Logo Rozwiń skrzydła marzycielu...

Powieść fantasy – Rozdz. II – Dziewczynka z samopałkami

09.01.2013 | Autor: Jester

- Zbudź się, zbudź, no rychło! - Semko poczuł szarpanie za ramię. To stała nad nim dziewka, którą pamiętał jako syrenę.
- Zbudź się mości rycerzu! Musisz umykać stąd, a ja razem z tobą, inaczej tu dokona się nasz żywot.
- O co chodzi? - przetarł oczy podnosząc się do pozycji siedzącej - Co stałoś?
- Mama wie żeś odkrył prawdę. Nie wyjedziecie stąd żywi. A jeśli wam pomogę, tedy mię ubiją jako głównego świadka. Nie zadawaj pytań więcej, jeno budź swego towarzysza i umykajmy.
- A daś to zrobić cichcem?
- Konie już osiodłane. Ja pojadę dwójką albo karetą, coś mi tam stajenny uszykuje bo mi winien usługę. Pojedziem do wioski drwali tam kupimy karetę używaną z końmi i umkniem gdzieś dalej. Spotkamyś w stajni.
Cichcem wyszła załatwić widać coś jeszcze, a Semko długo próbował dopukać się do Radka. W końcu ten otworzył, a zobaczywszy wystraszoną minę kompana nie zadawał zbędnych pytań. Po chwili przemykali pod ścianą kierując się wprost do stajni. Tam czekały nań konie przygotowane do drogi i kareta. Wsiedli na koń, a dziewka do karety. Stajenny usiadł na koźle i ruszył cwałem przez las, a jeźdźcy za nimi. Nie jechali długo – wioska okazałaś nieopodal. Tam dziewka zamtuźna dobiła targu ze znajomym drwalem, kupując używaną karetę i dwa konie i ozwała się do stajennego:
- Co powiesz?
- Przecie nieraz i niejedna z was kazała ruszać w drogę w środku nocy. Niby do amanta umówionego wcześniej. Powiem że nic nie wiem. Kazałaś jechać to jechałem.
Podeszła i objęła go jak brata:
- Byłeś mi prawdziwym przyjacielem. Nie zapomnęć tego.
- Pewnoś już nie obaczym. Będziesz unikać tego miejsca.
- Poślę po cię jak gdzie osiędę.  A teraz bywaj, musim umykać.
Stajenny wlazł na kozła i odjechał, a gdy kareta zniknęła i kurz po niej opadł zobaczyli dziewczynkę stolarza.
- Co tu robisz? - spytała zamtuzina
- Jadę z wami.
- Skądeś wiedziała o ucieczce?
- Rozruch dziwny się zrobił im obaczyła co święciś. Nie ostanę w zamtuzie nic dłużej. Jadę z wami.
- Może kto wytłumaczy mi o co tu biega? - ozwał się w końcu Radek.
- Długo by opowiadać - zamtuzina wlazła na kozła kupionej od drwala karety i pociągnęła za sobą dziewczynkę  - właźta na koń i umykajmy, bo mogą posłać pościg.
- A co takiego zrobiliśmy? - zdziwił się Radek.
- Opowiem ci w drodze - ruszyli gnając tak szybko, jak pozwalały im ciemności. Semko krótko streścił wydarzenia z zamtuza.
- I co tera z nimi zrobimy?
- Pogadamy o tym rankiem, gdy zatrzymamyś na postój. Trzaby chyba z drogi zboczyć i omijać główne trakty, jeśli faktycznie pościg puszczą.

- Naszą historię już znasz - mówiła dziewczyna do Radka - jeśli nie ubiliby was, to ubiliby mnie. Za to, że nie zachowałam ostrożności i nie domknęłam drzwi. A i tak chciałam się z zamtuza wyrwać. Jeśli nie chcecie bym jechała z wami, dam sobie radę. Mam karetę i konie, powozić umiem. Jesteśmy kwita, wy uratowaliście mię a ja was. Nic wy mi nie dłużni ani ja wam. Ja chcę pojechać do stolicy. Wy też. Możem osobno, a możem też razem. Ciężarem wam nie będę. Dudki też mam. Na drogę mi starczy.
- A ty co? - Radek spojrzał na dziewczynkę - Coś ty za jedna? Czyś ty ważna dla zamtuza tak, że będą cię ścigać?
- Mama i tak mię nie lubi. Twierdzi że nie nadam się do niczego.
Istotnie. Ubrana prawie jak chłopię, włosy skryte pod kapturem, cycek albo jeszcze nie ma, albo nie ma wcale, nic po niej w zamtuzie.
- A skąd się tam wzięłaś?
- Tatko las miał. I tartak. Bogaci byliśmy. Ale zaprzedał się w hazard. Trochę przedał, ale nie wszytko. Dbał o rodzinę i nie ostawiłby nas bez grosza. Ale go struli i weksle podpisali. Wszytko zagrabili niby to prawnie. Nie znam się na tem. Jakie hipoteki, czy cóś? Wiem jedno - krzywdę tatkowi zrobili wielką. Bracia do żołectwa zaciągliś, a tatko z matką bidę gdzieś klepią. Mię ciotce na wychów oddali, ale zołza do sierocińca zdała a stamtąd tom uciekła. Postanowiłam iśc do króla po pomoc. Nikt mi nie wierzy, że dam radę, nikt nie wierzy że król mię wysłucha. Ale ja pójdę do niego i odzyskam to co mi należyś i mojemu tatowi. Gdy tatko wszytko stracił, zabrałam z tartaku samopałki. Tatko wymyślił - z drzazg i chemikaliów. Nie trzeba krzesiwa ciężkiego wozić. A jak działa widzieliście - wskazała na ognisko. Trochę ich przedałam i to żyć pozwoliło, bom miała co do gęby włożyć.

- Pokaż no to cacko - Radek wyciągnął rękę, a ta podała mu zawinięte w szmatkę patyczki z końcówkami umoczonymi w czymś co zastygło, a teraz rozpala się żywym ogniem gdy tylko o cholewę potrzeć.
- Niby lekkie - Radek zważył w dłoni - ale krzesiwo każdy przy zadzie nosi.
- Chyba że zgubi - dodała dziewka  - a samopałka dziury w kieszeni nie zrobi jak ostre krzesiwko. Prócz tego insze rzeczy umię zrobić.
- Jakie?
- A koło do woza upletę, a domek niewielki z drewna postawię, że stół, że krzesło to już wiecie. Nie ma rzeczy, co można ją zrobić z drewna a ja nie zrobię.
- Doprawdy, nie wiem co zrobić - Radek załamał ręce.
- I tak jedziem do stolicy - ozwał się Semko - i one, i my. Pewne, że puszczą pościg. Musim więc jechać okrężnymi drogami. Nie ma rady. Nie ma też powodu byśmy dreptali sobie po zadach, skoro jedziem w to samo miejsce. Razem może i weselej nam będzie - puścił oko do "syrenki".
- Weselej, a jakże - nie uśmiechało się Radkowi być niańką ani dla dzieciaka, ani dla zamtuziny. No i z karetą wolniejsza podróż będzie. Ale cóż - rozstać zawsze zdążyś. W końcu przez Semka ta cała afera, to tak jakby przeze nich. Trza to teraz dźwignąć.
- Idę chrustu nanieść - Semko podniósł się od ognia. Dziewczynka zerwała się na równe nogi.
- Mówiłeś że nieopodal strumień płynie. Opłukałabym lico i może co jeszcze.
- Chodź! - ruszyli w las - Pośród opowieści nie powiedziałaś jak ci na imię.
- W domu wołali mię Zelka. W zamtuzie mamka chciała dać jakoweś inne, ale zrezygnowała gdy obaczyła żem brzydka, i w ogóle to chyba miałam sie chłopakiem urodzić ale tatowi coś pomyliłoś.
Doszli do wąskiego strumienia, który nieopodal rozszerzał się zatamowany przez bobry. Tam podeszli i Semko rzekł:
- Tu cię ostawię, a sam pójdę drwa nanosić. Ale nie bójś, będę wciąż nieopodal. Gdyby co - wołaj.
Odszedł kawałek, ale tak straszecznie go korciło, że skryty za krzakiem przystanął i spojrzał na dziewkę. Ta zdjęła kaptur, a spod niego wypłynęły złote włosy długie aż do pasa, zdjęła suknię noszoną na spodnie, a tu okazałoś że cycki to ona ma, ale obwiązane jakby bandażem. Stała tyłem więc ich nie widział i gdy zaczęła rozplątywać się z owej szmaty zrumienił się trochę i ruszył w las za drwem. Nazbierał drew, poniósł do obozowiska, stamtąd zabrał ręcznik do otarcia Zelki i powrócił nad rozlewisko. Ta właśnie płukała włosy, a na kamieniu wystającym z wody leżała kostka mydła. Semko widział takie cacko może ze trzy razy w żywocie. Albo nauczyła się tego używać w bogatym domu, albo w zamtuzie.
Widać spakowała się do podróży pokaźnie, upychając do kufra na bagaż w karecie co tylko zmieściłoś wraz z nią, bo tak podróżowała z zamtuza by jej zbyt wcześnie nie uważyli. A może jej też pomógł stajenny?
Odwróciła się i pomachała Semkowi. Zaczęła wychodzić z wody. Zasłoniła wstydliwie rękami pierwsi, a gdy wyszła prawie do kobiecości zawołała:
- Rzuć ręcznik! - kiedy go łapała, na chwilę odsłoniła kształcące się już cycuszki i lekko zrumieniłaś, zrumieniłś też Semko, odwróciłś tyłem i tak czekał aż dziewka przyoblecze. Gdy wrócili do reszty Radek ozwał się:
- Zbieramy obozowisko i ruszamy. Przetniem główny trakt i pojedziem drugą stroną. Będziem tak slalomem jeździć aż do stolicy.
Semko tymczasem usiadł koło zamtuziny i zaczęli podszeptywać i podśmiechiwać do się. Zelka rzekła do Radka:
- Weź jaki szeroki nóż i choć ze mną. Pomyślimy co by śladów po sobie nie ostawić. 


Poszli w stronę strumienia, tam na pograniczu trawnika i małej wydmy wycięła delikatnie połać trawy wielkości koła od wozu i przełożyła całą na wzięty z karety płaszcz. Dziurę przysypała piachem i wyglądało jakby wydemka wgryzła się w trawiastą polanę. To co wydłubali ponieśli do obozowiska i przykryli rozrzucone i ugaszone palenisko. Jeśli pościg ruszył, nikt nie wpadnie na zamysł że ktoś tu obozował. Semko z Zućką - tak nazwali zamtuzinę postanawiając że bezpieczniej będzie podróżować jej z nowym imiem - tymczasem zbierali obozowisko do karety, która była modelu nadzwyczaj użytkowego: z przoda był kozieł na dwie osoby, dalej pod dachem dwa siedzenia jak w zwykłej karecie, a u zada miast kufra na bagaże nadkole przedłużone było i przykryte plandekiem jak we wozach ludów koczowniczych. A dziwnym trafem nie włazili pod plandek po kolei, a zawsze razem. A gdy już podeń weszli, to dziwacznie długo nie wyłazili. Radek tymczasem z Zelką podpięli do pojezda konie, a rumaki jeźdźców uwiązali u zada karety. Gdy już gotowi byli do drogi, nie mówiąc nic skrytym pod plandekiem, wsiedli na kozieł i ruszyli. Po chwili Semko wystawił łeb przez okienko:

- Radek, a nie usiąść kole ciebie na koźle?
- Nie kłopotaj się. U mię towarzystwo w sam raz. Odpocznijta, wy powozicie przed nocką.
- Oj żeby nie przybyło nam pasażerów od tego odpoczywania - rzuciła Zelka.
- Ej, nie za małolata ty na takie komenta?! - próbował zrugać ją Radek.
- Ustaw sobie, żem mieszkała w zamtuzie. Niedługo, co prawda, alem się napatrzyła. Pewnieś nie widział jakie wielcy panowie mają gusta. Uśmiałbyś się gdybyś wiedział.
- Cha, cha, jużem się uśmiał. Co ty smarkata możesz mi powiedzieć o spółkowaniu!
- A wiesz ty co w zamtuźnych piwnicach się skrywa?- dziewka ściszyła głos mówiąc tajemno.
- A co może być w piwnicach. Śpiżarnie z jadłem i trunkiem. Chyba nie powiesz mi że lochy.
- A loch, można by powiedzieć.
- Cha, cha i może jak kto płacenia unika to zamtuziny w dyby zakuwają?
- A zakuwają, a nie za niepłacenie, ale za grube dudki.
- Coś się tobie chybikiem pokręciło. W dyby za dutki? To może i kata najemnego mają?
- Śmiej się śmiej. Ale wielkim hrabiom we łbach się przewraca, chyba z nadmiaru dutków. Nie raz ja szła do piwnic dyby poprawiać, a zdarzyłoś że coś się zacięło i delikwenta naciągało aż w stawach mu trzeszczało. Przykryli go tedy tylko co by mnie nie nastraszyć tudzież obrzydzeniem nie napawać, a ja maszyny luzowałam. Te wielkie pany każą sobie robić za grube dutki to, co swoim podwładnym wlepiają za karę.
- Niby co?
- A zakuwanie w dyby, a chłosta, a przypinanie do tronu z wyciętym siedziskiem, a tam albo mu orzechy przygrzeją ognikiem, albo na palik stępiony nadzieją, ino tak coby się nie wykrwawił. Nie raz przytem jaki wypadek zdażyłś, stąd na stałe w zamtuzie medyk. A wszytko to nie kat czyni, jeno dziewki zamtuźne. I większy pieniądz bierą jak za zwykłą pochędożkę.
- E, wszytko to dla zabawy jeno i coby bólu nie narobić.
- To po co na najwyższym piętrze trzy izby lazaretowe? A na co kneble różnego rodzaju w loszku? Niektóry to taki wycisk dostał, że pięć nocek w lazarecie spędził. A tam już nie dziewki opiekę sprawują, a medyk, więc przyjemność wątpliwna.
- I tobie to wszytko oglądać kazali? Przekleństwa! Tak myślenie pokrzywić!
- Nic nie kazali! Nie podniecaj się. Samam ciekawa była. Nierazem ścierą zebrała że łażę tam gdziem nie powinna. Ale przecie większość tych zabawek z drewna, więc konstrukcyji byłam ciekawa.
- A na co ci to? Przecie to zwyrodnialce i skrzywieńce ciekawi takowych wrażeń.
- Ale na tych skrzywieńcach grube dudki można zarobić. W interesach nie ma miejsca na uprzedzenia. Trza robić nie to co chciałobyś sprzedawać, ale to co chcą kupywać. Jak odzyskam tartak, napocznę produkcję takich właśnie zabawek.
- Podle mnie, to chore myślenie, ale ja na interesach nie znamś.- Radek wzruszył ramionami.- Wiem ino jak kupić kubrak czy miecz, i jak przedać tylnią stronę kamizela strzałoodpornego pod reklam.
- Ano, nie znaszś na interesach. A ja nie raz tatkowe dyskusje z ekonomami podsłuchałam. Ustaw sobie, że jak stoła zrobię z krzesłami doń, to raz pieniądz bierę. Ale jak taką zabawkę do zamtuza co to na siebie "zarabia", cały czas za nią inkasę bierę.


