Trudno było wyjąć z szuflady te wszystkie zapiski. Szczególnie te sprzed lat wywołują największe wzruszenie. Takie osobiste. Ale coś podpowiadało, by wydobyć je na światło dzienne. Ukazać światu. I tak moje tworzenie spotkało się z miłą oceną w środowisku ludzi trochę mniej zajmujących się sztuką. Było miło, ponoć słodko, czasem magicznie.
A dalej...
Ostatnio dziwnie się czuję. Trochę jak Józio upupiony przez Pimkę.
Tak to jest z Artystami! Dać takiemu do przeczytania wiersz, a już chce go urabiać na swój sposób. Nadawać mu styl... tłamsić i ugniatać na swoją lub czyjąś narzuconą formę.
Nie żebym miała żal. Nie jestem przecież jeszcze ?Profesjonalnym Artystą?. Nienagannym w Formie i Stylu, wydającym tomiki własnej poezji. Lecz pozostaje człowiekiem, który od trzynastego roku życia próbuje wyrazić siebie poprzez własną nieformę, swój niestyl. Pozostając przy tym półartystą i ćwierćwieszczem.
A przecież można było to zostawić na dnie. W ciemnym kącie to, co napisane było takie moje. Nienaruszone, pełne niekontrolowanych emocji, czyste i spontaniczne. Było wynikiem spotkania chwili z magią czasu. A teraz gwałcą, poprawiają, wciskają siebie w nierozumiane, przecież nie ich uczucia.
Dobrze, dobrze, niech będzie. Więc rozwijam się, uczę, formuję i stylizuję.
Jestem nadal. Przebijam się przez gąszcz szydzących hien. I choć wytykają ironicznym palcem unoszę brodę i wystawiam czoło. I jako cząstka części w całości pozostając jego, szepczę skromnie- popatrz, to ja.
Z dedykacją dla moich belfrów ;)
Please wait...