaje z tego fragment, a potem drugi i kolejne, jeśli ktoś ma ochotę i fantazję. Czytane (śpiewane) na głos tworzą swoją własną melodię. I ona już nie jest tak oczywista, jak czarno na białym.

 

Dygresyi koniec. A więc przykład. Jeśli ktoś wytrwa, to nawet kilka. Gotowanie. To ja gotuję w domu obiady dla swojej rodziny. I teraz tak: czasem podchodzę do tej kwestii tak: Dżizas, znowu stać przy tych pieprzonych garach, znowu te ziemniaki obierać, marchewkę trzeć, smażyć te schabowe (przy mielonych dochodzi jeszcze marudzenie na temat smażenia cebuli, ugniatania tego wszystkiego, rozsypanej bułki tartej, itd.). Potem ręce zniszczone, nie mówiąc już o wyglądzie wczoraj malowanych paznokci, włosy przesiąknięte smrodem tłuszczu. Pod.......a tym wszystkim podaję do stołu, a jakże. A oni przyjdą, pogrzebią w talerzu, marchewki nie tkną, bo „nie lubią” (jak wszystkich innych warzyw generalnie), sok chcą nie taki, tylko inny, na koniec tak to wszystko rozgrzebane zostawią i sobie pójdą. Nie zasunąwszy za sobą krzesła.

Co dalej? A nawet nie chce mi się opisywać, bo się zrobi bardzo smutno. Rzucę więc tylko kilka haseł dla zarysowania konturów: wybuch, stres wszystkoogarniający, dupa blada, jeśli chodzi o posiłek w fajnej, tzw. „rodzinnej atmosferze”. A więc rodzę sobie sama taki mały koszmarek, który ma tendencję dość szybkiego wzrostu, czy raczej rozrastania się w mojej głowie i sercu, co w niedługim czasie prowadzi do wybuchu, wiadomo. Ważne: JA rodzę, ale nie tylko dla siebie, niestety.

A czasem, przy odrobinie świadomości i dobrej woli, wygląda to tak: hm… co ja bym miała ochotę dziś ugotować? Chyba pójdę do sklepu i zobaczę, co mają ciekawego. Przy okazji kupię sobie nowe „Zwierciadło”. No i w tym sklepie patrzę, a mają superświeżą wątróbkę na przykład. Taką dopiero co przywiezioną. No to kupuję ją, do tego jabłka, żeby było smacznie (nie ma to jak wątróbka smażona króciutko i serwowana z prażonymi jabłkami) i już sobie wyobrażam ten smak. I chrupkość tostów, na których powyższe zostanie zaserwowane. Wszystkim. No i oczywiście nie zapominam o „Z.”. Wracam do domu i… no właśnie nie, wcale nie do garów, tylko do gazetki. Obiad zrobię za pięć dwunasta, bo: po pierwsze całe gotowanie zajmie mi pięć minut, a po drugie tego dania nie da się przyrządzić wcześniej.

Albo: jakoś tak marzy mi się domowej roboty lasagne. Idę, kupuję wszystko, co trzeba, a potem – z lampką wina lub bez – gotuję, smakuję, przyprawiam, udoskonalam, bawię się smakiem, znów coś zmieniam. Potem układam warstwy. Generalnie: TWORZĘ. W towarzystwie Boba Marleya na przykład. I to moje DZIEŁO z dumą serwuję. Na luzie, z uśmiechem i zadowoleniem wielkim.

Albo: szykuję składniki na pizzę i… czekam na nich. Bo w tym największy jest ambaras. Żeby razem. Każdy dostaje swój kawałek wyrośniętego ciasta drożdżowego, robi sobie taką grubość, jaką chce, a potem nakłada, ozdabia, komponuje wszystkimi pozostałymi delikatesami. Tak, pomidorami też. Bo pomidor na pizzy to… albo niewarzywo, więc może być, albo jakoś się wtedy o tym niejedzeniu warzyw zapomina… Nie wiem dokładnie (bo i po co). Amnezja ta nasila się w momencie, kiedy gorąca, pachnąca, świeżo upieczona pizza (każda inna, wyjątkowa i piękna) zostaje podana do stołu. Widok czterolatka wcinającego własnoręcznie przygotowaną pizzę: bezcenne. Przynajmniej dla mnie, jego mamy. I jeszcze te komentarze: „Ymmm…. Jaka moja pyyyysna! Mama, chces mojej splóbować?” No, czy ja wtedy chcę „splóbować”?…

Albo tak: „Hm… na co JA miałabym dzisiaj ochotę? O! Na pierogi ze szpinakiem z «Bacówki». Ręcznie robione, pyszne”. No to jadę po te pierogi, kupuję dla wszystkich, i wiecie co? Nie wiem do końca, o co może chodzić (choć podejrzenia, przypuszczenia i inne samorodne myśli krążą mi po łebku), ale jak mi „się chce”, to wszyscy wsuwają. Po prostu wsuwają. Nie ma, że „to zielone to na pewno niedobre”. W ogóle nikt nie marudzi. Jakoś nie ma do tego atmosfery – wszyscy mamy świetny nastrój, gadamy jeden przez drugiego albo śpiewamy, albo się wygłupiamy, albo się całujemy (ja jestem przodownicą – zazwyczaj mam zapotrzebowanie. Nawet, jeśli całujące usta są umazane bądź klejące. W ogóle, ale to w ogóle mi to nie przeszkadza.). No i planujemy, co dalej będzieMY robić – układamy puzzle czy urządzimy bal przebierańców, czy co. Osobiście wolę rodzić coś takiego właśnie. Banał? No tak. Tyle, że świadomy. Właśnie świadomość tej prostej prawdy i te cudowne momenty sprawiają, że jak niejaki niewierny Tomasz zaczynam wierzyć, bo zobaczyłam. I to, co zobaczyłam, zrodziło we mnie ochotę na więcej. Brzemienna w nią idę do kuchni. Dziś będzie coś wyjątkowego. Jeszcze nie wiem co, ale już się z tego cieszę. Czego i Wam życzę.

 

 

{jcomments on}

(0 - głosowań)

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Tytuł:
Komentarz: