Marek Leszczyński
|
środa, 06, październik 2010 22:28
Jak Władek pojechał do syna i trafił na ścieżkę zdrowia odc.4
Strona 1 z 2
– Normalną! Oby mokra była – odpowiedział ojciec.
Marek uśmiechnął się pod nosem i oddał smycz w ręce Władka. Fox posłusznie usiadł przy nodze i patrzył skośnymi ślepiami na nowego właściciela.
Marek uśmiechnął się pod nosem i oddał smycz w ręce Władka. Fox posłusznie usiadł przy nodze i patrzył skośnymi ślepiami na nowego właściciela.
– No, widać rozumny z ciebie pies, a i zadbany, bo chabety nie sterczo po bokach. Jednak nie nadawałby się ty na łańcuch, bo ty miastowy.
Fox jakby rozumiał co do niego mówi, szczeknął i zamerdał ogonem.
– Oż ty, morda z nosem! – uśmiechnął się Władek i pogłaskał psa po głowie.
Za chwilę wyszedł syn z reklamówką, w której były cztery puszki piwa i woda w plastikowej butelce.
– Co ty zakupił? – zainteresował się.
– Nic! Po dwa piwa na spacer. Pójdziemy pod las na łąki, niech Fox trochę se polata – odpowiedział.
– No to choć szczęście, że drzew parę, to i jest gdzie zad posadzić i świeżym powietrzem pooddychać.
Poszli żwawo za sprawą psa, który wiedział, że czas na jego bieganie.
Wrócili po dwóch godzinach, już trochę weseli. Władek nie narzekał na miastowe odzienie, a i Fox jęzor wystawiał i dyszał ciężko.
Anna przywitała ich kwaśną miną, patrząc spode łba, że wyszli prosto, a wracają ukosem.
– Żeby nie pies, to i drogi do domu byście nie znaleźli. Obiad już stygnie, a was nie ma. Może pan mąż by choć komórkę brał ze sobą, jak gdzie wychodzi na dłużej? – nie dawała za wygraną.
– Oj, córcia! My poszli tylko na skraj lasu, bo to chyba jedyna pociecha z tego waszego miasta, jak ja z Zaścianka wyjechał. Poczuł się tak swojsko i chciał pocieszyć się widokiem. Pies ganiał za jakimi zajęcami, to i żal było wołać na zad[2] – tłumaczył się Władek.
– Tak! Już ja znam te wasze zające i inne pierdoły! Postali w krzakach i siorbali piwsko.
Anna, choć była trochę zdenerwowana, wolała jednak nie wszczynać awantury, bo bez sensu było wykłócać się o to.
– Sama widzisz, że pies zmachany. Przecież przy płocie nie zmęczyłby się siedzeniem – próbował ratować wizerunek Marek.
– Dobra, dobra, nie pieprz mi tu głupot, tylko siadajcie do stołu, zaraz podam obiad.
Władek posłusznie usłuchał synowej i usiadł w fotelu, zastanawiając się, czym to go ugości, bo już coś kałduny zaczęli się marszczyć i domagać, żeby je czym napchać.
Anna podała schabowe i ziemniaki, a do tego surówkę, ale nie z takiej normalnie kwaszonej kapusty, co to ją baby przed zimą bosymi nogami udeptują w beczce. Śmiechu przy tym co niemiara, bo chłopy wtenczas wstępu nie mają do izby, żeb cudzych bab w halkach nie oglądać, a one, by nie siknąć ze wstydu w kapustę. Jednak, jak powiadają starzy ludzie, że która siknie w beczkę po kryjomu, to kapusta lepszy kwas łapie i kiśnie lepiej, co za tym idzie – i zimą smaczniejsza.
– Aniuta, a twój talerz gdzie? – zapytał Władek. – No, córcia, może daj po jakimś stakanku, bo tak jeść bez popitki to może i gdzie po drodze stanąć – uśmiechnął się do synowej.
– Już tato siadam, tylko po dzieciakach pozmywam. Marek, weź kieliszki, co ja, jakaś służąca jestem?
– Dobra, pozmywasz potem, tylko daj czym zapić i siadaj do stołu – skwitował Marek.
Anna postawiła dwa kieliszki przed mężczyznami, a sobie szklankę. Władek spojrzał trochę zaskoczony, ale zaraz usłyszał odpowiedź na jego zamyślenie.
– Ja nie piję tak jak wy. Zrobię sobie drinka – wstała i poszła do kuchni po lód.
Władek spojrzał zaskoczony. Słyszał gdzieś w telewizji czy na jakimś filmie widział, jak to na zagranicy popijano takie wynalazki.
Anna odmierzyła dwa kieliszki i wlała do szklanki, w którą wrzuciła uprzednio lód, a następnie zalała to tak na cztery palce sokiem pomarańczowym. Władek już więcej nie mógł milczeć.
– Dziecko drogie, toż to profanacja jaka! Taki limitowany wypust zalewać jeszcze sokiem? Żeb co? Słodsze było, czy może pachniuszcze bardziej?
– Tato, ja nie przełknę tego jak wy – skrzywiła się Anna i wzdrygnęła się.
– To tak jak słoninę dobrze natartą solą i pieprzem dodatkowo nacierać cynamonem, żeb taka piekuszcza nie była. Ech! Te miastowe to zawsze nie potrafili zrozumieć tych z wioski i na odwrót.
Powiedziawszy to, Władek podniósł w górę kieliszek z „Duchem Boru” i wygłosił toast:
– Żeb w domu dobrze się działo, żeb zdrowia i pieniędzy nie ubywało, żeb wszystko pomyślnie się układało, żeb trosk nie przybywało, no i za zdrowie wasze, kochane dzieci.
Jak na komendę unieśli swoje kieliszki, a Anna szklankę. Chłopy wypili zawartość naczynia, wydmuchali przepalone powietrze i pocmokali ustami w uznaniu.
– No! Antek to mistrz prawdziwy – skwitował Marek.
Tylko Anna jakoś skwaśniała i wykrzywiała usta.
– A mówił tobie: nie mieszaj tak szlachetnego trunku z byle gównem.
– Mocneeee – na wydechu powiedziała.
– Hahahaha! Myślała, że ja wam monopolówkę przywiózł? To z siedemdziesiąt gradusów ma.
Zaczęli jeść i rozmawiać o dawnych czasach, przyszłości i teraźniejszości. Dzieciach i parszuczkach, bydlątkach i pracy.
Wieczór zaczął zaglądać już w okna. Marek z Władkiem wspominali i rozmawiali dalej, ale jakoś już zaczęli bełkotać, choć dopiero było opróżnionej pół butli z „Duchem Boru”. Anna uznała, że czas kończyć dysputę i kłaść się spać.
–Tato, posłałam ci u dzieci w pokoju – powiedziała.
– Dobrze, czas na spoczynek, bo ja nie przywykł tak długo siedzieć po nocach – wymamrotał Władek i próbował podnieść się z fotela, ale prawo grawitacji jakby było silniejsze u miastowych i z powrotem opadł na fotel.
– No, ten Antkowy spust czerep oszczędza, bo jakoś rozumuję, no ale nogi odbiera – pomyślał.
Z pomocą przyszła Anna, bo Marek też poczuł, że ma nogi jak z waty. Pomogła podnieść się teściowi z fotela i zaprowadziła do pokoju.
Władek rozejrzał się i sprawdził, czy choć woda stoi koło łóżka, ale synowa nie zapomniała o jego prośbie. Rozebrał się i położył. Fox przydreptał za nimi i położył się koło łóżka.
– Fox! Nie wolno! – karciła go Anna.
– Niechaj leży! – protestował. – Mnie też będzie raźniej na nowym miejscu spać.
Pies podniósł z zainteresowaniem łeb i przyglądał się właścicielce. Anna machnęła tylko ręką i poszła posprzątać ze stołu. Władek pogłaskał Foxa, który polizał jego dłoń i też ułożył się do spania.
Sen, jak na złość, nie chciał przyjść. Co zamknie oczy, to zdawało mu się, że ma kręciołę, jaką robili za dzieciaka na zamarzniętych bagnach. Wbijali gruby pal, a na nim mocowali wielkie drewniane koło od wozu, do którego przywiązane były mocne sznury. Siadali na sankach i trzymali się tego. Okręcane koło wprawiało pasażerów w ruch obrotowy, a po nabraniu prędkości puszczali linkę i jechali każdy w swoją stronę. Niejeden wylądował w pobliskich krzakach olszyn, ale każdy był rozradowany, choć nieraz zad mieli poobijany.
– To ich miastowe powietrze mnie nie służy. Jakieś suche takie – pomyślał Władek i sięgnął po butelkę z wodą. Wziął dwa łyki i ponownie próbował zasnąć.
W końcu zaczął śnić. Koszmary lgnęły do niego jak gzy do kobylego chwosta.
Śniło mu się, że wrócił do Zaścianka, ale oglądając gospodarstwo, przestraszył się. Parszuczki potracili na wadze, w stodole brakło siana. A Antek bambaryła chodził jak panisko po wsi i wszyscy kłaniali mu się w pas.
Zerwał się z łóżka spocony.
„Ty chamuło jedna! Ty postronku świniaczy! To ja tobie pod opiekę zostawił mój dobytek, a ty tak go sponiewierał?! – myśli kłębiły mu się w głowie. – Musowo do Aniuty telefonować, czy wszystko na miejscu? Może jaka apokalipsa się wydarzyła, że mnie takie duracze mary nawiedzajo?”
Rozejrzał się po pokoju, ale nijak nie znalazł zegarka, żeby choć zobaczyć, która godzina. Popatrzył za okno; już wczesny ranek to i wstawać pora. Ubrał się i wszedł do drugiego pokoju. Marek spał rozciągnięty na kanapie jak panisko jaki, a obok niego leżał Fox. Anna krzątała się w kuchni.
–O! Dzień dobry, tato! Może kawy czy herbaty zrobić?
– Witaj, córcia, daj mnie wody popić, bo przez tę waszo duchotę cało butle wody wypił.
– Jak się wypiło tyle samogonu, to nie trzeba teraz na duchoty zwalać.
– Oj! Ty taka sama jak moja Aniuta, tylko zrzędzisz i zrzędzisz. A ten bambaryła długo tak w puchach będzie się wylegiwał? I jeszcze psa do siebie wziął. Ot, miastowy się zrobił, a zapomniał, że słoma z butów wyłazi.
Synowa tylko popatrzyła z ukosa. Władek wypił szklankę wody i wszedł do pokoju.
– Te! Bambaryła! Może wstałby tak?
Marek podniósł zaspane powieki.
Fox jakby rozumiał co do niego mówi, szczeknął i zamerdał ogonem.
– Oż ty, morda z nosem! – uśmiechnął się Władek i pogłaskał psa po głowie.
Za chwilę wyszedł syn z reklamówką, w której były cztery puszki piwa i woda w plastikowej butelce.
– Co ty zakupił? – zainteresował się.
– Nic! Po dwa piwa na spacer. Pójdziemy pod las na łąki, niech Fox trochę se polata – odpowiedział.
– No to choć szczęście, że drzew parę, to i jest gdzie zad posadzić i świeżym powietrzem pooddychać.
Poszli żwawo za sprawą psa, który wiedział, że czas na jego bieganie.
Wrócili po dwóch godzinach, już trochę weseli. Władek nie narzekał na miastowe odzienie, a i Fox jęzor wystawiał i dyszał ciężko.
Anna przywitała ich kwaśną miną, patrząc spode łba, że wyszli prosto, a wracają ukosem.
– Żeby nie pies, to i drogi do domu byście nie znaleźli. Obiad już stygnie, a was nie ma. Może pan mąż by choć komórkę brał ze sobą, jak gdzie wychodzi na dłużej? – nie dawała za wygraną.
– Oj, córcia! My poszli tylko na skraj lasu, bo to chyba jedyna pociecha z tego waszego miasta, jak ja z Zaścianka wyjechał. Poczuł się tak swojsko i chciał pocieszyć się widokiem. Pies ganiał za jakimi zajęcami, to i żal było wołać na zad[2] – tłumaczył się Władek.
– Tak! Już ja znam te wasze zające i inne pierdoły! Postali w krzakach i siorbali piwsko.