Jechali trochę w milczeniu. Cichcem zerkał na jej piękne lico i dumał jak stałoś, że to dziewcze wcale niezniszczone i niezbrzydzone od biedy i złego traktunku. Zaiste, dziwna postać którą widział w szynku zamtuzowym poprawiającą stoły, a dziewczę siedzące obok na koźle, wydawały się zupełnie dwiema innymi osobami. Tak nie obawiał się podróżować. Zelki nie poznałaby i sama mamka zamtuzowa, Zućka nie przypindrowana malowidłami i w skromniejszych ciuszkach, a jeszcze ze zmienionym imiem też była nie do poznania. Wóz i dwa konie nowe były, a ich rumaki szczęściem widział ino stajenny, a ten przy odrobinie szczęścia nie ogłosi o charakterystycznych blachach na ich zadach, mówiących że są jęte przez komornika skarbowego.
Dojechali do głównego traktu. Tu usłyszeli dziwne poruszenie na drodze z przodu. Chyłkiem przecięli go w poprzek i wjechali na drugą stronę lasu. Tu Radek zlazł z kozła i przedarł się przez las, by zobaczyć co zdarzyłoś na trakcie. Tu kareta stała przechylona z rozbitym kołem, obok stało małżeństwo wielkich hrabiów sądząc po ubiorze i perukach, a wkoło biegało sześciu żołdaków najemnych z herbami na zbrojach takimi samymi jak na karocie. Radek wrócił do swego pojezda.
- Wysiadajcie i ostańcie tu - rzekł do Semka i Zućki - to na wypadek jakby pościg nadjechał. A my z Zelką pojedziem zarobić trochę grosza.
- Zwariowałżeś? - zawołała Zućka. - Myślisz że oddamć karetę a ty pojedziesz nią czort wie gdzie?
- Przestań, Zuciu - ugłaskał ją Semko - Radek nie głupi, wie co robi. A ty masz mię jako zakładnika.

- Jeśli pojedziem razem i nadjedzie pościg - tłumaczył Radek - to w mig pojmą że to nas ścigają. Ale jeśli pojedziem tylko we dwoje z Zelką a trefne konie z tablicami ostawimy wam, nikt nas nie odgadnie.
- A jeśli nas najdą?
- W gąszczu zawsze ukryjecieś.
- A po co musicie jechać właściwie?- zamtuzina nie dawała za wygraną.
- Już mówiłem. Trochę grosza zarobić. Nie mielim takich dochodów jak ty,  a i to co było rozchodzi się dość rychło. Czasem też na głupoty - przytyk ten był wybitnie wyraźny w stronę ostatniego nabytku Semka w postaci dwóch nowych pasażernic wraz z pojezdem.
Kareta wyjechała na trakt i po chwili zrównaliś z uszkodzonym pojezdem i z rozgorączkowo biegającymi żołdakami.
- Co stałoś dobrzy ludzie?! - zawołał Semko.
- A widzicież! - w głosie hrabii słychać było ulgę że kto nadjechał - Koło urwałoś. Z nieba nam spadliścieś. Czekamy już od świtania i nikt tędy nie przejeżdżał. Zabierzcie moję znajomę do najbliższego grodu, by stamtąd mogła do dom wrócić, a z nią dwóch żołdaków.
- A może koło naprawim?
- Nie może to być! Znacieś na tym?- hrabianka zawołała zdziwiona.
- Córka była na naukach u cieśli gdym chatę budował - Radek wypchnął dziewkę lekko przed się - zajrzyj córko najmilejsza, czy możem to poprawić przy drodze, czy do grodu trza po pomoc jechać.
Zelka wlazła pod wóz a stamtąd zawołała:
- Trzaby nowe koło założyć. - wyłażąc spode woza spytała - zapasowne u was jest?
- Nie mamy zapasownego. To miała być krótka podróż.- tłumaczyłś hrabia.
- Jak widzicie i w krótkiej podróży wypadki czyhają. Nasze koło będzie pasować do tego wozu. Może poratujem?- zwróciła sie do Radka.
- Nasze koło? - bardziej zdziwiony był tem, że było jakoweś "nasze koło" niż tem że będzie pasować - Chcesz wydać "nasze koło"? A jak my po drodze połamiem?
- Będziem jechać ostrożnie, a w grodzie kupim nowe.
- Oj, kupicie nowe i to niejedno! - zawołał człowiek z uszkodzonego pojezda - Dobrze opłacę wasze robotę, bo do grodu mi śpieszno.
- To bierz narzędzia - Radek rzucił do Zelki, a gdy ta wlazła pod plandek ich karety, wlazł za nią.
- Naprawdę chcesz oddać nasze koło? Wprawdzie pościgu chyba nie ma, jak słyszałaś nikt tędy nie jechał, ale nie uśmiecha mi się stać w borze z popsutym pojezdem.
- Nawet żeś pod wóz nie wlazł i nie widział że mamy zapas. Ustaw sobie że mamy nie tylko piąte koło u wozu, ale i szóste. Pod wozem dwa koła są podpięte. Toć to wóz towarowo pasażerny - przystosowan do długich podróży - Zelka sprawnie wzięła się do roboty. Żołdacy kamieni i drew nanieśli i pod pojezd poukładali coby po zdjęciu koła kareta nie runęła w dół, po czym w chwilę nowe koło było przytwierdzone. Stare założono za kufer na zadzie karety hrabiostwa.
Hrabia rozrzewnił się i podał Radkowi sakiewkę z monetami uścisnąwszy przy tem prawicę.
- Dzięki wam wielkie. Nie zapomnim wam tego. Jak wasze imia, bym mógł rozgłośnić żeście dobrzy fachowce i usłużne ludzie.
- Moja córka ma na imię Zelka i to ona na podzięki zasługuje. Ja koła bym nie wymienił.
- Jam jest Gaspo. Mam gród na wschód od stolicy. Gdybyście byli nieopodal, serdecznie zapraszam. Jeśli wola, zaraz zwalniam stolarza z etatu grodzianego, a wam miejsce umoszczę.
- Nie trza takiej wdzięczności. Ale z gościny pewnikiem skorzystamy.

- Coś dziwnie szczodrze zapłacił za tę usługę - Semko liczył pieniądz otrzymany z wdzięczności. Siedzieli tera w karocy, a Semko z Zućką powozili.
- Nic dziwnego w tym nie widzę. Zależało mu by nie przeciągać podróży.
- Aż tak mu zależało? Przecie to kupa dutków. To pewnikiem starczy nie na jedno nowe koło - nigdy nie miał wozu, nie wiedział więc ile może kosztować koło, choćby używane.
- W grodzie kupim za to komplet kół - pouczyła go dziewka - czyli cztery i do tego łańcuchy śniegowe na zimę. I to nieużywane. Ale ja wolę używane. Nowe nigdy nie wiesz jak daleko powiozą. A po używanych zara widzisz czy wytrzymałe.
- I tyle dutków sypnął? Albo bardzo bogaty ten Gaspo, albo bardzo głupi.
- Oj Radek, Radek. Czasem myślę że to tyś bardzo głupi. Ile ty masz lat?
- Mógłbym być twoim ojcem smarkulo. Nie wymądrzaj się. Nie wiem czy te twoje opowieści o lochach spod zamtuza to nie zwyczajne bajania. Co tym razem umyśliłaś za historyję?

- Widziałeś pierścień na jego palcu? Hrabia jest żonaty. A ta babka co z nim jechała to nie jego żona. W nocy wracali, gdy rankiem koło popsułoś. Zależy mu by cichcem do domu wrócić, bez rozgłosu. A i z osobna gdyby wrócili, nic by się nie stało. Oj chyba by nie chciał, by żona dowiedziałaś z kim podróż odbywał.
- Widzę, że w tym zamtuzie całkiem ci patrzenie pokrzywili. Biedne ty dziecko.
- Nie takie znów dziecko. Czternaście wiosen mi puknęło. Matula jak tyle miała, to z tatkiem już po zrękowinach byli. I brata najstarszego oczekiwali jak przystało na nowocześnych.
Z kozła znów słychać było śmichy i chichy.
- Oj, cosik widzimisię, że nie wrócicie samodwaj z tej podróży mości tatuśku - zaśmiała się Zelka i położyła głowę na piersi Radka jak na ojczynej.


