Aż nieraz dziwnie bez tego. Bez tych pyskówek. Sądziłem, że przepadły one bez wieści i na zawsze. Ale..., to tylko tak sądziłem. To w ludziach jest, na pewno jest. A w starszych? W tych, którzy wtedy stali w kolejkach? Nie mnie oceniać. Niech każdy sam siebie oceni. Ja wiem tylko, że przedwczoraj zdarzyło mi się być w innym sklepie. Co ja plotę. Toż to fabryka była wielka. Fabryka zarabiania pieniędzy. Ludzie nogami zapierali się o posadzkę, pchając do kasy pojazdy pełne towarów. W alejkach pomiędzy wysokimi regałami ledwie się przeciskałem. Szukałem miejsca, gdzie leżą śrubki.
- Przeprasza pana – zapytałem takiego młodego z obsługi z zawieszką przy piersi – śrubki, to gdzie się znajdują?
- Pod osiemnastką – rzucił mi w przelocie.
- Hmmm – mruknąłem jedynie.
Osiemnastka, to..., ale niech mu tam będzie. Młody przecież, to ma o czym myśleć. O mnie będzie? Zadarłem głowę do góry i idę do tej osiemnastki. Znalazłem wreszcie. Śrubek tam, że ho! Idę kawałek i patrzę, znowu idę i znowu dalej patrzę. W głowie mi się od tych śrubek zakołowało. Zatrzymałem się przy takich, które zdawały się być dla mnie. Poukładane były w przezroczystej szafce z wysuwanymi szufladkami. Bałem się dotykać szufladki z moimi, ponieważ pisało tam, że jedna kosztuje czterdzieści pięć groszy. Cieniutka każda i długości ledwie dwadzieścia milimetrów, a czterdzieści pięć groszy. Pomyślałem, że się pomylili.
- Mogę w czymś pomóc ? – zaskoczył mnie jakoś tak nagle, też młody z obsługi.
- Te śrubki – pokazuję palcem – to... jedna tyle kosztuje?
- Skoro tak pisze.
- Ale w hurtowni metalowej kilogram kosztuje cztery złote, to jest ich tam może z tysiąc...
- To idź sobie pan tam – nie dał mi dokończyć, choć grzeczny byłem.
- Nie mają chwilowo, więc kupię tutaj. Poproszę tylko pięć sztuk, ponieważ tyle mi zabrakło.
Cicho jakoś za mną, więc odwracam głowę. Gość z obsługi jest już w połowie alejki.
- Halo! – wołam – Proszę pana! Ja chcę kupić pięć tych śrubek.
- Nie będę się panem zajmował. Równie dobrze może pan sam sobie zapakować! – wygłosił odwrócony plecami do mnie.
Ot, mnie obsłużył. Włożyłem sobie sam te śrubki do nylonowego woreczka, który był do dyspozycji i w środek jeszcze kartkę. Kartkę, gdzie należało wypisać sztuki i numer tego towaru. Wpisałem tylko piątkę i nic więcej. To przez to obsłużenie mnie plecami. Niech go wołają przez mikrofon do kasy i niech lata po te numery. Może to coś go nauczy. Wystałem się w długiej kolejce. Taśma nosiła towary z pół godziny, zanim ja położyłem na niej mój woreczek. Dojechał do młodziutkiej kasjerki, a ja dodreptałem za nim.
- A kod? – spytała pani patrząc na karteczkę.
- Kot? – zacząłem kombinować dzięki tamtemu z obsługi – Został w domu, choć właściwie to kotka. Skąd pani wie, że ją mam?
Ale się pani.... roześmiała. Pewnie domyśliła się, że wiem o co chodzi, ale też pewnie lubiła koty.
- Numer kodu proszę pana – wyjaśniała mi ze śmiechem – który posiada każdy towar. Pan musi go wpisać na ten druk. Odczytać na półce i tutaj wpisać.
Rozumiem – zrobiłem się potulny – ale mam problem.
- Jaki?
- Może poprosiła by pani przez mikrofon pana, który obsługuje tę alejkę. Ja nie umiem czytać, a o pisaniu, to nie ma już żadnej mowy. W rachubę wchodzą jedynie krzyżyki do podpisu.
- Proszę nie żartować – pani mnie miło prosiła – widzi pan jakie mamy kolejki.
- Zdarzyło mi się w ogóle nie uczęszczać do szkoły, więc co teraz mam zrobić? – przez tamtego musiałem być uparty.
- Proszę cofnąć się dwa kroki – pani z kasy założyła barierkę, zamknęła sejf i pobiegła z kartką pomiędzy regały.
Ale mi się nieswojo zrobiło. Zamiast tamtego, ukarałem niewinną dziewczynę. Dopiero w tym momencie zorientowałem się, że w tym markecie nie słychać głosu z mikrofonów. Czy mieli uszkodzone, czy w ogóle ich nie mieli, nie wiem. Trochę mi nie pasowało, żeby w takiej wielkiej stodole i dodatkowo w stolicy mikrofonów nie było. Trochę czasu już upłynęło, a pani widać nie było. Za mną z tyłu już chrząkali. Potem zaraz pojawiły się pomruki, ponieważ załadowana taśma od dłuższego czasu nie drgnęła nawet milimetr.
- Co tam? Zakleszczyło się coś? – daleko z tyłu pytała pani.
- Jakiś facet zablokował kasę – wyjaśniał jako trzeci za mną, starszy i łysawy gość.
- Gówno kupuje, a tyle ludzi zablokował – dodał po chwili – zaraz miasto będzie zakorkowane, ludzie w zakładzie, a ja tu dyndam przy nieczynnej kasie z czyjejś winy.
Coś mnie podkusiło, żeby pobudzić u tego pana jeszcze ze dwa nerwy. Może to i niegrzeczne, ale niech tam będzie.
- Skoro brakuje panu czasu, to znaczy, że powinien pan zacząć wstawać godzinę wcześniej – powiedziałem nie patrząc na niego.
- Nikt nie będzie mi dyktował o której mam wstawać! – prawie krzyknął – A już na pewno nie jakiś nieuk.
- Co tam się stało? – dopytywała jakaś babcia z kwiatem w doniczce, stojąc prawie na końcu.
Nie doczekała się odpowiedzi. Taśma ruszała, ponieważ swoje śrubki trzymałem już w ręku, kiedy zapłaciłem dwa złote i dwadzieścia pięć groszy.
- Przepraszam panią za kłopot – odezwałem się do kasjerki – a koty pani lubi?
- Bardzo lubię – usłyszałem na odchodnym – mam trzy.
{jcomments on}
Please wait...