Anna, choć była trochę zdenerwowana, wolała jednak nie wszczynać awantury, bo bez sensu było wykłócać się o to.
– Sama widzisz, że pies zmachany. Przecież przy płocie nie zmęczyłby się siedzeniem – próbował ratować wizerunek Marek.
– Dobra, dobra, nie pieprz mi tu głupot, tylko siadajcie do stołu, zaraz podam obiad.
Władek posłusznie usłuchał synowej i usiadł w fotelu, zastanawiając się, czym to go ugości, bo już coś kałduny zaczęli się marszczyć i domagać, żeby je czym napchać.
Anna podała schabowe i ziemniaki, a do tego surówkę, ale nie z takiej normalnie kwaszonej kapusty, co to ją baby przed zimą bosymi nogami udeptują w beczce. Śmiechu przy tym co niemiara, bo chłopy wtenczas wstępu nie mają do izby, żeb cudzych bab w halkach nie oglądać, a one, by nie siknąć ze wstydu w kapustę. Jednak, jak powiadają starzy ludzie, że która siknie w beczkę po kryjomu, to kapusta lepszy kwas łapie i kiśnie lepiej, co za tym idzie – i zimą smaczniejsza.
– Aniuta, a twój talerz gdzie? – zapytał Władek. – No, córcia, może daj po jakimś stakanku, bo tak jeść bez popitki to może i gdzie po drodze stanąć – uśmiechnął się do synowej.
– Już tato siadam, tylko po dzieciakach pozmywam. Marek, weź kieliszki, co ja, jakaś służąca jestem?
– Dobra, pozmywasz potem, tylko daj czym zapić i siadaj do stołu – skwitował Marek.
Anna postawiła dwa kieliszki przed mężczyznami, a sobie szklankę. Władek spojrzał trochę zaskoczony, ale zaraz usłyszał odpowiedź na jego zamyślenie.
– Ja nie piję tak jak wy. Zrobię sobie drinka – wstała i poszła do kuchni po lód.
Władek spojrzał zaskoczony. Słyszał gdzieś w telewizji czy na jakimś filmie widział, jak to na zagranicy popijano takie wynalazki.
Anna odmierzyła dwa kieliszki i wlała do szklanki, w którą wrzuciła uprzednio lód, a następnie zalała to tak na cztery palce sokiem pomarańczowym. Władek już więcej nie mógł milczeć.
– Dziecko drogie, toż to profanacja jaka! Taki limitowany wypust zalewać jeszcze sokiem? Żeb co? Słodsze było, czy może pachniuszcze bardziej?
– Tato, ja nie przełknę tego jak wy – skrzywiła się Anna i wzdrygnęła się.
– To tak jak słoninę dobrze natartą solą i pieprzem dodatkowo nacierać cynamonem, żeb taka piekuszcza nie była. Ech! Te miastowe to zawsze nie potrafili zrozumieć tych z wioski i na odwrót.
Powiedziawszy to, Władek podniósł w górę kieliszek z „Duchem Boru” i wygłosił toast:
– Żeb w domu dobrze się działo, żeb zdrowia i pieniędzy nie ubywało, żeb wszystko pomyślnie się układało, żeb trosk nie przybywało, no i za zdrowie wasze, kochane dzieci.
Jak na komendę unieśli swoje kieliszki, a Anna szklankę. Chłopy wypili zawartość naczynia, wydmuchali przepalone powietrze i pocmokali ustami w uznaniu.
– No! Antek to mistrz prawdziwy – skwitował Marek.
Tylko Anna jakoś skwaśniała i wykrzywiała usta.
– A mówił tobie: nie mieszaj tak szlachetnego trunku z byle gównem.
– Mocneeee – na wydechu powiedziała.
– Hahahaha! Myślała, że ja wam monopolówkę przywiózł? To z siedemdziesiąt gradusów ma.
Zaczęli jeść i rozmawiać o dawnych czasach, przyszłości i teraźniejszości. Dzieciach i parszuczkach, bydlątkach i pracy.
Wieczór zaczął zaglądać już w okna. Marek z Władkiem wspominali i rozmawiali dalej, ale jakoś już zaczęli bełkotać, choć dopiero było opróżnionej pół butli z „Duchem Boru”. Anna uznała, że czas kończyć dysputę i kłaść się spać.
