|
Autor: Kawoszka
|
|
Nic z tego nie wyszło. Od miesiąca, pośród ciemnych nocy, licząc bezwiednie przejeżdżające samochody i gapiąc się tępo w migające światło latarni, układałam w głowie misterny plan całego, tkliwego, lecz najbardziej na świecie szczerego przemówienia. Nic z tego nie wyszło, bo ogarnięta emocjonalnym paraliżem wydusiłam z siebie tylko dwa słowa i zamarłam w oczekiwaniu na to, co nieuniknione, na to, co widziałam w wyobraźni setki, tysiące, miliony razy. Spuściłam głowę, czując, jak policzki pieką mnie żywym ogniem, ze wstydu, ze strachu, z przerażenia przed tym, co się stanie, jednak ośmielona ciszą podniosłam nieśmiało wzrok. Spojrzałam mu w oczy – te piękne oczy, brązowe jak heban, w których zakochałam się nieprzytomnie tak wiele lat temu i w które kocham patrzeć do dziś. No, może nie akurat dziś…
|
|
Autor: Kawoszka
|
|
Uśmiechnęła się. Rozciągała kąciki ust tym bardziej, im mocniej zaciskał się na jej szyi niewidzialny wąż. Szkoda, że tak późno odkryła, że uśmiech jest tak świetną bronią przed ludźmi. Przez głowę przebiegła jej sarkastyczna myśl, że teraz uśmiecha się dużo częściej niż kiedyś. Niż wtedy. I że gdyby kiedyś uśmiechała się tak często, zapewne miałaby więcej przyjaciół, a nie… no właśnie, nie tylko jednego. I może wtedy… Dość. Kolega, spotkany przypadkiem w idiotycznym supermarkecie, przy idiotycznym stoisku z bułkami, zadający idiotyczne pytania „czy wszystko w porządku?” oddalił się. Zapewne do swojej kochanej żony, która już kupiła bułki, nie zastanawiając się, czy wziąć jedną, czy dwie. Na pewno kupiła ich z dziesięć, w końcu ma dla kogo.
|
|
Autor: Pustostan
|
|
Z wiekiem człowiek dochodzi do wniosku, że najważniejszą rzeczą w życiu jest wyczucie i umiejętność zachowania się w każdej sytuacji. A ja pewnego razu obudziłem się z krzykiem na ustach. I to w samym środku nocy.
|
|
Autor: Jerzy Pustuła
|
|
Nie przerywając swoich rozmyślań, przysiadł na chwilę na kępie podeschniętej trawy tworzącej maleńki pagórek. Ostatnio doznawał wrażenia, jakby jego dotychczasowe życie pozostało gdzieś za nim. Jakby nie on je przeszedł własnymi nogami. Myśli miał bardzo ciężkie, ale też momentami ogarnięte radosnym pragnieniem. Pragnieniem, które w swojej radości dzierży wzniesiony miecz, a pod butem trzyma wijące się lęki. Podświadomie postanowił odpocząć.
|
|
Autor: Er-Ka
|
|
Alfreda Nabożny-Raróg stanęła przed lustrem i przyjrzała się sobie uważnie. Niby wszystko było w porządku, jednakże nie do końca była zadowolona ze swojego wyglądu. Z tym białym żabotem pieniącym się pod szyją, przypominała raczej chorego na anemię indyka, a nie elegancką damę, za którą się w głębi ducha uważała. Pragnęła być wytwornie ubrana, ale jednocześnie nie rzucać się w oczy.
|
|
Autor: Er-Ka
|
|
Kiedy wszystko nagle ustało, a rzeczywistość odpłynęła sobie gdzieś, nie wiadomo gdzie, pod sufitem dostrzegła coś, co od razu rozpoznała jako Ingeborg. Widok ten wcale jej nie zaskoczył, choć może powinien?
