Poprzednie części można przeczytać TUTAJ
Hrabia przemierzał izbę długimi krokami. Lewą rękę założoną miał do tyłu, a prawą podtrzymywał brodę. Chodził, coś planował i nad czymś się zastanawiał. Czasem zerkał na mnie, a właściwie na kołyskę z biegunami.
Wiele mnie widać nie było. Może nosek jedynie cały i bródkę pod rozciągającymi się co jakiś czas usteczkami. Spałem spokojnie. Coś miłego musiało mi się śnić, o ile taki ktoś, kto kości ma jeszcze miękkie jak zmrożona galaretka, może coś śnić. Myśli hrabiego nie były już takie beztroskie jak moje. Denerwowało go pewnie, że już prawie tydzień jego żonie, córeczce, służącym Krystynie i Celinie, a czasem nawet Bartłomiejowi, zabieram drogocenny czas. W dodatku Hektor też wolał warować przy łóżku niż gonić w nocy zające, które dobierały się do młodych drzewek owocowych. Z wysokich zasp sięgały one do młodych pędów na gałązkach. Pnie drzewek były dobrze zabezpieczone słomą przez Antka i Kubę. Koło mnie zjawiali się też tacy, których we dworze niby nigdy być nie powinno, jak choćby stara Anita Repucha z Górki Liściastej koło kościelnych areałów, która z Czechów się wywodziła. Nie było wiadomo, co ona za jedna, ale jej zioła i przepowiednie w różnych sprawach pomagały. Mieszkała w małej chatce na wzgórzu otoczonym starymi dębami i ludzie z okolicy mieli do niej wydeptane ścieżki. Ksiądz nieraz upominał z ambony, że wierni zamiast pomodlić się i dać na ofiarę albo mszę zamówić za zdrowie swoje czy bliskich, chodzą do Górki Liściastej się okadzać, kupować jakieś suszone zielska, czy jeszcze coś tam innego. Ksiądz nie wymieniał wszystkiego, przecież jako osobie ze świętością związanej, nawet mu nie wypadało. Najgorzej, że ludzie z dwóch wiosek, skracając sobie drogę do Anity, przedeptali ścieżki przez sad parafialny. Niejeden idąc tam czy z powrotem, szczególnie jesienią, sięgał po jabłko czy śliwę. Niektóre kobiety, nie bojąc się grzechu, w tobołek zabierały, ale ksiądz w swojej dobroci z ambony nazwisk głosić nie chciał. Najczęściej napominał na sumie, gdy w kościele było najwięcej ludzi starszych, ale i Repucha czasem się pokazywała, wciśnięta gdzieś za drugim konfesjonałem, zaraz przed parobkami pod chórem. Hrabina z czystej ciekawości, za namową Celiny, poleciła sprowadzić do dworu Anitę, żeby zobaczyła moje sześć palców u nogi i wydała o tym swoją opinię, jako że podobno z gwiazd umiała wyczytać wszystko, nawet każdej istoty przeznaczenie. Z kresek pozaginanej ludzkiej skóry na dłoni potrafiła powiedzieć, kiedy u kogoś wiatr śmierci zdmuchnie świeczkę życia. Za swoje usługi brała marne wynagrodzenie. Tamtego wieczoru, trzymając w dłoni moją nóżkę, Anita długo szeptała do siebie, oczy co chwilę wywracała do góry i drugą ręką przecinała spokojne powietrze w izbie.
– Taki ma naturę skręconą – powiedziała głośno.
– Co to znaczy, Anito? Możesz bliżej opisać? – hrabina pytająco uniosła brwi.
– Bywa, pani hrabino, bywa czasem, że taki jest przez zło kierowany do dobrego domu. W odróżnieniu od innych ludzi skłonny może być do nieprawości. Taki często obrasta w pychę jak świnia w słoninę. A może on jest... – wróżka nie dokończyła.
Nastała długa chwila milczenia. Kopnąłem dwa razy uwolnioną nóżką, jakbym chciał wierzgnąć w tę czarownicę.
– Ooo! Widzi pani hrabina? Widzi to? Jeszcze tylko iskier brakuje – zawarczała wiedźma, wskazując na mnie swoim skrzywionym kciukiem.
– Czegoś mi o nim Anito nie dokończyłaś – hrabina wsunęła w dłoń kobiety sporą monetę.
Celina z Krystyną okrywały mnie już delikatnie, żebym się nie obudził, a Anita przysiadła na brzegu łóżka Krystyny i rozglądała się niepewnie dookoła. Monetę zaciskała w dłoni tak mocno, że ta zaczęła wpijać się w jej linię życia. Wyglądała trochę na zażenowaną.
– Powiedz nam – nalegała hrabina.
Kobieta przez chwilę jakby mościła sobie tyłkiem siedzisko na brzegu łóżka i chrząknęła dwa razy.
– Ano. Raz już czegoś takiego doświadczyłam – zaczęła opowiadać – kiedy byłam jeszcze mała. Na służbę byłam wtedy wydana. Do mojego pana przyjechał za czymś taki w czarnym cylindrze. Przyjechał karetą ukwieconą w złoto i wymachiwał laską. Jeszcze długo po jego wizycie się modlili, żeby ten diabeł nie przyjeżdżał więcej. Słyszy pani hrabina? Diabeł! Podobno w izbie mojego pana tak się wściekał, ogonem w powietrzu kreślił coś jakby gwiazdy i kopytami wskrzeszał iskry. Najgorsze w tym to, że jedno kopyto mu się zsunęło i wtedy zobaczyli jego palce z pazurami u gołej nogi. Dwa z nich miał zrośnięte.
– Kyrie elejson – jęknęła Celina.
– Daj spokój, Anito – hrabina machnęła ręką – dziecko trzeba ochrzcić i tyle.
– A bo to wiadomo czyj on jest i kto nim zarządza? – wróżka wyszeptała przejmującym głosem, chowając monetę do lnianego woreczka uwiązanego na tasiemce przy swojej szyi.
Dzisiaj hrabia nadal przemierzał izbę. Kobiety wodziły za nim oczami, nie próbując zagadnąć. Sama hrabina też jedynie przyglądała się mężowi. Przystanął w pewnym momencie na środku izby.
– Wieczorem pojadę wiedeńskim pociągiem do doktora Ryzana – oświadczył.
– Uułlaaa! Uułłaaa! – zakwiliłem przez sen, przeczuwając coś niedobrego.
Kobiety od razu podbiegły do kolebki. Krystyna z Celiną zaraz trzymały nade mną wyciągnięte i zawieszone w powietrzu ręce. Nigdy nie ośmielały się wyprzedzać pani hrabiny w zabawianiu mnie. Uspokoiły się jednak po chwili i spojrzały po sobie, ponieważ dalej już nie płakałem. Spałem spokojnie.
– Pojadę więc – kontynuował hrabia – i zawiozę mu tę radosną nowinę, że dziecko nie zaginęło, tylko jest u nas. Niech się uradują i przyjadą je zabrać, bo choć ono jest pewnie dzieckiem służącej, to jednak też pewnie się smucą.
Krystyna od razu usiadła na łóżku. Ręce złożyła w podołku i oczy jak błyskawice latały jej na boki. Poczuła w sobie jakby ponowne rozerwanie jakiejś rany, która ledwie zaczęła się goić. Wróciło poczucie wiecznego odpychania, szyderstwa, poniżania. Wróciło coś, czego zawsze doznawała, choć była przecież taka sama jak inni. Mówić jedynie nie wiadomo dlaczego nie potrafiła i wyrazić tym swojej krzywdy. Wszystko z lat dziecinnych zjawiło się teraz, choć przecież u hrabiego niczego złego nie zaznawała. Nawet łóżko dostała w izbie dworu, żeby z niemowlęciem nie przebywać w niedogrzanych pomieszczeniach dla służby. Świat jej zawirował po słowach pana, bo karmiąc dziecko doznała uczucia, że wcale tego ostatniego nie straciła, a jedynie po porodzie opanował ją jakiś dziwny sen, z którego wreszcie się wyrwała. Długi nóż, który Bartłomiej zostawił na stole, przyciągał jej oczy niczym magnez. Już miała poderwać się z łóżka i chwycić go w obronie nie tylko własnej, ale hrabia spacerując, zasłonił go swoją sylwetką. Opuściła oczy, siły nagle opadły i opanowała ją bezradność. Poczuła się okrutnie samotna. Łza popłynęła jej po policzku z żalu, że nawet Bartłomieja nie ma blisko, żeby jej pomógł. Hektor podniósł łeb do góry z wyciągniętych przednich łap i przyglądał się swojemu panu tak, jakby coś rozumiał z jego mowy. Pewnie poruszenie w izbie go zaniepokoiło. Wieczorem gwiazdy ostrym światłem mrugały na niebie. Księżyc oświetlał teren tak intensywnie, że po białym śniegu posuwał się z boku wyraźny cień nie tylko dwóch koni i sań, ale także sylwetek usadowionych w pojeździe. Bartłomiej odwoził hrabiego do stacyjki kolejowej, żeby po przesiadce w miasteczku mógł zdążyć na wiedeński pociąg. Mróz nie był duży. Powoli, jeszcze może ślamazarnie, ale wiosna próbowała przypominać, że ona i w tym roku się zjawi. Wyglądało na to, że tegoroczna zima swoje szalejące bale ma już za sobą, ziewając ostatnio potężnymi zawieruchami. Same zające pokopane już miały nory pod miedzami, przygotowane do marcowego wydania potomstwa. Wystarczyło tam jedynie naskubać z siebie sierści do wymoszczenia gniazda. Kuropatwy też jakby jeszcze nieśmiało, ale już próbowały przefruwać od czasu do czasu jedynie parami. Kiedy hrabia zsiadał z sani na stacyjce, od jego dworu w kierunku rzeki przez szczere pola posuwała się ciemna sylwetka. W niedalekiej za nią odległości, krokiem spacerowym, szedł pies sporej wielkości. Daleko na moście po prawej stały sanie z klocami. Mężczyźni próbowali inaczej sortować drewno, ponieważ przy skręcaniu w drogę prowadzącą do mostu złamała im się kłonica u sani. Musiało ich coś zatrzymać w lesie i wracali bardzo późno. Obserwował to z daleka Stach Lenart. Lepszego kłusownika od niego nie było w całej okolicy. Niedaleko na polu trzepały się dwie schwytane przed wieczorem kuropatwy, ale czekał cierpliwie, żeby je zabrać, ukryty za gęstymi, przydrożnymi krzewami. Nie chciał, aby ktoś zauważył, że operuje na posiadłościach hrabiego. Zawsze tuż przed zimą wyciągał tu i tam na pole niewinną gałąź. Kiedy śnieg zasypał ją do połowy, wiązał do niej oczka w kształcie pętelki, które robił z mocnego włosia wyrwanego koniowi z długiego ogona. Wystarczyło potem posypać w gałąź plew ze zboża, by zabierać uwięzione ptaszki i smażyć je na patelni. Najbardziej niepokoił go ten pies z tyłu za osobą, której rozpoznać nie mógł, choć znał prawie wszystkich dookoła, nawet tych z czworaków. W dodatku ten z psem rozglądał się nerwowo i nie wiadomo dlaczego zmierzał przez pola w kierunku zamarzniętej rzeki.
– Taki ma naturę skręconą – powiedziała głośno.
– Co to znaczy, Anito? Możesz bliżej opisać? – hrabina pytająco uniosła brwi.
– Bywa, pani hrabino, bywa czasem, że taki jest przez zło kierowany do dobrego domu. W odróżnieniu od innych ludzi skłonny może być do nieprawości. Taki często obrasta w pychę jak świnia w słoninę. A może on jest... – wróżka nie dokończyła.
Nastała długa chwila milczenia. Kopnąłem dwa razy uwolnioną nóżką, jakbym chciał wierzgnąć w tę czarownicę.
– Ooo! Widzi pani hrabina? Widzi to? Jeszcze tylko iskier brakuje – zawarczała wiedźma, wskazując na mnie swoim skrzywionym kciukiem.
– Czegoś mi o nim Anito nie dokończyłaś – hrabina wsunęła w dłoń kobiety sporą monetę.
Celina z Krystyną okrywały mnie już delikatnie, żebym się nie obudził, a Anita przysiadła na brzegu łóżka Krystyny i rozglądała się niepewnie dookoła. Monetę zaciskała w dłoni tak mocno, że ta zaczęła wpijać się w jej linię życia. Wyglądała trochę na zażenowaną.
– Powiedz nam – nalegała hrabina.
Kobieta przez chwilę jakby mościła sobie tyłkiem siedzisko na brzegu łóżka i chrząknęła dwa razy.
– Ano. Raz już czegoś takiego doświadczyłam – zaczęła opowiadać – kiedy byłam jeszcze mała. Na służbę byłam wtedy wydana. Do mojego pana przyjechał za czymś taki w czarnym cylindrze. Przyjechał karetą ukwieconą w złoto i wymachiwał laską. Jeszcze długo po jego wizycie się modlili, żeby ten diabeł nie przyjeżdżał więcej. Słyszy pani hrabina? Diabeł! Podobno w izbie mojego pana tak się wściekał, ogonem w powietrzu kreślił coś jakby gwiazdy i kopytami wskrzeszał iskry. Najgorsze w tym to, że jedno kopyto mu się zsunęło i wtedy zobaczyli jego palce z pazurami u gołej nogi. Dwa z nich miał zrośnięte.
– Kyrie elejson – jęknęła Celina.
– Daj spokój, Anito – hrabina machnęła ręką – dziecko trzeba ochrzcić i tyle.
– A bo to wiadomo czyj on jest i kto nim zarządza? – wróżka wyszeptała przejmującym głosem, chowając monetę do lnianego woreczka uwiązanego na tasiemce przy swojej szyi.
Dzisiaj hrabia nadal przemierzał izbę. Kobiety wodziły za nim oczami, nie próbując zagadnąć. Sama hrabina też jedynie przyglądała się mężowi. Przystanął w pewnym momencie na środku izby.
– Wieczorem pojadę wiedeńskim pociągiem do doktora Ryzana – oświadczył.
– Uułlaaa! Uułłaaa! – zakwiliłem przez sen, przeczuwając coś niedobrego.
Kobiety od razu podbiegły do kolebki. Krystyna z Celiną zaraz trzymały nade mną wyciągnięte i zawieszone w powietrzu ręce. Nigdy nie ośmielały się wyprzedzać pani hrabiny w zabawianiu mnie. Uspokoiły się jednak po chwili i spojrzały po sobie, ponieważ dalej już nie płakałem. Spałem spokojnie.
– Pojadę więc – kontynuował hrabia – i zawiozę mu tę radosną nowinę, że dziecko nie zaginęło, tylko jest u nas. Niech się uradują i przyjadą je zabrać, bo choć ono jest pewnie dzieckiem służącej, to jednak też pewnie się smucą.
Krystyna od razu usiadła na łóżku. Ręce złożyła w podołku i oczy jak błyskawice latały jej na boki. Poczuła w sobie jakby ponowne rozerwanie jakiejś rany, która ledwie zaczęła się goić. Wróciło poczucie wiecznego odpychania, szyderstwa, poniżania. Wróciło coś, czego zawsze doznawała, choć była przecież taka sama jak inni. Mówić jedynie nie wiadomo dlaczego nie potrafiła i wyrazić tym swojej krzywdy. Wszystko z lat dziecinnych zjawiło się teraz, choć przecież u hrabiego niczego złego nie zaznawała. Nawet łóżko dostała w izbie dworu, żeby z niemowlęciem nie przebywać w niedogrzanych pomieszczeniach dla służby. Świat jej zawirował po słowach pana, bo karmiąc dziecko doznała uczucia, że wcale tego ostatniego nie straciła, a jedynie po porodzie opanował ją jakiś dziwny sen, z którego wreszcie się wyrwała. Długi nóż, który Bartłomiej zostawił na stole, przyciągał jej oczy niczym magnez. Już miała poderwać się z łóżka i chwycić go w obronie nie tylko własnej, ale hrabia spacerując, zasłonił go swoją sylwetką. Opuściła oczy, siły nagle opadły i opanowała ją bezradność. Poczuła się okrutnie samotna. Łza popłynęła jej po policzku z żalu, że nawet Bartłomieja nie ma blisko, żeby jej pomógł. Hektor podniósł łeb do góry z wyciągniętych przednich łap i przyglądał się swojemu panu tak, jakby coś rozumiał z jego mowy. Pewnie poruszenie w izbie go zaniepokoiło. Wieczorem gwiazdy ostrym światłem mrugały na niebie. Księżyc oświetlał teren tak intensywnie, że po białym śniegu posuwał się z boku wyraźny cień nie tylko dwóch koni i sań, ale także sylwetek usadowionych w pojeździe. Bartłomiej odwoził hrabiego do stacyjki kolejowej, żeby po przesiadce w miasteczku mógł zdążyć na wiedeński pociąg. Mróz nie był duży. Powoli, jeszcze może ślamazarnie, ale wiosna próbowała przypominać, że ona i w tym roku się zjawi. Wyglądało na to, że tegoroczna zima swoje szalejące bale ma już za sobą, ziewając ostatnio potężnymi zawieruchami. Same zające pokopane już miały nory pod miedzami, przygotowane do marcowego wydania potomstwa. Wystarczyło tam jedynie naskubać z siebie sierści do wymoszczenia gniazda. Kuropatwy też jakby jeszcze nieśmiało, ale już próbowały przefruwać od czasu do czasu jedynie parami. Kiedy hrabia zsiadał z sani na stacyjce, od jego dworu w kierunku rzeki przez szczere pola posuwała się ciemna sylwetka. W niedalekiej za nią odległości, krokiem spacerowym, szedł pies sporej wielkości. Daleko na moście po prawej stały sanie z klocami. Mężczyźni próbowali inaczej sortować drewno, ponieważ przy skręcaniu w drogę prowadzącą do mostu złamała im się kłonica u sani. Musiało ich coś zatrzymać w lesie i wracali bardzo późno. Obserwował to z daleka Stach Lenart. Lepszego kłusownika od niego nie było w całej okolicy. Niedaleko na polu trzepały się dwie schwytane przed wieczorem kuropatwy, ale czekał cierpliwie, żeby je zabrać, ukryty za gęstymi, przydrożnymi krzewami. Nie chciał, aby ktoś zauważył, że operuje na posiadłościach hrabiego. Zawsze tuż przed zimą wyciągał tu i tam na pole niewinną gałąź. Kiedy śnieg zasypał ją do połowy, wiązał do niej oczka w kształcie pętelki, które robił z mocnego włosia wyrwanego koniowi z długiego ogona. Wystarczyło potem posypać w gałąź plew ze zboża, by zabierać uwięzione ptaszki i smażyć je na patelni. Najbardziej niepokoił go ten pies z tyłu za osobą, której rozpoznać nie mógł, choć znał prawie wszystkich dookoła, nawet tych z czworaków. W dodatku ten z psem rozglądał się nerwowo i nie wiadomo dlaczego zmierzał przez pola w kierunku zamarzniętej rzeki.
{jcomments on}
Please wait...