Subskrypcja

Wpisz swój e-mail, a będziemy Cię informować o najnowszych wydarzeniach na Zaszafie.pl!

Nasza klasa

Jerzy Pustuła | środa, 26, maj 2010 05:38

Szósty VII

Poprzednie części można przeczytać TUTAJ


Krystyna wsłuchiwała się pilnie w każdy, nawet najmniejszy, szelest dobiegający z pomieszczeń pałacu dworskiego. W nieoświetlonym pokoju chodziła cichuteńko nerwowymi krokami od okna do drzwi i z powrotem.

Trawiła swój wewnętrzny plan, swoje lęki z nim związane, od kiedy tylko Bartłomiej wyjechał z panem. Coś wewnątrz zaczęło nią targać, jakiś żal pomieszany z nienawiścią, że Bartłomiej, pomimo posłuszeństwa jakie należało zachować wobec swojego pana, nie próbował organizować ratunku dla ich syna. Wiedział przecież, że wioząc pana do żelaznej kolei spowoduje jego utratę. Pomimo tego nawet nie zaszedł dać jej otuchę czy nadzieję. Poczuła wobec niego chłód, jakby od zawsze był dla niej obcy. Ja spałem głębokim snem zawiązany w składany bet z gęsiego puchu, a Hektor wypoczywał obok kolebki. O tej porze, na dolnym poziomie budynku, przeważnie przebywała jedynie hrabina. Pod nieobecność męża zawsze długo tkwiła usadowiona w jednym z foteli biblioteki i dopiero nocne zmęczenie odpędzało ją od czytania książek. Czasem i Celina też długo krzątała się w kuchni, przygotowując posiłki na dzień następny. Szczególnie kiedy wypiekała ciasta, których zapach przyjemnie denerwował podniebienie. Po pewnym czasie Krystyna podeszła do stołu i wzięła do ręki długi nóż, nieopatrznie pozostawiony przez Bartłomieja. Usiadła z nim na łóżku i będąc przez chwilę w pozycji nieruchomej, o czymś rozmyślała. Po chwilowej zadumie naciągnęła na nogi swoje buty z długimi cholewkami, a nóż wsunęła do jednej z nich. Założyła palto i delikatnie wyjęła mnie z kolebki razem z betem, kładąc na rozłożoną wcześniej na łóżku dużą, wełnianą chustę. Rogi chusty powiązała ze sobą na przemian, przełożyła przez głowę i po chwili wisiałem zawieszony u jej piersi. Hektor stał już z boku i wyglądał jakby godził się z poczynaniami kobiety. Wychodząc z pokoju, Krystyna pozostawiła drzwi niedomknięte. Przeszła bezszelestnym krokiem wzdłuż wąskiego korytarza, z którego wszystkie drzwi prowadziły do różnych pomieszczeń, niezbędnych dla służby, i delikatnie otworzyła te wyprowadzające na zaplecze dworu oraz w kierunku rzeki. Chłodne, zimowe powietrze smagało ją po twarzy i jakby trochę otrzeźwiło, ponieważ stanęła na chwilę, rozglądając się dookoła po terenie oświetlonym księżycowym blaskiem. Hektor był już z przodu i głowę odwrócił dopiero wtedy, kiedy lekko skrzypnęły zamykane drzwi. Kobieta skierowała swoje kroki w kierunku mostu, który stojąc na grubych drewnianych palach, umożliwiał przedostanie się na drugą stronę szerokiej rzeki. Chciała przedostać się gdzieś tam za horyzont, gdzie pozostały jej dziecinne wspomnienia i dziecinne marzenia. Nieraz próbowały dobiec tam jej stęsknione myśli. Brnąc w śniegu, ze mną uwieszonym przy piersi, po mało wydeptanej przez służbę ścieżce, która prowadziła do przerębli rzecznej przy moście, poczuła coś przypominającego ciepłe przytulenia swojej matki. Jak przez mgłę widziała jej wyciągnięte ręce, których dotknięć zapamiętała tak niewiele. Choroba i śmierć matki zbyt szybko zabrały to, co miłe, a jej pozostała życiowa tułaczka. Z kilkanaściorga dzieci ojciec ją pierwszą wydał na posługi, choć miała dopiero sześć lat. Ale jakże miał zrobić inaczej, skoro urodziła się niemową, czyli dzieckiem bez kobiecej przyszłości. Część rodzeństwa też powydawał na służbę, w zamian za jedzenie dla nich, ponieważ sam nie byłby w stanie ich wyżywić. Niewielkie pole obrabiane bez żony oraz mała wiejska kuźnia odziedziczona po teściu dostatku zapewnić nie mogły. Zimą w kuźni roboty było mało, a latem często Cyganie zawijali taborami w te rejony i swoją rozkładaną kuźnią zabierali jakikolwiek zarobek. Krystyna coraz bardziej wydłużała krok, niosąc mnie jak własnego syna i niosąc również nadzieję, że może gdzieś przytuli się u boku ojca i swoją harówką obroni mnie przed pomysłami swojego pana. Idąc z tymi myślami znalazła się już daleko od dworu. Zatrzymała się nagle, kiedy dobiegły do niej jakieś głosy. Serce mocno zabiło i zaczęła rozglądać się niespokojnie. Wypatrywała, czy z tyłu nie ma przypadkiem pościgu. Lekko uniosła nogę i wyciągnęła nóż z buta. Pokrzykiwania dobiegały jednak od strony mostu, więc wpatrując się w tamtą stronę, dostrzegła stojący pojazd z klocami. Po krótkim namyśle skręciła w lewo i udała się wprost na taflę zamarzniętej rzeki. Nie chciała wyczekiwać i tracić czasu. Hektor posuwał się z tyłu swoim spacerowym krokiem. Niedaleko od brzegu zacząłem kwilić w zawiązanym becie, więc Krystyna przykucając wysunęła swoją pierś i przez chwilę mnie karmiła. Obawiała się mojego donośnego płaczu i utraty tajności swojego położenia. Wpatrując się w brzeg rzeki, postanowiła przejść dalej i karmienie dokończyć w osłonie krzaków przy zamarzniętej tafli wody. Doszła więc do stromego brzegu i wybrała miejsce najbardziej dogodne do schodzenia. Ustawiona bokiem w kierunku oddającego blask księżyca lodu, powoli zsuwała się po śniegu. W niedalekiej już odległości od rzeki, but prawej nogi wsunął jej się pod pozostawioną pod śniegiem i przymarzniętą do ziemi grubą gałąź zerżniętego tutaj przez Stacha Lenarta dębu. Ten samotnik nie tylko kłusował, ale też podkradał niby niczyje drzewa i wyrabiał z nich sanie lub kłonice do wozów, na których starał się zarabiać. Trochę zmuszało go do tego jego własne życie, ponieważ poza małą chatką nie posiadał nic więcej. Chata też nie stała na jego własnej ziemi. Kiedyś sklecił ją jego ojciec na wykarczowanym pod kościół terenie, którego i tak w tym miejscu nie zbudowano, wybierając później inną lokalizację. Krystyna przytrzymana niespodziewanie podczas zsuwania się, całym swoim ciężarem poleciała w kierunku rzeki. W jednej ręce trzymała nieschowany nóż, a w drugiej chustę z betem i mną w środku. Upadając uderzyła głową o ukryty  pod śniegiem pień. Pewnie pchana w czasie upadku jakąś podświadomą siłą, rękę z chustą starała się upuścić jak najdelikatniej. Zawiązany w tobołek poleciałem ze śniegu na rzekę skutą lodem i obracając się dookoła własnej osi, wylądowałem na jej środku. Krystyna już się nie podniosła. Leżała nieruchomo na boku. Głowę z zamkniętymi oczyma miała tuż przy brzegu rzeki. Na białym śniegu, wokół jej ręki z nożem skierowanym w okolice brzucha, zaczęła robić się czerwona plama.
– Auuuuuu! – w nocnym blasku księżyca rozległo się rozpaczliwe wycie Hektora.


{jcomments on}
(0 - głosowań)

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Tytuł:
Komentarz: