TWÓRCZOSC

DLA DZIECI

INFORMACJE

SUBSKRYPCJA

Naszą witrynę przegląda teraz 19 gości 
Durna baba PDF Drukuj
Głosy: / 7
SłabyNajlepszy 
Autor: Er-Ka   

 
Pędzę jak głupia, bo wiem, że już jestem spóźniona. Trudno, będę rżnęła idiotkę, a teraz po prostu muszę, MUSZĘ tam pojechać i na własne oczy zobaczyć. Jestem zmęczona, Mały znów wymiotował pół nocy. Włosy fruwają we wszystkie strony, zasłaniając mi czasem widok; wiem, wiem, powinnam je ściąć albo co?

Słyszałam to już tysiąc razy, ale nie mogę się z nimi rozstać. Z niczym nie mogę. Zbieram skrawki papierków, jakieś słowa, obrazy, zdjęcia, gałązki, zabawki – wszystko, z czym po drodze się związałam – i nic na to nie poradzę. Chciałabym zatrzymać czas. Po prostu.

(„Zrób coś z sobą w końcu, nie masz już 22 lat!”). Wiem mamo, nie mam 22 lat ani nawet 32. I co?! Co mam ze sobą zrobić? Taka jesteś mądra? Poradź!

Zamykam okno i sprawdzam w torebce, czy mam szminkę. Pospiesznie maluję usta, w ciemno, bez lusterka. Oczywiście światła zmieniają się błyskawicznie, dokładnie wtedy, kiedy nie patrzę. Jakiś facet trąbi na mnie i wystawia przez okno środkowy palec. Widzę we wstecznym. Otwieram okno i robię to samo. „Durna baba!” – słyszę i wciskam guzik. Lubię dźwięk wysuwanej szyby. Nie ma tak, kochany! Spadaj! Ty masz swoje ważne sprawy, a ja swoje. Skręcam w uliczkę, którą też najchętniej schowałabym sobie do pudełka z różnościami, ale zwyczajnie się nie da. Zostaje tylko pamięć i jakieś przeszłe cienie. Dopóki skleroza mnie nie dopadnie. Potem – potem nie będzie żadnego „potem” ani „przedtem”. Czy wtedy spływa spokój?

– Przestań, proszę cię, wszystko psujesz tą swoją obsesją! („Ja? Ja wszystko psuję?!”) – Daj spokój, przecież z tobą nie da się obejrzeć ani jednego filmu! – krzyczy mój mąż niezadowolony, bo znów uświadamiam mu, że nikt z twórców tego filmu już nie żyje. A część wymordowano w obozach zagłady. Więc kiedy oni tu śpiewają i tańczą w tych swoich mocnych makijażach, nie mają jeszcze pojęcia, co ich czeka. Nie wiedzą tego, co my kilkadziesiąt lat później.
– O Boże – wzdycha mój mąż.
– Ze mną dużo się da! – wkurzam się. – W ogóle mnie nie znasz! – zabieram kubek z kawą i idę w miejsce odosobnienia – na strych. Lubię ten zapach i zakurzone przedmioty. Lubię stare pudło, do którego zaglądam z namaszczeniem. Tak, „namaszczenie” to dobre słowo.
 
Parkuję pod płotem sąsiada, z którym w 90 roku w Sylwestra piłam szampana na ulicy, o, tu, niedaleko. Na środek wystawiliśmy stolik, a na nim kieliszki i szampana. Każdy mógł się napić, nikt nie mógł przejechać. Fajny był, lubiłam go. 
 Nic się nie zmieniło, to znaczy prawie nic. Na domu widzę zamontowane kamery. Wygląda to idiotycznie, bo dom jest stary i odrapany. Przed czym chcą go chronić? Wiem, że nikt w nim już nie mieszka. Ale ogród jest zadbany, róże, które sadziłam w czasach ogłupiałej szczęśliwości, rosną proste jak struny i na pewno mnie nie pamiętają.
A więc bywają tu, to dobrze. Czy ta nowa, ruda i zacięta wie, że pod bzem pochowałam czworonożne kochanie, które pewnego dnia popełniło samobójstwo? Czy wie, w którym miejscu wmurowaliśmy zalakowaną buteleczkę z naszym listem? O tym, jak bardzo się kochamy i jacy jesteśmy tu szczęśliwi? Guzik wie. Co ona wie. Durna baba!
 
