Żelazko sunie, do gładzi zmierzając. No, niemal samo! Te cuda techniki! Pilnować tylko, by hamowało w czas. Deska wszak to nie pole owsa, oba końce widać, nawet jakby kto taki mniej widzący. Ot, taki relaks. Wstyd się przyznać, kiedy inni uwijają się w robocie i w łańcuchach paradnych, i we włosiu anielskim.
Ręka jedna wodzi, druga z ledwością nadąża przed tamtą zagniotki prostować. Podryguje sobie przy tym i kuper, i nóżka, i głowa się kiwa. Trudno nie kiwać wszystkim, co wolne, kiedy nutki ulubione. Wśród nocnej nie bardzo ciszy jawi się masa huku, niby znajomego. Zza kilku ścian dźwięko-słabo-szczelnych się jawi. Trzaskają otwierane szufladki mózgowe – co to za rumory i skąd to może być? Niby znajome w wydźwięku, ale kojarzenie szybkie w rozkojarzeniu muzycznym do łatwych nie należy. Nie ma co nad rebusami się wyginać, a i ciekawość babska swoje prawa ma. To lecę.
Wracam, nie doleciawszy. Żelazko. Kto to wie, ile czasu zejdzie na podziwianiu efektów tej masy huku. Stawia w progu obrazek sielski. Pralka – drugie cudo techniki – zmyślnie pod blatem kuchennym schowana tańcuje skocznie. Sama sobie gra i sama tańczy. Z blatów zaś garnki, talerze, łyżki, widelce, kubki i co kto postawił jeszcze, w rytmie pralkowego granio-tańcowania suną i hop kolejno do zlewu blaszanego. Na podłogę nie. Na podłodze za to imponująca… hmmm, nie kałuża. Kałuża to jest – jak mawiają wojacy – akwen wodny bez znaczenia strategicznego. A to, co widać, to znaczenie chyba ma bardzo istotne w strategii przygotowań przedświątecznych. W obrazek sielski wmalowane pacholę, co mu do pełnoletniości czasu mało co zostało, rozparte i podparte łokciami na stole. Zagapione w obrazki migające na ekraniku kolejnego cuda. Nogi w wodzie, a ono, niebożę, nic na to. Może czerpie jakąś przyjemność z tego moczenia, a może czasu nie marnuje cennego przedświątecznego i tak wszystko naraz – moczy, patrzy, podpiera się... Pacholę do pacholęcia nie bardzo podobne. Bo czy pacholęta to takie bary rozłożyste na ten przykład mają? Albo takie ramię jedno, że damskie rączki małe obie z ledwością... z jaką ledwością! Nijak nie obejmą. Ech, lata lecą, dzieci rosną, po świecie się rozłażą. Dopiero co gatek samo nie oblekło...
– Synu!!!
– Co? - wielki spokój w głosie, a raczej rutyna. Żeby się chociaż odwrócił w matki stronę od tego pudełeczka cudnego.
– Odwróć no się.
– A co? - odwrócił się, spolegliwy znaczy.
– Nie zadziwia cię nic a nic, co się wyrabia za twoją... ci za plecami się wyrabia? – zdanie mi się od tych cudów równie cudne kleci, a słowa obelżywymi zwane ledwo wstrzymuję.
Cudem pewno. Ogarnął wzrokiem harce pralkowe; zainteresował się, tym samym wzrokiem omiatając, dokąd sięga bajorko; stópki numer 46 lekko uniósł, kapcie zostawiając na miejscu, czyli w wodzie. I tak jakby zastygł w pozie.
– Synu, a jak ci się pożar kiedyś zdarzy nie bardzo z przodu, to co? – ruszam tę pozę, święta idą! Syn się ocknął z zadumy. Spojrzał trzeźwiej nieco i prosto w oczy.
– Widocznie nie używała pani matka calgonu.
{jcomments on}
Please wait...