– Ja jestem jej mężem i tatą Janka. Tęskniłem. Przez wszystkie lata w łagrze, przez całą drogę do domu tylko ich miałem w głowie. Dla nich wróciłem.
– Jakie „proste”? Mój Boże, to ma być proste? I może jeszcze uczciwe? Wobec niej? Wobec mnie?
– Uczciwość nie ma tu nic do rzeczy. Wiesz jaka jest wrażliwa, słaba i chorowita. Nie spotykaj się z nią. To byłoby dla niej zbyt... Nie byłaby przecież z Samuelem, gdyby przypuszczała, że żyjesz. A on ich kocha. Przelał na Sonię i Janka całą miłość, jaką miał dla swojej dawnej rodziny.
– Miał swoje dzieci?
– Prawdopodobnie dwoje. Nigdy nic nie mówił, to pewnie dla niego zbyt bolesne. Widać tylko z jaką troską opiekuje się Jankiem, jak jest w nim zakochany. I w Soni. Nie odbieraj jej tego. Są już razem tak długo.
– Jesteś despotką i właśnie ty jesteś egoistką. Nawet mi nie współczujesz, nie zastanawiasz się przez co przeszedłem i jak okrutne jest dla mnie to, co mówisz. Myślisz tylko o Soni albo wydaje ci się, że o niej myślisz. Jakim prawem za nią decydujesz?
– Mój Boże, uczciwość, prawo… Masz rację, nie chcę słuchać o tym, co przeszedłeś. I nie opowiadam ci o swoich przejściach. Przemyśl to, co powiedziałam. Tyle.
Tak właśnie wyobrażałem sobie tę rozmowę między dziadkiem Dawidem a ciocią Sławą. Powtarzałem ją w myślach podczas lotu do Izraela. Patrząc na mijającą nas przestrzeń, widziałem, jak upływa czas. Ten sam stary czas odmierzał dwie godziny z Warszawy do Hajfy, czterdzieści lat od rozmowy dziadka z ciocią, do moich odwiedzin na jego grobie pięćdziesiąt lat po wojnie. Ten sam czas, ale doświadczenie czasu w podroży, szczególnie, kiedy patrzysz przez okno, jest jakieś inne. Nie ma chwili obecnej. Można więc w pewnym stopniu oderwać się od „siebie tu i teraz”. Wydarzenia z przeszłości zbliżały się do mnie. Byłem Sonią, Dawidem, Samuelem, Sławą…
Myślałem, dlaczego Samuel tak bardzo nas kochał, dlaczego Sława tak troszczyła się o siostrę i siostrzeńca, dlaczego uważała, że ma prawo za nich decydować, dlaczego dziadek pokornie zgodził się odejść… Nie chciałem jednak zrozumieć ich do końca, bałem się ich cierpienia. Za dużo, jak na jedną osobę. Cierpienie jednego z nich to też za dużo. Nie mogę dać mu przyzwyczaić się do mnie. To ja, Aleksander, a teraz jest koniec dwudziestego wieku – pokój. Nie muszę uciekać, wszyscy żyją. Mam szczęście. Doceniam je i czczę. Modlę się, żeby trwało jak najdłużej.
Tego samego dnia, wieczorem, siedziałem już w kręgu cioć, wujków, kuzynów, dzieci kuzynów… Wszystkich widziałem po raz pierwszy w życiu. Przedstawialiśmy się i pokazywaliśmy na narysowanym na wielkiej tablicy drzewie genealogicznym, jak jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Przy nazwiskach, drobniejszymi literami, napisane były nazwy miejscowości oraz daty urodzenia lub urodzenia i śmierci. Przy dwóch pokoleniach, obok roku śmierci często pojawiała się jeszcze drobniejsza literka „H”. Prawie na samym szczycie drzewa – rodzice Dawida – Sarah i Mosze Lewin, Łódź. Mieli szczęście. Uciekli przed „H”. Oboje umarli w 1933 roku. Mieli dwanaścioro dzieci, ale wśród wszystkich gości na tym rodzinnym zjeździe tylko ja nazywałem się tak jak oni.
Jeszcze chyba nigdy nie mówiłem tyle, co tego wieczoru. Odpowiadałem na mnóstwo pytań, opowiadałem o sobie, żonie i dzieciach, o życiu w Polsce.
– To wspaniale, że tak ci się układa – powiedział Rami, kuzyn dziadka i gospodarz spotkania. – Jesteś szczęśliwy, prawda?
– Jestem szczęściarzem.
Czułem się gwiazdą tego rodzinnego zjazdu i choć zazwyczaj nie lubię, gdy cała uwaga otoczenia skupia się na mnie, teraz było bardzo miło. Może byłem dla nich zjawiskiem, jako jedyna osoba z Europy wschodniej, a może po prostu bardzo mnie polubili, może kochali mojego dziadka i dlatego taką sympatią obdarzali mnie. Ci, którzy mieszkali w Izraelu zapraszali mnie do siebie. Niestety, nie mogłem przyjąć wszystkich zaproszeń – miałem tylko sześć dni, w dodatku już przez pierwszy kwadrans spotkania zaplanowanych niemalże co do minuty. Kuzynka Sarah wykupiła mi nawet wycieczkę do Betlejem i Jerozolimy, jako że – jak stwierdziła – pochodzę z katolickiego kraju.
– Chciałbym jeszcze pójść na grób dziadka Dawida, zobaczyć, gdzie mieszkał… – powiedziałem.
– No pewnie, zawieziemy cię – odrzekł Rami. – Powiedz tylko kiedy.
– Dziękuję, wszyscy jesteście tacy mili…
– Jaka szkoda, że mój tato nie dożył tego dnia – dodałem. – Tak by się cieszył, gdyby mógł tu być.
– Na pewno cieszyłby się, gdyby wiedział, że ty tu jesteś – powiedziała jedna z cioć. – Mój Boże, kto by pomyślał, że nasz Dawid miał w Polsce syna i wnuki. Gdyby Malka nie robiła tego drzewa genealogicznego, nigdy byśmy was nie znaleźli. Nie wiedzielibyśmy, że jesteście.
– Dziadek nic nie mówił? – spytałem.
– Wiesz… – odezwała się ciocia Malka. – Nie chciał opowiadać o tym, co było przed jego przyjazdem do Izraela. Nie miej mu tego za złe. Był dobrym człowiekiem. Na pewno próbował odnaleźć twojego tatę i babcię... Śmialiśmy się trochę z niego, żył jakby w innym świecie. Ciągle brał się za jakiś nowy interes i na żadnym z nich nie dorobił się fortuny. Chyba nawet nie chciał, nie słuchał dobrych rad, wciąż zaczynał coś innego… Robił ramki do zdjęć, tekturowe samoloty, klej i… – zawahała się. – Zapomniałam, jak to się mówi po angielsku…
– Taśmę klejącą – pomogłem.
– Tak! Skąd wiesz?
– Dziadek nas odnalazł – powiedziałem zdziwiony. – Jak byłem mały, przychodziły do nas paczki od niego, a w nich często to, co produkował, na przykład całe pudło taśmy.
– Niemożliwe! Miał z wami kontakt?
– Tak, z tego co wiem, odezwał się już z Izraela. Pisał listy do babci, do taty…
– I nic nam o was nie powiedział? – po raz pierwszy odezwała się córka Ramiego. – Dlaczego? Przez tyle lat! Przecież widywał się z tatą codziennie! Tato, wiedziałeś?
– Nie. Nigdy nic nie mówił.
{jcomments on}
Please wait...