Ruszam i trzeci raz okrążam dom, mam nadzieję, że kamery tego nie obejmują, nie widzą albo taktownie odwrócą oko. Na co ja liczę? Na co ja zawsze liczę? Nie ma cudów. Zawracam pośpiesznie, uświadamiając sobie, kto będzie oglądał te nagrania. Teraz o tym pomyślałam.
I po co ja tu przyjechałam?

Do „Pelikana” wpadam mocno spóźniona. Czekają.
– Pani jak zwykle piękna i spóźniona, cha cha cha! – wita mnie znany aktor i całuje w dłoń. „Pan jak zwykle nie całkiem trzeźwy!” – chciałabym odpowiedzieć, ale przepraszam za spóźnienie i uśmiecham się fałszywie. Kolega aktora już chyba po trzeciej bańce, patrzy na mnie zamglonym wzrokiem pijaka.
– Napijmy się – proponuje i przywołuje kelnera. „Napijmy i zabijmy zaraz za rogiem. Byle nie razem.” – myślę i zamawiam kawę. Pięćdziesiątą już dzisiaj, ale co mi tam!
Kolega aktora wbija oczy w sufit. Zielonkawe. Nawet mądrze wygląda z tą miną. Przyglądam mu się przez moment z zainteresowaniem. Chwyta mój wzrok, ale chyba rozumie go opacznie, bo coś jakby uśmieszek błąka mu się w kącikach ust. „Osioł” – myślę nieżyczliwie, posyłając mu promienny uśmiech i zaczynam drobiazgowe wyliczenia, pokazując aktorowi, jak drogie będzie nasze przyszłe przedsięwzięcie. Kiwa głową ze zrozumieniem, ale sądzę, że niewiele go to wszystko obchodzi. Chce swoje pieniądze i tyle. W zamian oferuje nazwisko, talent i głos o barwie, która przyprawia o dreszcze. Moja w tym głowa, żeby wszystko poskładać w całość, nie jego.
 
Te wlepione w sufit oczy jednak nie dają mi spokoju. Tak, no jasne! Śmieję się w duchu. Przypominają mi się oczy Jarka. Ogromne, ciemne jak nieszczęście i rozmarzone. Piękne.
– O czym myślisz? – pytam najgłupiej na świecie. Nie odrywa ich ani na moment.
– Liczę te paski, widzisz? – pokazuje palcem na żyrandol w kratkę. – Ile jest w poprzek, a ile wzdłuż. („Dobrze ci tak, durna babo!”)
 
 
– Czy pani mnie w ogóle słucha? – irytuje się aktor. Wracam do słupków i marzę, żeby już wyjść. W końcu po godzinie wychodzę, zostawiając ich obu chyba zadowolonych („Cha cha cha! Jak po ogień! Daję słowo piorun, nie kobieta! Do widzenia, do widzenia! Do miłego!”).

Ulubiona chwila – samochód. Siedzę w milczeniu, nie odjeżdżam, nie myślę. Włączam CD, zapalam papierosa i jestem. Nic przedtem i nic potem. Sama siebie ochrzaniam w duchu i jednak ruszam przed siebie.

– Niedobrze mi – wita mnie mój mąż i już wiem, że czeka mnie kolejna nieprzespana noc. Nie nadaję się na pielęgniarkę, ale właśnie to będę robić przez najbliższe godziny. Pielęgnować. W progu staje Mały, uśmiechnięty i oznajmia, że już mu lepiej. Cieszę się, całuję go w zaróżowiony policzek i obiecuję przyjść za chwilę poczytać.
– Nie zrobiłabyś mi herbaty? – nawołuje mąż, zapewne już ciężko chory. „Chętnie nie zrobię” – myślę i idę do kuchni. Zrobić.

– Ta twoja podwójność! – wrzeszczy matka w mojej głowie. – Zdecyduj się! Co ty wyrabiasz?!
No właśnie. Co ja wyrabiam?

– Proszę – podaję mężowi filiżankę w esy-floresy. – Jak się czujesz?
– Aha – mówi i nie patrzy.

Żyję. Czy to mało? Nie wiem. Włączam sprzęt i wpatruję się w niezasłonięte okno. Przede mną cała noc.

 

 

 


Joomla Templates and Joomla Extensions by JoomlaVision.Com
 

Dodaj komentarz

Komentowanie jest dozwolone dla Gości. W polu 'Imię' możesz podać swój nick!

Kod antysapmowy
Odśwież