Subskrypcja

Wpisz swój e-mail, a będziemy Cię informować o najnowszych wydarzeniach na Zaszafie.pl!

Nasza klasa

Jerzy Pustuła | środa, 02, czerwiec 2010 08:17

Szósty VIII

 

Odjechali wreszcie ci z klocami, po przymusowym postoju na moście, więc Lenart wyszedł zza krzewów i ruszył w kierunku częściowo zasypanej śniegiem gałęzi po schwytane kuropatwy.

Ten z psem, który szedł w kierunku rzeki, też był już niewidoczny. Przyczajone w gałęzi kuropatwy poderwały się do panicznej ucieczki, widząc zbliżającego się wroga. Uwięzione nogi nie pozwalały im jednak uciec. Trzepotały więc nadaremnie swoimi skrzydełkami, coraz bardziej tracąc siły. W końcu, kiedy Stach odpinał je z uwięzi, próbowały chociaż kąsać ostrymi dziobami. Szybko jednak obydwie znalazły się za pazuchą doświadczonego kłusownika. Ten sprawnie poprawił pas okalający dolną część kapoty i sprawdził zapięcie guzików. Przed odejściem postanowił poprawić naruszone oczka przy gałęzi i dosypać nową porcję plew, które wychodząc z domu włożył do kieszeni. Kiedy kucając ustawiał jedno z oczek, daleko nad rzeką rozległo się przeraźliwe wycie psa. Było tak rzadko spotykane, że Stach aż poderwał się na proste nogi. Pętla z końskiego włosia zacisnęła się przy tym niespodziewanym ruchu na jego palcu. Odpiął ją szybko i zapominając o dalszym maskowaniu pułapki, zrobił kilka kroków do przodu. Stanął nieruchomo, patrzył w kierunku rzeki i nasłuchiwał. Nic jednak nie mąciło już nocnej ciszy. Zastanawiał się nad człowiekiem z psem, którego wcześniej widział zmierzającego w tamtą stronę, i przyszło mu na myśl, że tamten szedł pewnie zrobić psu krzywdę. Mieszkał przecież taki jeden w trzeciej wsi, który zabijając psy, wytapiał z nich smalec, a potem oferował go w sprzedaży jako lek na suchoty. Nie wiadomo tylko, dlaczego miałby zabijać psa tutaj, skoro ten szedł za nim posłusznie. Lenart postanowił pójść do rzeki i obejrzeć teren. Nie obawiał się niczego, ponieważ nocne wędrówki były częścią jego życia, a i siły Pan Bóg mu nie poskąpił. Taki weźmy choćby ciężki kloc z dęba, którego zerżnął tutaj nad rzeką ubiegłej jesieni. Dźwigał go stąd aż do swojego domu prawie bez odpoczynku. Czasami tylko przystawał i przerzucał drewno ze zmęczonego ramienia na to bardziej wypoczęte. Niełatwe było to zadanie, zważywszy, że była noc i pod butami miękki teren po jesiennych deszczach. Przez to, już blisko domu, nogi uginały mu się w kolanach. Idąc teraz po śniegu w kierunku rzeki, przypomniało mu się, że z nastaniem wiosny ma zabrać pozostawione grube gałęzie, za które Morelkowa obiecała mu rosół w niedzielę i połowę z ugotowanego koguta, który dumnie spacerował po jej podwórku. Dobrze, że trafiały się takie samotne kobiety. Można było u nich od czasu do czasu zjeść coś gotowanego za udzieloną pomoc. Bywało czasami, że u jakiejś młodszej udało się też wsunąć na noc do łoża. O ożenku nawet nie było co marzyć. Bardzo podobała mu się Krystyna, jedna ze służących u hrabiego. Z tą czarnulką z kręconymi włosami chętnie by zamieszkał, nie zważając nawet na to, że była niemową. Uśmiechała się do niego, kiedy czasem szturchał ją niby niechcący w ciżbie przed kościołem. Łatwo też by z nią się porozumiewał, tak jak na odpuście, kiedy podarował jej wyklepanego z blaszki chrabąszcza zakupionego na straganie u Żyda. Przy pomocy rąk pogadali sobie wtedy o różnych rzeczach. Cóż z tego, skoro musiałby tyrać u hrabiego, a to było niezgodne z jego charakterem. Podebrał mu więc urodziwą Krystynę niejaki Bartłomiej. Zośka od Boryniuka też  wodziła za nim oczami, ale jej ojciec stanął im naprzeciw. Oświadczył pewnego razu, nie otwierając nawet furtki, że gołodupców nie chce widzieć w swoim obejściu. Teraz raczej należałoby myśleć o przytuleniu się do jakiejś wdowy.