–Tato, posłałam ci u dzieci w pokoju – powiedziała.
– Dobrze, czas na spoczynek, bo ja nie przywykł tak długo siedzieć po nocach – wymamrotał Władek i próbował podnieść się z fotela, ale prawo grawitacji jakby było silniejsze u miastowych i z powrotem opadł na fotel.
– No, ten Antkowy spust czerep oszczędza, bo jakoś rozumuję, no ale nogi odbiera – pomyślał.
Z pomocą przyszła Anna, bo Marek też poczuł, że ma nogi jak z waty. Pomogła podnieść się teściowi z fotela i zaprowadziła do pokoju.
Władek rozejrzał się i sprawdził, czy choć woda stoi koło łóżka, ale synowa nie zapomniała o jego prośbie. Rozebrał się i położył. Fox przydreptał za nimi i położył się koło łóżka.
– Fox! Nie wolno! – karciła go Anna.
– Niechaj leży! – protestował. – Mnie też będzie raźniej na nowym miejscu spać.
Pies podniósł z zainteresowaniem łeb i przyglądał się właścicielce. Anna machnęła tylko ręką i poszła posprzątać ze stołu. Władek pogłaskał Foxa, który polizał jego dłoń i też ułożył się do spania.
Sen, jak na złość, nie chciał przyjść. Co zamknie oczy, to zdawało mu się, że ma kręciołę, jaką robili za dzieciaka na zamarzniętych bagnach. Wbijali gruby pal, a na nim mocowali wielkie drewniane koło od wozu, do którego przywiązane były mocne sznury. Siadali na sankach i trzymali się tego. Okręcane koło wprawiało pasażerów w ruch obrotowy, a po nabraniu prędkości puszczali linkę i jechali każdy w swoją stronę. Niejeden wylądował w pobliskich krzakach olszyn, ale każdy był rozradowany, choć nieraz zad mieli poobijany.
– To ich miastowe powietrze mnie nie służy. Jakieś suche takie – pomyślał Władek i sięgnął po butelkę z wodą. Wziął dwa łyki i ponownie próbował zasnąć.
W końcu zaczął śnić. Koszmary lgnęły do niego jak gzy do kobylego chwosta.
Śniło mu się, że wrócił do Zaścianka, ale oglądając gospodarstwo, przestraszył się. Parszuczki potracili na wadze, w stodole brakło siana. A Antek bambaryła chodził jak panisko po wsi i wszyscy kłaniali mu się w pas.
Zerwał się z łóżka spocony.
„Ty chamuło jedna! Ty postronku świniaczy! To ja tobie pod opiekę zostawił mój dobytek, a ty tak go sponiewierał?! – myśli kłębiły mu się w głowie. – Musowo do Aniuty telefonować, czy wszystko na miejscu? Może jaka apokalipsa się wydarzyła, że mnie takie duracze mary nawiedzajo?”
Rozejrzał się po pokoju, ale nijak nie znalazł zegarka, żeby choć zobaczyć, która godzina. Popatrzył za okno; już wczesny ranek to i wstawać pora. Ubrał się i wszedł do drugiego pokoju. Marek spał rozciągnięty na kanapie jak panisko jaki, a obok niego leżał Fox. Anna krzątała się w kuchni.
–O! Dzień dobry, tato! Może kawy czy herbaty zrobić?
– Witaj, córcia, daj mnie wody popić, bo przez tę waszo duchotę cało butle wody wypił.
– Jak się wypiło tyle samogonu, to nie trzeba teraz na duchoty zwalać.
– Oj! Ty taka sama jak moja Aniuta, tylko zrzędzisz i zrzędzisz. A ten bambaryła długo tak w puchach będzie się wylegiwał? I jeszcze psa do siebie wziął. Ot, miastowy się zrobił, a zapomniał, że słoma z butów wyłazi.
Synowa tylko popatrzyła z ukosa. Władek wypił szklankę wody i wszedł do pokoju.
– Te! Bambaryła! Może wstałby tak?
Marek podniósł zaspane powieki.
- poprz.
- nast. »»
Please wait...