Cholernie oślepiała czerwona tarcza siadająca na pagórkowatych łanach zbóż. Zmusiła mnie ona do założenia okularów z ciemnymi szkłami, choć nie wiem dlaczego, ale nie lubię w nich podróżować.
Silnik mruczał przyjemnie, posilając się prądami chłodniejszego powietrza, które zaczęło napływać z majaczących w oddali Borów Tucholskich. Niewielka, senna miejscowość z pokręconą drogą centrum, kościółkiem i kilkoma tablicami reklamowymi pozostawała już za mną, kiedy daleko z przodu, ktoś oparty o grube, przydrożne drzewo zaczął energicznie machać ręką. Czas autostopowiczów jakby już przeminął, jednak ten człowiek na takiego wyglądał. Noga mimowolnie przesunęła mi się na pedał hamulca. Drzwi otworzył chłopak może siedemnastoletni, z plecakiem na ramionach, który obwieszony był różnymi niezbędnikami pomocnymi w samotnej wędrówce. Wyglądał bardzo sympatycznie.
– Mogę zabrać się z panem? – wsiadając, zadał pytanie.
Zaskoczył mnie tym, ponieważ oczekiwałem pytania o nazwę miejscowości, do której zmierza lub co najmniej o kierunek jazdy. Samochód zatrzymałem przecież po to, żeby go zabrać.
– Daleko pan jedzie? – popatrzył na mnie, kiedy już zapiął pas bezpieczeństwa.
– Jeszcze pewnie ze sto kilometrów mi pozostało – udzieliłem wymijającej odpowiedzi. – A pan dokąd?
– Obojętne mi. Mogę jechać z panem dokąd pan zechce.
– Nie rozumiem.
– A po co panu rozumieć. Skoro ma pan samochód, więc i kasę pan ma, a ja umiem dobrze zrobić. Mogę zostać pana narzeczoną.
Samochód zakołysał się na boki, sprowokowany moimi, jakimiś niekontrolowanymi ruchami rąk.
– Posłuchaj, młody człowieku – odezwałem się po chwili – pedałem nie jestem, ale sadystą tak.
– A kto to jest sadysta? – patrzył ma mnie z lekkim uśmiechem, nawet jakby zadowolony.
Zjechałem na pobocze w szczerym już polu. Sięgając do klamki po jego stronie, otworzyłem drzwi.
– Zmykaj stąd! – spojrzałem mu w twarz, starając się utrzymać groźną minę.
– Aaa... ale proszę pana, tutaj jest pustka, szczere pole i już wie... wieczór – zaczął się jąkać.
– Przecież ci powiedziałem, że jestem sadystą. Zmykaj i to szybko.
– Mogę zabrać się z panem? – wsiadając, zadał pytanie.
Zaskoczył mnie tym, ponieważ oczekiwałem pytania o nazwę miejscowości, do której zmierza lub co najmniej o kierunek jazdy. Samochód zatrzymałem przecież po to, żeby go zabrać.
– Daleko pan jedzie? – popatrzył na mnie, kiedy już zapiął pas bezpieczeństwa.
– Jeszcze pewnie ze sto kilometrów mi pozostało – udzieliłem wymijającej odpowiedzi. – A pan dokąd?
– Obojętne mi. Mogę jechać z panem dokąd pan zechce.
– Nie rozumiem.
– A po co panu rozumieć. Skoro ma pan samochód, więc i kasę pan ma, a ja umiem dobrze zrobić. Mogę zostać pana narzeczoną.
Samochód zakołysał się na boki, sprowokowany moimi, jakimiś niekontrolowanymi ruchami rąk.
– Posłuchaj, młody człowieku – odezwałem się po chwili – pedałem nie jestem, ale sadystą tak.
– A kto to jest sadysta? – patrzył ma mnie z lekkim uśmiechem, nawet jakby zadowolony.
Zjechałem na pobocze w szczerym już polu. Sięgając do klamki po jego stronie, otworzyłem drzwi.
– Zmykaj stąd! – spojrzałem mu w twarz, starając się utrzymać groźną minę.
– Aaa... ale proszę pana, tutaj jest pustka, szczere pole i już wie... wieczór – zaczął się jąkać.
– Przecież ci powiedziałem, że jestem sadystą. Zmykaj i to szybko.
{jcomments on}
Please wait...