Stado kuropatw zafurkotało mu przed nosem, wypłoszone w nocy gdzieś dalej przez innego łowcę. Stach, odwracając głowę za stadem, nieznacznie się uśmiechnął, jakby widział przelatującą opodal, gotową już pieczeń. Poczuł głód w żołądku, ponieważ przed wyjściem połknął jedynie dwie łyżki przypalonej kaszy. Jeszcze nigdy nie udało mu się uprażyć jej właściwie. Wiedział jak to się robi, ale konsekwencji w działaniu mu brakowało. Brakowało mu jej od dawna. Raz nawet, kiedy dorabiał u gajowego przy wyciąganiu koniem kloców z lasu, złamał nogę. Gajowy polecił mu obmyć nogi w strumieniu, a sam poszedł po bryczkę, aby zawieźć go do lekarza, celem usztywnienia naprawionej nogi specjalnymi deseczkami.
– Proszę zdjąć buta również ze zdrowej nogi – poprosił lekarz – porównamy obydwie.
– W żadnym wypadku, panie doktorze – zaprzeczył wtedy szybko – ta druga nie jest przygotowana do wizyty.
Niby gajowy kazał mu umyć obydwie, ale po co miał to robić, skoro złamana była tylko jedna. Idąc dalej, skręcił w stronę śladów pozostawionych przez nieznajomego i po kilku minutach stanął na skarpie przy rzece, w miejscu, gdzie podkradał niewiadomo czyjego dęba. Pośrodku tafli lodu na rzece, odbijającej światło księżyca, od razu dostrzegł nietypową ciemną plamę.
– Tam łobuzie porzuciłeś psa – mruknął do siebie – smalec z niego jedynie cię interesuje.
Prawą nogę zaczął przystawiać do zejścia i dostrzegł wtedy, że ktoś leży przy rzece. Dziwny dreszcz przebiegł mu po plecach.
– Ej! Ty! – zawołał. – Co tam tak leżysz!
– Hau! Hau! – rozległo się ze środka zamarzniętej rzeki.
Stach znieruchomiał i wytężył swój wzrok. Nie mógł zrozumieć, co tutaj się dzieje. Pies, który zaszczekał na rzece, zaczął teraz chodzić powoli dookoła jakby upolowanego zwierzęcia.
– Ej!! Ty!! – krzyknął więc jeszcze głośniej. – Okowita cię zmogła?
Postać nawet się nie poruszyła, więc postanowił zejść ze skarpy. Podszedł ostrożnie od strony pleców leżącego i ruszał go swoim butem.
– Wstawaj, wstawaj, bo zamarzniesz! – wołał kilka razy.
– Uułaaa! Uułaaa! – zaskrzeczało na rzece.
Stach dostał gęsiej skórki i włosy zjeżyły mu się pod czapką. Spojrzał na księżyc, którego blask go oślepił. Poczuł się jakby był  w jakiejś zaczarowanej pułapce.
– Złe chce mnie tutaj opanować, czy co? – mówiąc głośno, dodawał sobie odwagi.
Po chwili wahania ruszył ramionami, jakby chciał zrzucić z siebie coś przygniatającego, i obszedł leżącego, aby popatrzeć na jego drugą stronę. Przy podwiniętej ręce dostrzegł krew na śniegu, a dalej pod ubraniem trzonek z kawałkiem ostrza noża. Ten widok go przeraził. Spojrzał na wznoszący się brzeg rzeki, podświadomie wyszukując dogodnej drogi do ucieczki. Wtedy zobaczył zahaczonego za gałąź długiego buta. Zerknął więc na stopy człowieka na śniegu. Na podwiniętej nodze buta nie było. Coś zaczęło mu świtać w głowie. Odsapnął i otarł pot na czole.
