Uśmiechnąłeś się do mnie po krawędzi własnych myśli. Zaczarowany obraz zaczął znikać za białą kolumną korynckich majaków. Byłam w jasnej sukience, choć to zima. A w moich koronkowych kieszeniach pływały białe gołębie. „Mój kochany Miqasto, gdzie cię szukać?” Fiolety snuły się nad ziemią surowym adwentem, a we mnie dominował uczuć karmin. Zaczął padać deszcz. Kawiarnie pływały po mglistych jeziorach mojej bezsenności, a pan Piotr trzymał w dłoni błękitną różę bez kolców, by nie bolało już serce. Poszłam dalej po muślinowym welonie skojarzeń. Twój ślad znalazłam w małej szklanej etażerce. Stała na zimnym bruku pośród huśtających się gołębi.
„Jesteś widmem, mój Miqasto?"
"Kocham cię", pomyślałam, rzucając w pustą przestrzeń różowy pocałunek. A słowa te piękna przerażeniem były i stan niebytu stał się piękny. Poszłam dalej. Skręciłeś w boczną uliczkę. Drzewa migotały tu srebrzyście i było chyba tysiąc złotych bram. Kłaniałeś się wszystkiemu i wszędzie.
Pozdrawiałeś kochanki, panny, wdowy i te moje w koronkach juz drzemiące gołębie. Krzyczałam, by zbudzić Wszystkich Świętych i ciebie, Miqasto, bo z pewnością nie zabrałeś budzika.
{jcomments on}
Please wait...