Znad paleniska unosił się smakowicie pachnący dym. Jakimś dziwacznym sposobem niemrawy dotąd Semko przytargał do obozowiska zajęca. Właściwie nie było to obozowisko noclegowne. Było niedługo po zenicie słońca i zatrzymaliś jeno na pojedzenie, a przed wieczorem mieli w zamiarze dojechać do następnego grodu.
- Pomyśleliśmy o małym interesie - zagadnął Semko - właściwie Zućka już zgodziłaś. Chcielibym jaki reklam przewiesić na plandeku. Może tego twego zamtuza co wozisz na półzbroi? Dalej widać, więcej dutków, nie?
- Przewiesim, ale inny. Napiszem o ciesielce obwoźnej - odparł Radek - Zelka od ręki napraw będzie wykonywać. Aby kłopotów uniknąć, zarejestrujem firmę w najbliższym grodzie. Jako małoletnia podatek będzie płaciła niski. Od Zućki woza wynajmie na reklam, to odliczy jako koszty. Nas może nająć jako ochronę. Jak dobrze pójdzie, więcej zarobim jak stracim.
- Przecie nie można małoletnich zatrudniać. Prawo zabrania.
- Ale nie broni im samozatrudnienia. Ani zatrudniać inszych.
- Ale z drugiej strony wozu mogę powiesić inny reklam - zaoponowała właścicielka wozu - jeśli nie stolarza, prawo konkurencyji zezwala.
- Przecie Zelka płacić ci będzie za obwóz jej transparenta.
- Mogę też mieć własne dochoda. Nikt mi nie broni - Zućka rzuciła daleko w chaszcze kości z obgryzionego uda zajęca.
- Dzisiaj niewiasta nowoczesna - pouczyła Zelka - lubi być niezależna. Coraz więcej niewiast interesa zakłada. Onegdaj kat na posługach królewskich głowy ciął, na paliki nawlekał, czy łaskotał pół dnia na dziedzińcu, a teraz jego żona mu szefem, a on u niej robotnikiem.
- Wszytko na głowie postawało odkąd Jermin Wielki odważyłś przejść na drugą stronę gór zachodnich zwanych nieprzestępnymi.
- Kto to jest ten wielki Jermin? I co on takiego zrobił? Przelazł przez górę i już wielka mi rewolucyja? - zaciekawiła się Zelka.
- Opowiemć w drodze. A teraz zbierajmy obozowisko, cobyśmy do grodu dojechali przed mrokiem.


- Jermin wielki był kasztelanem na podgórzu zachodnim. Za jego grodem rozciągały się już ino góry tak wielkie i zalesione tak gęsto, że nie sposób byłoś przez nie przedostać - Radek opowiadał Zelce napoczęty przy obiadaniu temat, rad że dziewka ciekawa. - Zwierz w nich grasował tak dziki, że polowania urządzano tylko na skraju boru, a i tak nierzadko z łowów nie wracali najdzielniejsi myśliwi. Mieli za to pokój, bo z zachodu nikt nie najeżdżał, jeno drobne wojenki domowe ich nękały, a i dostatek w zwierzynę był. Ale korciło przeróżnych zobaczyć co za górami za kraina. Wyruszały wojska przeróżne, a kto by nie wrócił z nielicznych ocalałych opowiadał różne historyje. Jedni poginęli przeżarci przez zwierza, insi w przepaściach i rozpadlinach, jeszcze insi potopiliś nie wiedzieć czy w jezierzach czy też morze tam głębokie. Mówili też o człekojadach, co ze zwierzem za pan brat ludzi pożerają. Aż zebrał Jermin wielką armię, i przygotował wielką wyprawę. Całe zastępy drwali las trzebiły, myśliwi zwierza tłukli póki dałoś wywożąc mięsiwo do grodu, a potem rozrzucając po borze, by wygłodniały zwierz ludzi nie degustował. Pale nabijając drogi wytyczał, mapy rysował. Okazałoś że góry straszne nie wszędzie, jest i łagodniej, a największą przeszkodą był las. Nawet łodzie wielkie nieśli ze sobą w razie morza, ale użyli ich do połowów, bo miast morza jezierza napotkali pełne ryb przeróżnych. Tak przedarliś na drugą stronę, a tam lud inny żył, wielce cywilizowany. Posłał Jermin część wojsk powrotem, a sam ostał językaś ucząc, poznając obyczaje i rozpoczął wielki manewr strategiczny. Nakazał wracającym wojskom w wyznaczonych na mapie punktach osady małe pobudować, a sam to samo czynił od drugiej strony. - Wstrzymał na chwilę opowieść, podał dziewce lejce, a sam przeszedł do karety po dzban z miodem pitnym, bo od bajania zaschło mu w gardzieli. Gdy wrócił, nadal opowiadał.

- Gdzie mieli się spotkać wpół lasu, miast osad wybudowanych napotkał oddział wiernych mu żołdaków. podczas wyprawy kuzyn jego Orkisz, którego po owym wydarzeniu Łakomym nazwano oszukał lud że Jermin poległ, a samozagarnął kaszteleństwo pobratymca. A że był łakomy nie tylko na władzę, więc i ludziom w kość wstawił, podatki podnosząc i wszelkie dobra sobie zagarniając. Kiedy Jermin dowiedziałś o tem, ruszył wraz z armią zza gór i rozgromił Orkisza, który jak okazałoś miał tylko garstkę zwolenników. Niestety, granica została zatarta. Dobrze stałoś, że nauczyliśmyś się od tamtejszych paru ciekawych rzeczy. Mamy od nich karety używane, mamy ubiory zagrodnie, jakoweś dziwaczne potrawy, niektórym też pasują tamtejsze dziewki. Ale głupi Jermin, dla mnie wcale nie wielki - wpływy króla tamtejszego Dolfa na nasz grunt wprowadził. Jego wojska najsampierw osady w lesie zajęły, potem przeniosłyś do grodu Jarminego, a później ten jakby na łeb dostał. Władza wielka mu zachciałaś i zaczął podbijać sąsiednie grody z pomocą wojsk Dolfowych. Nim król nasz miłościwy opanował sytuacyję, całe podgórze należało do Jermina. Niby król wybił mu z szyszaka chęci podbijania kolejnych grodów, ale wpływów zachodnich nie był w stanie wyplenić, groziłoby to wojną z państwem Dolfa, a to byłoby spustoszenie wielkie. Na ziemiach Jermina osiedliłoś wielu przybyszy z zachodu, w większości żołdaków. Nadciągali następni, tak że utworzyli mniejszość narodową i na mocy praw międzynarodnych zasiedli u boku senatu który przy królu urzęduje i wraz z nim prawa ustanawia. Teraz na przygórzu szlachta i bogatsze rody wszytkie z Dolfandii pochodzą, a jeno plebs ostał rodowity. Ino patrzeć jak cała kraina Dolfandią okrzyknieś, a granice na wschód przepalikują. Dla mnie ten Jermin, czy tam Jarmin jak insi mawiają, to żaden Wielki. Może i wielki, ale zdrajca. Ale mówić o tem głośno nie wolno, bo prawo zabrania. Prawo wolności wyznania mniejszości narodowych. Trza uwagę mieć z kim o tem się gada. I ty uważaj na swą piękną główkę córuchno i w takie dysputy nie wdawajś, by onej cudnej główki nie utracić.
- Pomów jeszcze tatko, tak ładnie mówisz i o takich ciekawych rzeczach.
- Cobyś jeszcze chciała wiedzieć?
- A wiesz ty co o bogach ichnich? Bo mój tatko czterolicemu cztery razy w roku ofiary składał. Na każdą porę roku.
- U nich nie jak u nas - każda kraina ma swoich bogów. Mówiś "co gród – przekonań w bród", albo "U nas przekonań w bród - insze co gród." A oni wszyscy jedne przekonania mają. Dla nich bogiem człek który żył wiele lat temu. Mieli oni bogów przeróżnych, a w ofierze im składali swoich walecznych. Bardzo krwawe były to przedstawienia, szło ich pod nóż jednego dnia tylu, co u nas oddział wojska. I nie byli to wcale niewolnicy. Aby kapłan mógł delikwentowi serce żywcem wydrzeć, ten musiał wsławić się walecznością. Ale nie dotyczyło to rodzin władców. Aż pewien król ustanowił ostatnią tak krwawą ofiarę. Podarował swego syna, a miał go jednego tylko przy siedmiu córkach. Nie wydarł mu serca na ołtarzu ofiarownym, ale stracił go na najstraszniejszym narzędziu tortur jakie wymyśllił dla największych zbrodnicieli. Były to dwa pale wkopane w ziemię i przewiązane w połowie tworzące dziwny krzyż. To dawało szeroki wachlarz możliwości tak torturownych jak i śmierciodajnych. Delikwenta rozkrzyżowywano i można było zeń robić wszytko. Od łaskotania, przez przypiekanie, chłostę, można mu było stos ułożyć po samo przyrodzenie, a także na palik nadziać. Gdy paliki postawiono pod drzewem, to i podwiesić rzezimieszka można było. Traktowano go też końmi za członki w cztery strony. Najgorszą jednak hańbą było, gdy po śmierci obcinano takiemu głowę i nawlekano na jeden z palików nad ciałem. Na krzyżnikach takowych również niewiasty żywota dokonywały, ale to już odbywałoś raczej w loszkach, nie na wzgórzach wyrocznych i rzadko która doczekała choćby odczytania wyroku, takie na rozkrzyżowanej kaci mieli używanie.
- Był taki krzyżnik  w loszku zamtużnym!- klasnęła w dłonie Zelka. Raz takiemu w pasie klamra zapiekłaś i matka wezwałą mię, bym paliki rozkrzyżowała. Pan baron zmaltretowany był tak, że przez cały czas szczekał na mię jak pies, choć dziewki na powrót jadaczkę mu skneblowały.
- A tobie tajemnica gęby nie zatyka? Tak opowiadasz o tych loszkach?
- Mię nie, bo jam nie zamtuzina. Zresztą imion nie znam, jeno mówię comem widziała. Ale mów jak to było z tymi skrzywicielami z zachodu.
- Więc stracił wielki władca swego syna na krzyżniku, kazał tylko jemu cześć wyznawać a sobie jako jego przedstawicielowi tu, na ziemi. Twierdził że kontakta ma z nim w pozaświecie, krzyżnika zabronił używać jako torturnika, a jeno jako symbol noszony na szyi czy na ołtarzykach. Jedni noszą sam krzyżnik, inni dopięty do niego palik u dołu, twierdząc że ten syna na palik nawlekł. Właściwie różnie mówią. Gdzie nie zajedziesz, tam twierdzą że inszą śmiercią zszedł synalek. Faktem jest, że przestały całe zastępy wielkich wojowników ginąć niepotrzebnie.

Między drzewami prześwity poczęły migotać, a w oddali zamajaczyły mury grodu.
- Hej! - usłyszeli głos Semka z kozła - Gród widać! Jakeśmy dobrze z boru wyjechali, musi Tarczyński.
Gród był okazały. Przedgrodzie wielce zaludnione poza wielkością nie różniłoś od inszych. Ale już do samego grodu witały dwie bramy ustawione obok, a między palisadą a przedgrodziem ukopano fosę. Dół palisady kamienny był, a dopiero wieniec belkowny. A gdy wjechali? Zara za bramą targowisko, ale nie takie jak w odwiedzanych dotąd grodach, co to przekupnie na pledach czy w lepszym przypadku na dwu - lub czterokółkach towara układają. Tu stragany były z prawdziwnego zdarzenia - ławy szerokie a z czterech stron paliki na których daszki wsparte jedno- lub dwuspadowe. Pod nimi transparenta reklamne popodwieszane. A tłum, niczym na wielkim grodoświęcie. Semko bardzo powoli powozić musiał, coby pędraka lub szczenięcia jakowegoś nie przetrącić. Na środku targowiska plac wolny od straganów, za punkt centralny podest mównicowny mający. Właśnie ciżba zaczęła zbierać się w pobliżu, a od bramy biegło trzech osrygatków wrzeszcząc wniebogłosy:
- Jedzie, jedzie! Obwieściarz jedzie!
Wjechał. A raczej trzech. Na koniach przykrytych derkami kraciastymi.  Dumni, wyniośli jako gońce królewskie. Dwóch pobocznych półstepa u zada, ten we środku wysunięt do przoda, a nosa tak wysoko zadarł, że łeb mało co nie odpadł i od zada konia odbiwszyś na bruk nie upadł. Podjechali pod podest, dostojnie zsiedli z gniadoszy a wśród ciżby cisza jak konopią osiał zapadła. Najdostojniejszy stanął na mównicy i zaczął wygłoszenie:
- Obwieszczenia z dnia... hm, mnastj...cki..rkuńskiego...to nieistotne...uhm! - wymamrotał, zrobił pauzę, rozejrzał się po zebranych i zaczął znowu:
- Cech katowski z dniem pierwszym po kusicielu ogłasza protest, domagającś: po primo - większego poważania, nie jak dotąd na równi z służbami porządkowymi, ale praw żąda porównywalnych z członkami sądów grodzkich, po sekundo - przekwaterowania z przedgrodzi do dzielnic dworników, po...- przerwał, wyciągnął prawicę i zaczął odliczać nań cichcem poruszając jeno wargami. Gdy wyprostował trzy palce, dodał - punkt trzeci - miast opłaty zryczałtowanej, żąda mieć płacone od głowy. Ściętej, bądź storturowionej. W proteście onym od dnia pierwszego po kusicielu,  cech przestawa wyroki wykonywać, blokując przy tem szubieńce, dyby grodzkie, szafoty i lochy. Obwieszcz drugi: Walozy, kasztelan grodu po wschodzie stolicy ogłasza potarg nieograniczony na projekt tudzież wykonanie nowego CENTRUM KARODZIELNEGO. Oferty składać można w kancelarii grodu tudzież w stolicy, a obejmować mają: projekt lub cenorys, tudzież razemdwa. Więcej informacyj w szynku grodowym od zara do zachoda słońca.
Obwieściarz zwinął pergamin, po czem wraz z kompanami udał się pośród ciżby zapewne w rzeczone miejsce, oczekując zaciekawionych dodatkowymi informacyjami, podstawiającym pod ryło kolejne dzbany z winem. A im rychlej kto dopchaś doń, tym rzetelniejsze posiądzie informacje, bo po kolejnych kielichach będą one coraz upiększane, niezrozumiałe, a w ogóle to okazaćś może, że pochodzą z zupełnie inszych, niż wspomniane wcześniej miejsca.


Ledwo tłum zrzedł, Zelka pociągnęła za rękaw Radka.
- Radku, chodźmy dowiedzieć się o potargu.
- A na co nam dowiedziećś o jakichś potargowaniach?
- Czyś ty nie słyszał o czem mowa była? Przecie takie CENTRUM KARODZIELNE to nic wielkiego! Za trzy nocki możem mieć gotowe projekta.
- Myślisz że tam tylko czekają aż młokos przyjdzie zbudować, coś czego być może nie jest w stanie zacząć, a dopiero skończyć.
- Więc daj mi udowodnić co potrafię! - rozgniewała się dziewka - A może się założym? Oko ci zbieleje jak moje projekta obaczysz. A oni, ustaw sobie nie na młokosa czekają, ino na rys i cenorys. A dowiedziećś nie kosztuje. Jeno dopchaćś do obwieściarza. W tem mógłbyś mię wspomóc, bo głupek zmną gadał nie będzie.
- Co szkoduje popróbować - szepnęła mu do ucha Zućka - pójdziem, dowiemś, smarkuli zapał minie.
- Dobra, pójdźmy więc. Tylko trzaby konie odprowadzić do stajni grodzkiej.
- Ja odprowadzę. Potem dojdę do szynku.
- Ale czy Zelkę do szynku wpuszczą?- zmartwiała zamtuzina - W większych miastach zakaz panuje, coby młokosów na złe trakty nie wyprowadzać.
- Mogłaby poprawdzie z Semkiem iść, ale przeciemy przyjezdni. I jeśli kcem wina napić, nie zostawię córy na pastwę łotrzyków samej w rynku! - zagrzmiał Radek - Niech no kto tylko co mi powie!

Z tem nastawieniem ruszyli w stronę, w którą tłum uderzał. Nie szedł tam oczywista po wiadomość o potargu. Po prostu gawiedź łaknęła inszych informacyj, na ten przykład ploteczek z dworu królewskiego. Nie tych oficyjalnych, bo te jeśli były, omawiano na wstępie obwieszczeń a dziś takowych brakło, ale kiedy obwieściarz opiłś już darmowymi trunkami, palnął zawżdy co zakazanego uszom plebsu. Ale niełatwo było dostaćś do informacyj. Szynk tak był oblegany, że nie posuwali się w przód ani na krok, choć Radek próbował najsampierw grzeczno, potem mniej grzeczno, a w końcu siłą, za co mało w czerep nie zarobił od pięciu miejscowych. Wtedy do akcji weszła Zućka. Pukała od tyłu lekko w ramię mężów, a gdy ci obracali ku niej gniewny wzrok nierzadko naczynając złorzeczenia robiła oczka i uśmiech tak śliczne i malowiczne z przeproszeniem zrazu, że każden jak samojeden zara ustępował drogi orszakowi z tak nadobnym przewodnikiem. Istotnie - piękniejszej istoty w grodzie onym nie było ani śród tutejszych, ani śród dojezdnych, ani dziś, ani wczoraj, ani może nawet nigdy. Stanęli tedy przed obliczem obwieściarza, a ten nagabywany o drobiazgi z dwora, tłumaczył:
- Nic ważnego we dworze nie wydarzyłoś. Dziś mam tylko informacyje o potargu i proteście katowskim.
- A o proteście we dworze Gawrzoła wiecie co może? - rzucił Radek by zwrócić na się uwagę.
- Nic nie wiema, bo właśnie uderzamy w tamtę stronę.
- A możem spytać o potarg na CENTRUM KARODZIELNE? - Zućka mówiąc to pochyliła się nad stołem rozchylając dekolt jednym palcem niby że jej gorąco.
- Miejsce dla pani! - huknął kurier - I dzban czysty dla onej! - Dwaj poboczanie jego bezceremonialnie zrzucili z ław siedzących najbliżej, coby dziewka obrała wygodniejsze siedzisko a ta usiadła naprzeciw sadzając obok Zelkę, gdy Radek temczasem dał susa w ciżbę w stronę ławy szynkowej a stamtąd wrócił z dzbanem wina i trzema kielichami.
- Do kiedy, mości dobrodzieju trza składać oferta? - spytała nie czekając Zelka.
- Z tem młokosem mam rozprawiać o poważnych rzeczach?- zaśmiał zapytany.
- Ten młokos pytania daje, ale ja odpowiedzi słucham - Zućka przypomniała swą obecność.
- A ja wino stawiam! - zagrzmiał Radek stawiając dzban na stole i rozchlapując trunek.
- Za pół miesiąca, a dokładnie przed nocą walecznych Walozy oczekuje ofertów z szkicami, a w dwa siedmiodni później na cenorysy, gdyby kto zapoznać chciał z projektami.
- A jeśli kto złoży projekt i cenorys razemdwa, czy ma pierwszeństwo budowy?
- Nie. Walozy pierwej rozpatrywa projekta, a potem cenorysy. Za każde płaci z osobna.
- A czy CENTRUM ma być ino drzewniane?
- Materyjały do wyboru projektanta.
- Czy budowla ta ma stać w rynku we grodzie, czy na górce poza grodem.
- Ma być w rynku, przy samym ratuszku.
- A czy gród ma dobrą stolarnię lub ciesielnię?
- Co to znaczy dobrą?- zadziwiłś obwieściarz - Ma najlepszą!
- Ważne że ma - odparł Radek - czy dobra - my osądzim. Czy co jeszcze? - zwróciłś do Zelki.
- Ile wynosi zapis do potargu?
- 125 dusy za szkic i tylesamo za cenorys.
- Reszty dowiemy się we grodzie - Zelka podniosła się z ławy. Obwieściarz widząc że Zućka też dzwigłaś z ławy złapał ją za rękę.
- A może panna przydziesz pod wieczer, opowiem trochę ploteczek ze dwora.
- Oczywista, nie omieszkam, jeśli plany zezwolą. Nie naobiecuję jednak.


Ruszyli do pensjonatu. Tu wybuchła sprzeczka Radka z Zućką i Semkiem który doszedł ich, gdy tylko wyszli z szynku od Obwieściarza. Kiedy Radek zażyczył sobie dwie izby, Zućka zażyczyła jeszcze jednej.
- Nie wygłupiajś, przecie ja jużem dla was wzionęł izbę - Radek próbował tłumaczyć - jedna dla mię i Semka, druga dla cię i Zelki.
- Toć ja bierę jeszcze jedną dla Zelki - odparła Zućka.
- Ale po co komu tyle izdeb? - zdziwił Radek - Przecie pomieścimś.
- Przecie nie będziesz dyktował Zućce czy ma spać sama, czy z dzieciakiem - stanął w odsieczy Semko. Radek dał spokój, może ona i chce zarobić co nieco we grodzie, w końcu zamtuźka. Wzięli tedy trzy izby i przeszli obejrzeć.
- Zdałobyś wyskoczyć wieczorem do jakiejś lokali - zaproponowała Zućka - widziała ja reklam "szynkowanie nocne". Można by pójść, potańcować, pobawićś?
- E tam, dudki będziem roztrwaniać. Do stolicy daleko jeszcze. A i tam nie wiema czy fuch jaki złapiem.

- Ej, przestań centusić - rzucił Semko - w dużym grodzie jestemy, to wartałoby przyjemności tutejszych zaznać. Nie bądź już taki dusidutek.
- A kupcie dla mię pergamin i węgiel, co bym mogła szkice poczynić - Zelka przypomniała o swojej obecności.
Rozdzieliliś tedy, a poszli w różne strony. Zelka z Radkiem ruszyli szukać gdzie by tu kupić potrzebne dziewce przedmioty, a Semko z Zućką poczęli szukać interesnego miejsca do zabaw wieczorno-nocnych. Tak też stałoś, że młokos ostał na noc w pokoju, do którego dzięki poczynionym przez Zućkę staraniom na młodym kwatermistrzu wniesiono duże biurko, choć nie były one na wyposażeniu izb wynajmywanych by czynić plany CENTRUM KARODZIELNEGO, a Zućka wraz z Semkiem i po długich namowach tudzież z Radkiem ruszyli na nocny wojaż.


Tak wędrówkę swą skończyli, a wieczór zaczęli w przybytku nazwanym "Wesoła Nocka". Tak ustrojonego lokalu jeszcze nie widzieli. Żadne z nich, nawet obyty po świecie Radek, co nie była rzecz dziwna, bo jako dusidutek nie trwonił pieniądza na takowe zbytki. Weszli więc, usiedli za dużą ławą, a ciżby jeszcze nie było wiele. Z czasem jednak przybyło tak, że ledwo było miejsca na tańcowanie. Trunków nie zamawiałoś przy szynku, ale szynkarki jeździły po całym lokum na dziwnych butach, co miały do podeszw po cztery kółka przytwierdzone. A zapieprzały w onych butach tak, że szybciej taka jedna przewiozła dzban wina z jednego końca sali na drugi, niż Szybki Gardłowy obalił cały dzban wina. Bo oczywista Wielki Gardłowy musiał być wybrany drogą konkursową jak na każdym większym grodoświęcie. Jeździły więc szynkarki na tych małych kółeczkach między ławami skrętnie a szybko, a ubrane były w kiece tak krótkie, że kiedy nachylałyś, niemal zadki było widać i do tego jeszcze ciasno przyległe do onych. Bluzki rozdarte z przoda miast guzików czy powrozików w węzeł były zaplątane powyżej pępka - na taki widok nie było kuśki co by spokojnie spać chciała w nogawicy, nawet u takiego Radka, co raczej stronił od uciech takowych. A i wzrokiem podążał za szynkarkami choć wcale nie chciał. Do tego póki towarzystwo trzeźwo patrzało, jeździły sprawnie, ale kiedy wypito już kilka beczek wina i ciżba przestała kontrolować w która stronę podąża często wpadając na rozpędzone dziewki na kółkach, kończyłoś to upadkiem razemdwojga i porozlewanym winem, a to lubiło wsiąkać w bluzki dziewek, wydobywajac ich przecudne kształty na złość okrywającym je szmatkom, bo przecie pod taki strój żadna gorseta nie włożyła.
- Cuda niewidy - szeptał Radek zapatrzony w dziewki i ich kształty.
- Gdyby Zelka mogła zobaczyć ichnie buty - dodał Radek.
Pod ścianami uszykowane były miejsca na ogniska. Nie jak w innych szynkach jedno palenisko z kominem, ale cztery w narożach i cztery w połowach każdej ściany. Przy nich na dziwnym mechaniźmie stały niby tarcze walecznych. Tyleże część wklęsłą miały wypolerowane, niczym armia Cedryka Pomysłowego, co to na polu bitwy ustawiającś pod słońce oślepiła swymi tarczami wojska Tryzuba Posępnego rozgramiając jego walecznych w jednym podejściu. Od tamtej pory wszelkie bitwy rozgrywane były w dni pochmurne. Kiedy więc rozpalono ogniska w szynku, za dziwnym mechanizmem tarcze poczęły obracaćś wkoło praży, co dawało dziwaczny efekt. Gdy tarcze osłaniały ogień na sali robiłoś ciemno jak w dupie u olbrzyma, ale gdy ustawiałyś przodem, błyskały światłem że oczy zmruż. Nakładano też na owe tarcze cienkie blachy w różnych kolorach, przez co izba i ciżba mieniłyś wszystkimi kolorami. Jeszcze jednym dziwem były klatki popodwieszane pod sufitem, a z nich wisiały drabinki powiązane ze sznurka. Klatki miały u podstawy koło, a góry prętów wiklinowych zwężałyś ku górze, zupełnie jak te dla kanarków, ale wielkości były mogącej pomieścić wygodnie rosłego męża. Jakież zdziwienie wybuchło wśród gawiedzi, gdy pośród jakiejś egzotycznej muzyki weszły dziewki ubrane w długie suknie z przezroczystej materii z rozpierdkami z przoda i z tyła, kibicie przepasane miały ozdobnymi złotymi łańcuszkami, a za bluzki miały jeno krótkie rękawki i przodek zasłaniający pierwsi, wspięłyś po drabinkach i zaczęły tańcować w onych klatkach. Wtedy i Zućka wyciągła w tany Semka, a gdy jej było mało upatrzyła pustą klatkę, wspięła się doń i skupiła uwagę mężnej części gawiedzi. Bo dziewki też były i to równie tłumnie jak mężowie. Nie to co w szynkach w mniejszych gródkach, gdzie zachodzili tylko miejscowi, rzadziej przyjezdni. Tam bywali tylko męże spędzając czas na grach karcianych, a po wypróżnieniu dzbanów wracali do dom prostować swoje kobiety. Podczas gdy Semko to tańcował z Zućką, to przypatrywałś jak ona tańcuje w klatce, Radek siedział przy ławie oglądając niecodzienne widowisko. Nagle podeszły doń trzy dziewki, a rozbawione nie wiedzieć czy żartem, czy trunkiem.
- Mości rycerzu - jedna uklękła na ławie obok niego - nie godzi się grzać dupą ławy, gdy niewiasty muszą tańczyć między sobą.
- Męże odeszli napawać się widokiem tych w klatkach - dodała druga - a gdyby mogli to by zamkli one dziewki w tych klatkach na zawsze.

- I najlepiej w swoich domach. A żony?- zapytała trzecia.
- Na powróz i do piwniczki - skwitowała druga.
- Chodź - ta co siupła obok pociągła go za rękę - pobalujem. Jestem Natka. A to Bohna i Zyta. A cię jak wołają?
- A masz ty może kompana?- spytała ta trzecia, chyba Zyta - A lepiej dwóch.
- Jam Radek. A kompan mój tam kompaniuje tańcującej w ostatniej klatce dziewce co z nami podróżuje.
- Żona jego?- spytała chyba Bohna.
- Nie - odparł Radek, a Bohna dodała - To dobrze.
- A twoja? - to pytanie padło od trzymającej go wciąż za rękę Natki.
- Moja też nie.
- To jeszcze dobrzej! - zaśmiałaś i pociągła go w pląsająca ciżbę.
Dopiero teraz przyjrzałś dziewce. Włosy miała długie, proste, zwisające spod ciasno naciągniętej kolorowej czapki. W kącikach oczu namalowane jakieś wzorki, to samo na czole i na odkrytych ramionach. Odzienie miała zwiewne, u bluzki poszerzane rękawy i szeroką kiecę. Podczas pląsu wychwycił wzrokiem jej towarzyszki, których odzienie było podobne.
- Skądeście, że wasze odzienie takie nieupotkane?
- Pod nim teżeśmy nieupotkane - próbowała szepnąć mu do ucha, ale w tej wrzawie musiała krzyczeć - Możesz się o tem przekonać.
- Co z tym odzieniem? - ponowił pytanie, gdy już umęczeni wrócili do ławy.
- Jesteśmy kapłankami.
- Pierwszy raz słyszę, żeby niewiasty były kapłankami! - zdziwiłś Semko, który właśnie podszedł prowadząc pod rękę Zućkę.
- Bo to i pierwszy zakon dziewczy.
- A czemu cześć wyznajecie? - zainteresowałaś Zućka.
- Każden mąż dla nas bogiem - zaśmiałaś jedna z trzech.
- Ciekawam, jak się chodzi na onych śmiesznych butach co mają szynkarki -  zmieniła rozmowę Zućka.
- Ja też - zawołała Bohna i zerwałaś na równe nogi - pójdźmy, poszukajmy jednej, może da popróbować! - I pociągła Zućkę za rękę.
Po chwili nagabywały jedną szynkarkę, ale ta broniłaś:
- Nie wolno mi. Ja tu robotuję. Długom zajęcia szukała. Za taką zabawę mogę od jutrzenki znowu szukać. Ale idźcie, pogadajcie z szynkarzem, jedna dziś nogę złamała, może zezwoli.
Szynkarz nie oponował, gdy zobaczył Zućkę.
- A, to tyś tak tańcowała w ostatniej klatce? Chcesz ty robotać u mię?
- Nie chcę robotać, bom tu przejazdem jeno. Ale onych bucików chcę popróbować.
- Dla cię się znajdą. I dla towarzyszki też jeśli wola.
Tym sposobem już zaraz popieprzały pomiędzy tańcującymi, a nie mając wprawy co chwilę lądowały zadkami na podłodze.
- Wino nam się skończyło! - zawołał do Zućki Semko, gdy ta podjechała do ichniej ławy. Po chwili wróciła z dzbanem wina, a zewsząd poczęto zawoływać u niej o dowóz trunków. Po kilku kursach do szynku i do ław podjechały obie z Bohną, wieząc razemdwie wielką tacę, na niej stało sześć dziwacznych kufli z jeszcze dziwaczniejszym trunkiem.
- To od szynkarza - ucieszyłaś Bohna.
- Nowy trunek małogdzie znany jeszcze - dodała Zućka - od Morawów przywieziony.
- Przecie to wygląda jakby żuber naszczał! - zawołał Radek.
- A ta piana po wierzchu! - dodał Semko - Musi wściekły ten żuber, że tak go wyciśniło!
- Pfu! - splunął Radek gdy tylko pociągnął łyka. - Na dziegciu warzone?
- A mię smakuje - odparła Zućka - Nie takiem obrzydlistwa w gębie miała - Zaśmiałaś do Radka.
Zrobiłoś nagle jakie zamieszanie w szynku. Srazu myśleli że kto w pysk zebrał, ale to jedną ławę opróżniano, by konkurs na Szybkiego Gardłowego przeprowadzić.
- Dziś nie dam wina na konkurs! - wołał szynkarz - Popróbujcie nowego trunku. Od Morawów przywiezłem. Nie kopie w łeb jak wino, ale gdy go wlać w ryło więcej, też sponiewiera należycie. Smak może dziwaczny, utrudnieniem będzie w konkursie, gdy nie posmakuje. Reszta ciżby dla popróbunku dostanie po małym kufelku, dziś darmo. Pivo się zowie ten wynalazek!
- Raczej szczyny żubra! - zawołał Radek.
Usadowiłoś przy ławie siedmiu chłopa, a jedno siedzisko puste ostało.
- Co jest mężowie? - zagrzmiał szynkarz i począł walić po plecach chłopów kto pod ręką - Nie ma odważnych? To może jaka dziewka wstyda chłopom narobi?
Zapadła cisza. Świat do góry nogami! Kto widział, żeby dziewka piła na szybkiego gardłowego! Nikt wiary nie dawał, ale wszyscy czekali, że możeś zgłosi jaka. Z ciżby wyjechała na kółkowych ciżmach Zućka i dosiadła do stoła. Skwitowano to gromkimi brawami. Przed każdym turniejowcem postawili kufel. Ciżba poczęła stawiać zakłady.

- Stawiam sto dusy na dziewkę! - zawołał Semko.
- Skąd masz tyle dutków? - zdziwiłś towarzysz.
- Przecie nie moje - puknąłś w czoło zapytany - To Zućki.
- Przyjmuję zakład! - zawołał ktoś obok - Która wychyli? Stawiam, że ostatnia!
- Ja, że druga! - zawołał Semko.
Zwąchawszy dużą wygraną, niedowiarki poczęli przekrzykiwaćś, że to dziewka będzie druga od końca, to i trzecia to znów ostatnia. Większość stawiała na szynkarza, który miał tytuł od ostatniego turnieju. I niechybnie wygrałby, bo dobrze znał smak specyfiku, ale przed samym przyłożeniem kufla do ust sromotnieś zakrztusił. Z zebranych przy ławie jeszcze tylko Zućka wiedziała czym smakuje płyn z kufla, więc wiedziała jak dońś przymierzyć. Insi to poczęli pluć z goryczy trunku, to znów zapchaliś gazem któren cofał trunek z przełyku spowrotem do kufla. Toteż z ośmiorga śmiałków troje dotrwało do końca, z których to Zućki kufel wylądował jej na głowie obrócon dnem do góry jako drugi. Pośród śmiechu, kaszleń, kłótni o wygrane dutki jedyna startująca w konkursie dziewka podbiegła prawie z płaczem do Semka i poczęła się żalić:
- Wszytkie dutki przegrane! Całe 100 dusy! Fura pieniądza. A mogła ja cię posłuchać. Przecieżeś mówił coby nie stawiać tak dużo.O żem ja głupia...
- Nie marudź - uspokajał Semko - przecie wygraliśmy...
- Jak to wygraliśmy? Przeciem druga. Pierwszy ten wielki chłop co tak cieszyś...
- On pierwszy, a my wygraliśmy. Bom postawił że będziesz druga...
- O ty, szubrawcze! - zdenerwowała się - Nie zawierzyłeś mi! - to powiedziawszy pobiegła ze szlochaniem do ichniej ławy.
Kiedy opadły emocje po turnieju na szybkiego gardłowego i kiedy wygrańcy zaczęli stawiać za wygrane dutki trunki, a przegrańcy zaczęli odstawiać, zabawa rozpoczęłaś na nowo, a Zućka wróciła do humoru. W końcu doszli do wniosku że czas już odpocząć po głośnej zabawie i udaliś do pensjonatu, całą sześcią do jednej izby. Radek wstąpił tylko obaczyć jak sprawujeś Zelka, a ta usnęła siedząc przy biurku, a na blacie porozkładane były szkice dziwnych budowli. Przeniósł ją delikatnie na łoże próbując delikatnie zetrzeć z policzka odbity nań węglik rysowniczy, ale nie dałoś, a nie chciał jej obudzić. Tu szum po wypitych trunkach tak uderzył mu w czerep, że położyłś na podłodze obok łoża i natychmiast zapadł w głęboki sen. W jego izbie Semko wraz z Zućką i trzema poznanymi w szynku dziwnymi kapłankami czekali Radka coraz to bardziej zochoceni do wspólnej zabawy, aż nie doczekawszyś poczęli swawolić a harcować. Takich zabaw Zućka nawet w zamtuzie nie widziała...

- Cóż to za dziwne narzędzie? - spytał Radek patrząc na jeden ze szkiców. Wygląda jak drabina.
- Istotnie tak wygląda - odparła Zelka - Jakby drabinę położono na czterech tyczkach. Widzisz jednak u dołu i u góry te deski? To dyby. Na owej drabince można delikwenta wygodnie ułożyć, tak by każdy szczebel wbijał mu się w co kawałek ciała, w dyby możem zakuć go leżącego na brzuchu tudzież na plecach, a prześwity między szczebelkami dają nam prawie nieograniczony dostęp do ciała skazanego. Można go przypiekać, nacinać, łaskotać, czy też co tylko sobie wymarzymy.
- A to? - Radka zainteresował inny rys.
- Mówił Obwieściarz że centrum ma stać koło ratuszka. To jest taras widokowy dla wielmożnych, który można by zamontować, przerabiając na wyjście okno.
- Zaiste, masz dziecko talent. Wczoraj z szynku Zućka coś ci przyniosła. Pójdę do swojej izby, bo chyba tam zabawa skończyłaś i przyniesę ci prezent.
- Tam zabawa? - zdiwiłaś dziewka - A ty tutaj? Nieźleście rozrabiali!
- Ano nieźle.
Wszedł cichcem do swej izby, a tu na wielkim łożu bezwstydnie leżało pięć nagich ciał, z czego jedno Semkowe, a cztery dziewek urzędujących razem z nim. Radek cicho zabrał śmieszne buty na kółkach i zaniósł Zelce. Ta poczęła oglądać podarunek założywszy na nogi i próbując jeździć ozwałaś:
- Pójdziesz za mną dziś poszukać drwala i stolarza? Muszę zrobić cenorys.
- A nie możem jutro? Raczej nie zadobrze czujęś dziś.To pewnie po owym dziwnym trunku zwanym Pivo. Tfu! Szczyny żubra, nic więcej. Musi zaszkodziło.

Ocena internautów 5 (2 głosy)

Miejsce na Twoją reklamę

Brak komentarzy dla tego opowiadania

Copyright 2011 - 2017 Zaszafie.pl