– Uułaaa! Uułaaa! – dobiegło od psa na rzece.
Teraz Stach wyraźnie rozpoznał płacz dziecka, ale dalej nie mógł się zorientować, co wydarzyło się w tym miejscu. Przykucnął i przekręcił twarz leżącego w stronę księżyca.
– Krystyna! – jęknął. – O mój Boże... ty... co ty?
Przez głowę przemknęło mu kilka myśli. Ta o samobójstwie oddalając się, zaraz wracała. Podszedł do podwiniętej ręki z nożem i delikatnie ją wysunął. Sprawdził ubranie. Było suche. Na dłoni Krystyny dostrzegł długie okaleczenie, z którego powoli sączyła się strużka krwi. Dotknął więc jej ręki w głębi rękawa i poczuł, że jest ciepła. To go zbudowało i dodało mu nowych sił. Bez zastanowienia chwycił kobietę pod pachy i przeciągnął na bok, aby nie leżała głową w dół. Kiedy się podnosił, jedna z kuropatw trzymanych pod pazuchą zatrzepotała mu skrzydełkami przed nosem i wznosząc się szybko zniknęła za skarpą rzeki. Wykorzystała lukę powstałą po urwanym przed chwilą guziku. Druga z kolei szamotała się gdzieś na plecach. Nie zwracał jednak na nie uwagi. Nabrał w dłonie śniegu i powoli nacierał nim czoło kobiety i okolice nosa. Po jakimś czasie Krystyna uniosła powieki. Potem zaczęła się ruszać, jakby chciała wstać. Ujął ją za ramiona i pomógł usiąść. Wysunął sobie z buta nogawicę i korzystając z leżącego na śniegu długiego noża, odciął kawałek podszewki. Zawiązał nim skaleczoną dłoń kobiety. Potem szybko pobiegł do gałęzi i przyniósł but, który nałożył jej na stopę.
– Nie wiem Krysiu, co tu robisz w nocy – zagadywał łagodnie – ale nie martw się, nie martw. Wszystko będzie dobrze.
– Uułaaa!! Uułaaa!! – to znowu ja dałem znać o sobie.
Stach energicznie odwrócił głowę, ponieważ chwilowo zapomniał o krzyku dziecka. Krystyna natomiast poderwała się na nogi i chwiejąc się, zaczęła kręcić się dookoła. Nie mogła utrzymać równowagi. Lenart złapał ją za rękę i przytrzymał, żeby się nie przewróciła. Przez chwilę stała nieruchomo. Potem znowu próbowała chodzić i rozglądać się po terenie, wydając przy tym bolesne jęki. Kiedy wydałem trzy kolejne skrzeczenia, Krystyna od razu wychwyciła skąd dobiega głos. Ręką pokazała na środek lodu i ruszyła w tamtym kierunku. Stach szedł obok niej, przytrzymywał ją za rękaw i suwał buty po lodzie.
– Nie wiem co to za dziecko, przecież twoje podobno akuszerka odebrała martwe – mruknął pod nosem.
Hektor obszedł zawiniątko jeszcze dwa razy, delikatnie je obwąchał, jakby chciał sprawdzić, czy ciągle w nim jestem i położył się na lodzie. Łeb wsparł na wyciągniętych przednich łapach. Obserwował księżyc oraz dwie zbliżające się z oddali istoty. Zdawało się, że jego przymrużone oczy napełnione są radosnym uśmiechem.

 

 

 

{jcomments on}

(0 - głosowań)

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Tytuł:
Komentarz: