Pół godziny już przeleżał niedbale rzucony na swoją wysłużoną wersalkę, na drugim piętrze podniszczonego już bloku mieszkalnego. Bardzo chciał odpędzić, a może zmienić, myśli o samym sobie, które nawiedzały go coraz częściej. Jeszcze nie tak dawno nic takiego przecież miejsca nie miało.
– Jednak chyba muszę być jakiś nietypowy – pomyślał.
– Dupa! – głośno krzyknął po chwili.
Ten okrzyk musiała wywołać u niego znerwicowana mucha, która zaniepokojona nie wiadomo czym wleciała przez otwarte okno, przyciągając za sobą niemiłe wspomnienia. Latała jak szalona. Jedynie czasami, na ułamek sekundy, czepiała się sufitu. Jej wściekły lot od razu przypomniał mu tamten znienawidzony samolot z wojska. To właściwie tylko takie ileś tam arkuszy blach, silnik i trochę szkła, a ślad potrafi zostawić na całe życie.
– Panie kapitanie – odezwał się wtedy nieśmiało, patrząc przez okno na teren jednostki – proszę mi podpowiedzieć, jak załatwić pewną sprawę... czy może prośbę?
– Mów, Robert, o co chodzi, wal prosto z mostu – kapitan nawet na chwilę nie oderwał wzroku od raportów rozłożonych na biurku.
– Służę w lotnictwie, a samolotem nigdy w życiu nie latałem. Za miesiąc wychodzę do cywila i nie chciałbym, żeby koledzy ze mnie kpili.
– Chciałbyś się przelecieć?
– No właśnie.
– Sam? – zażartował kapitan.
– Przecież nie jestem pilotem, panie kapitanie. Z kimś. Na tylnym fotelu.
– Napisz podanie do dowódcy, chociaż wątpię, że się zgodzi.
Dowódca musiał mieć dobry dzień, kiedy podanie trafiło na jego biurko, ponieważ już trzeciego dnia Robert ubrany w kombinezon, niczym prawdziwy pilot wojskowy, zmierzał do stojącej na płycie lotniska bojowej maszyny.
– Obleć z chłopakiem wszystkie zakamarki, żeby miał o czym w cywilu opowiadać! – na odchodnym kapitan zawołał jeszcze do pilota, który w jednostce miał opinię najzdolniejszego, najlepszego w podniebnym lataniu.
– Rozkaz! – krzyknął pilot.
Przy starcie jakaś ogromna siła wcisnęła Roberta w fotel. Zdawało mu się, że wyrwie go razem z tym fotelem i wciśnie gdzieś w ogon samolotu. Jeszcze nie zdążył przeanalizować w jaki sposób siedzenia są przytwierdzane do podłogi, a już zobaczył pod sobą rzadkie kawałki chmur i wszystko zlane w jedno, gdzieś głęboko pod sobą. Nagle samolot obrócił się kilka razy wokół własnej osi. W oczach mu pociemniało i dziwnie się poczuł. Maszyny jednak to nie interesowało. Posłusznie wykonywała polecenia pilota. Po niedługim czasie już pikowała. Robert, przez gwiazdki fruwające mu jeszcze po obrotach przed oczami, zobaczył w dole wijącą się wstążkę. Zrozumiał, że to jest Wisła. Rzeka szybko zaczęła się powiększać i dalej, z boku, również szybko, w oczach rosło mu miasto. Nie wiedział, czy to jest Toruń, czy może Bydgoszcz, ale na pewno nie Gdańsk, ponieważ nie było widać morza. Wnętrzności poczuł gdzieś wysoko w sobie i zaczęło mu się robić niedobrze. Chciał nawet krzyknąć do pilota, żeby ten się nie wygłupiał. Nie zdążył jednak. Most na rzece zdawał się być już tak blisko, że Roberta opanował lęk. Przez myśl błysnęło mu jedynie, że to może być awaria samolotu. Zamknął oczy, a przystrzyżone włosy pod lotniczym hełmem poczuł sztywne niczym druty, i żołądek zaczął go boleć. Maszyna po chwili poleciała jednak w górę. Wtedy ciśnienie w żołądku wzrosło i Robert poczuł mrowienie na twarzy. Zdawało mu się, że zielenieje, i zdał też sobie sprawę, że się nie obroni. Właściwie to nawet bronić się przestał. Wypuścił z siebie wszystko. Poczuł, że pośladki oblepia mu ciepła maź. Potem, już na płycie lotniska, nie mógł ustać na nogach. Czuł, że nie są one w stanie udźwignąć jego ciężaru. Miał wrażenie, że jego własna waga wzrosła kilkakrotnie. Jakoś jednak ruszył powoli w kierunku budynku, gdzie oczekiwała grupa kolegów, tworząc mały komitet powitalny.
– Jak chrzest wyglądał?! Co taki blady jesteś?! Nie wlecz się, równym krokiem marsz! – wołali jeden przez drugiego.
– Oooo! – krzyknął któryś, wskazując palcem na kombinezon Roberta przyklejony do pośladków. – Kolejna dupa pękła!
Teraz machnął i przeciął ręką powietrze jakby chciał dać klapsa kołującej musze albo odpędzić wspomnienia z ostatniego miesiąca w wojsku. Lepiej już byłoby wspominać pracę zaraz po nim, z przed trzech lat, gdyby nie Lodzia. Znał ją jedynie z rozmów przez telefon. Zawsze bardzo długo gawędzili, kiedy w jej firmie składał zamówienia. Ale nie tylko wtedy. Czasem ona zadzwoniła, choć częściej on, żeby tylko nasłuchać się siebie nawzajem. Pożartować sobie. Lodzia głos miała piękny, aż świdrujący wnętrze Roberta, i była bardzo miła. Żartować umiała jak nikt inny, czasem wzdychać, a nawet marzyć. Zaproszenia do odwiedzin słała mu przy każdej rozmowie. Choć odległość pomiędzy firmami była bardzo duża, to jednak Robert obiecał, że przyjedzie. Obiecał też, że po przybyciu spowoduje, że przestaną już być na „pan Robert” i „pani Lodzia”. Bardzo ją tym ucieszył. Ta dziewczyna krzątała mu się często w myślach, nawet kiedy był po pracy. Postanowił więc zorganizować wyjazd firmowym samochodem z kierowcą do kilku firm w tamtym rejonie kraju, z głównym założeniem pertraktowania obniżki cen na kupowane materiały. W ostatniej rozmowie telefonicznej poinformował Lodzię, że wreszcie się spotkają, że dotrze do niej następnego dnia o godzinie dziewiątej. W czasie podróży przeklinał drogowców, że swoją ślamazarną pracą ograniczają czas przejazdu. Zaczął nawet liczyć, ile razy muszą stać na remontowanych odcinkach w oczekiwaniu na zielone światło. Kierowcy za to wszystko było obojętne. Pasażera dowiózł do celu na godzinę trzynastą. Przed wejściem do biurowca, gdzie pracowała Lodzia, Robert kupił u kwiaciarki okazały bukiet na okoliczność pierwszego spotkania. Poprosił też kierowcę, aby ten poszedł z nim. Przynajmniej, żeby towarzyszył mu w trakcie wymiany pierwszych zdań przy spotkaniu, wsparł tam jakimś słowem, ponieważ nie będzie to miejsce ustronne. Wjechali windą na czwarte piętro, gdzie znajdował się pokój z numerem trzysta trzy, a w nim Lodzia. Na korytarzu Robert poczuł jakieś ciśnienie w żołądku, takie jak wtedy w pikującym samolocie. Bez słowa wcisnął w ręce kolegi kwiaty i pobiegł do szpaleru łazienek. Wrócił po dziesięciu minutach, bez słowa zapukał do drzwi i kiwnięciem głowy zaprosił ze sobą kolegę. Obaj weszli do pokoju.
– Dzień dobry – Robert przywitał zapracowane panie nieśmiałym głosem – ja do pani Lodzi. Jestem Robert.
– Aaa! Pan Robert! – z fotela poderwała się młoda dziewczyna. – Witam! Lodzia wspominała, że ma pan przyjechać. Nawet czekała na pana do jedenastej.
– Nie ma jej? Wyjechała gdzieś?
– Pojechała już do domu.
– Wzięła wolne?
– Nie rozumiem pytania – dziewczyna lekko się zmieszała. – Pewnie Lodzia mówiła panu, że dzisiaj będzie na krótko. Chciała jedynie pozałatwiać swoje sprawy. Przecież już od wczoraj jest na tej swojej upragnionej emeryturze.
Robert stał z głupią miną i nie wiedział, co ma robić.
– Niech pan zostawi kwiaty dla Lodzi. Ma zajrzeć jeszcze jutro – odezwała się druga z pań – powiemy jej, że to od pana. Chyba, że zawiezie je pan do jej domu.
– Tak… jutro, to znaczy... zawieziemy jej. Do widzenia.
Kiedy znaleźli się na zewnątrz, kierowca spojrzał na Roberta.
– Chcesz jechać z kwiatami? To z emerytką chcesz się żenić? – zapytał.
Robert nic nie odpowiedział. Przeszedł po pasach na drugą stronę jezdni i na przystanku przy parkingu wręczył kwiaty starszej pani, która długo patrzyła na nie zdumionym wzrokiem, a potem takim samym na oddalających się mężczyzn.
Teraz Robert znowu przecinał ręką powietrze nad wersalką, jakby Lodzię chciał gdzieś przegonić. Ręka jednak zatrzymała się w połowie drogi, ponieważ kiedy przepędzał z myśli Lodzię, w wolnym miejscu pojawiała się Bożena. To mogło być niebezpieczne, ponieważ jej przecież jeszcze nie przestał kochać. Zaraz po powrocie od Lodzi postanowił, że znajdzie sobie dziewczynę, raczej w swoim mieście, z którą gdyby nawet można związać się na stałe. Z Bożeną spotykał się od pół roku i w dodatku coraz częściej. Ostatnio poczuł potrzebę spotykania się co dzień, ale ona nie bardzo mogła to robić. Czasem tajemniczo znikała na jakiś wieczór. Miał o to do niej pretensje, jednak jej zawsze udawało się sprawę załatwić polubownie i dodatkowo ze śmiechem.
- poprz.
- nast. »»
Please wait...