Nie, nie powinien. Odkąd pamiętała – „widziała” i potrafiła dopasować to zjawisko, kiedy już nagle się pojawiało, do osób i zdarzeń, czasem tylko się wahając, gdy wydarzenia ukazywały jej się w niezbyt odległych odstępach czasowych, a bohaterowie nie byli zmienieni upływającymi latami. To pojawiało się samo i samo znikało, ale nigdy nie zawiodło. Mówiła o tym albo nie – doświadczenie szybko nauczyło ją trzymać język za zębami przed ludźmi, co do których nie była pewna, że zrozumieją. Albo przed tymi, których nie lubiła. Zresztą, co miałaby powiedzieć? Jak ostrzec, by jej uwierzyli, jak pocieszyć, skoro pocieszenia dla nich żadnego nie chciała?
|
|
Autor: Pustostan
|
|
– Wstawajże, wstrętny satyrze, ale już! Czy ty wiesz w ogóle, która godzina to jest?
Jakiś okropny, podniesiony głos, w którym brak jakiegokolwiek zrozumienia, budził mnie właśnie brutalnie. Do tego głosu dołączył, zdawałoby się, ostro zakończony łokieć, który nieustająco lądował między moimi żebrami. Aż w końcu czyjaś noga podjęła próbę zrzucenia mnie z łóżka.
– Co do cholery? – zakląłem najszpetniej jak umiałem i wszyscy możecie być pewni, że słowa które z mych ust padły, nie mogły być gorsze.
Powoli jednak zacząłem odnajdywać się w tej rzeczywistości. Głos był kobiecy. Gdy podążyłem w górę atakującego mnie łokcia, w pewnym momencie stwierdziłem, że łokieć należeć musi do kobiety. Na wszelki wypadek postanowiłem nie sprawdzać, czy i noga kobieca jest także. Zdecydowanie bezpieczniej było założyć, że tak jest w istocie.
– Żorżeto! Czy byłabyś tak łaskawa i przestała mi wbijać swój łokieć w moje obolałe ciało?
Żorżeta rzecz jasna na imię nie miała Żorżeta, ale tak się do niej zwracałem i to był chyba jedyny moment w naszych kontaktach, który świadczyć mógłby o moim oporze.
– Spójrz, ofiaro losu, na zegarek i wynoś się z mojego domu!
No tak, mieliśmy jeszcze dziesięć minut do piątej. Do piątej rano. Żorżeta zgodziła się utrzymywać ze mną kontakty pod warunkiem, że znikać będę przed piątą.
|
|
Autor: Jola Pokrywka
|
|
Różany
Wiosna, taka dość późna, a może wczesne lato? Zieleń aż kipi, przelewa się z powierzchni do głębi. Między zielenią białe i herbaciane z dyskretnym oczekiwaniem, i purpurowe, aż krwiste boleśnie od pragnień. W południa grząskim cieple czas zawisł, oddech łapie z trudnością, lekkie powiewy wiatru znikąd donikąd muskają i drażnią. Mierzyć się chcą chełpliwie z czułością Twoich rąk. Wiatr, co on wie, próżniak, o czułości...
|
|
Autor: Pustostan
|
|
Jeden się do mnie w knajpie przyczepił, bo to tak właśnie bywa, że się do mnie przyczepiają. Zwłaszcza wtedy, gdy akurat mam ochotę w samotności piwo sobie wypić. Ten inny nie był, zatem nim zdążyłem zaprotestować, już się dowiedziałem, że w kredytach robi. Chciałem coś powiedzieć, ale do słowa mi nawet nie dał dojść, choć przecież rozmawialiśmy właśnie.
|
|
Autor: Pustostan
|
|
Najbardziej lubię sobie wizualizować coś na kształt tego: wracam zmęczony po pracy do domu, zamykam się w nim od środka, trzaskam przy tym drzwiami niemiłosiernie, najlepiej kilka razy, żeby żadnych wątpliwości nie było. A potem nie wychodzę przez dni parę, nie wychodzę nigdzie, tylko czasem w odstępach nieregularnych dopadam do drzwi tych i walę w nie ile sił mam w rękach, a i krzyczę przy tym donośnie: wypuśćcie mnie, dranie, wiem, że tam jesteście!
|
|
|