Subskrypcja

Wpisz swój e-mail, a będziemy Cię informować o najnowszych wydarzeniach na Zaszafie.pl!

Nasza klasa

Marek Leszczyński | sobota, 27, marzec 2010 23:26

Antek, ksiądz i Apokalipsa

 

 Czerwiec latoś[1] był jakiś taki duszny, jakby miało się co zdarzyć niedobrego. Jakieś przekleństwo chyba wisiało w powietrzu. 
Dumał o nadchodzącym Bożym Ciele. Święto u nas w Zaścianku obchodzone tak dostojnie, jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie. Bój się Boga, żeb kto w obejściu wtedy co robił, a nie daj czego na polu, choćby i motyczko. Nawet prawosławne w ten dzień porzucali swoje roboty. Było ich niewielu w naszej wiosce, ale żyli my w zgodzie i po bratersku, jak trzeba było to pomagali nawzajemnie, a i gorzałki popili niewąsko. No, bo i pop Mikołaj z naszym proboszczem po bratersku się odwiedzali i obgadywali do nocy, jak trzódko miejscowo zarządzać, żeb w duchowości i bojaźni Bożej na Dzień Sądny doprowadzić. 
Z zadumy o doczesności wyrwał mnie głos mojej Aniuty.
? Władek! Władek! Gdzie ty u licha się podział? Jak potrzebny, to zawsze gdzieś się chowasz jak zając po krzakach.
? Tut Aniuta! Pod stodoło siedzę ? odkrzyknął zły. Miał chwilę spokoju, to zara jakoś robotę wynajdzie; a to drzewa narąb, a to parszukom[2] podrzuć, a to znowu co innego. ? Co tak ryczysz jak bydlątko do wody? 
? Ty mnie tu nie pyskuj, tylko wziąłby się za robotę jako! ? Aniuta szła w mojo stronę i niosła siekierę. Przestraszył się nie na żarty.
? Aniuta! Ty co?! Zdurniała, czy jak? ? stanął na równe nogi i aż włosy podębieli.
? Hahahahah! ? zaśmiała się spojrzawszy na siekierę. ? Ty durniło jeden, ty myślał, że Ciebie chciała jo rąbać? Hahahah! ? zaśmiała się jeszcze raz.
? No, jak ty do mnie idziesz z takimi prezentami, to co miał myśleć?
? Pamiętasz, że na święta zawsze do nas dzieci się zjeżdżajo? ? przekrzywiła głowę i zasłaniając oczy daszkiem z dłoni, popatrzyła na mnie.
? Pamiętam ? odpowiedział już pewniejszym głosem.
? A co na to następuje, trzeba i w torby im co włożyć, a i obiad jaki wystawniejszy zrobić.
Mnie to już te zgadywanki zaczęli trzęść jak po Antkowych pierwszych spustach i degustacjach.
? Babo durnowata! ? znerwował się i rozcapierzył halape. ? Powiedz ty mnie wprost co chcesz, a nie jakieś familiady[3] tu robisz! 
? Oż ty chamuło! Ja do ciebie z dobrym słowem, a ty mnie tak... ? Aniuta puściła siekierę i fartuchem, co miała przewiązany dookoła pasa, zaczęła ocierać oczy. Ja zmiękł jak nogi, kiedy zobaczysz jako zjawę. Wiedziała cholera jak mnie podejść. 
? Aniuta nie bucz! ? przytulił jo i ręko otarł oczy, choć oni wydawali się jakieś suche, ale już nie sprawdzał. ? No, co tam trzeba?
Jej, jakby ręko odjął, cała złość i płacz odeszli.
? Nu, trzeba egzekucję na piewniu [4]wykonać, durnowaty skacze na wszystkich, co wejdo na podwórek i ze trzy kurki, jedno to musowo, bo do Krasowskich chodzi jajka nieść, jakby u siebie za mało miejscan było. No i rosół trzeba nagotować, a i co w torbę dzieciom...

? Czekaj!!! ? krzyknął ja. Odeszło mnie już i żałowanie jej i humor, co miał. ? Ty mnie do jakiej masakry namawiasz. Niedługo Święto Pańskie, a ja mam ręce krwio niewinnych plamić! Nie możesz ty kupić w sklepie? Oni tak nie poznajo, czy to kupne, czy wioskowe.
Aniutę jakby wszystkie gromy z jasnego nieba trzepnęli na raz. Zaniemówiła, spąsowiała jak piwonia w ogródku.
? Ty bydlaku! Ty odszczepieńcu! Zapomniał już jak z Antkiem w Palmowo Niedzielę samogonu się napili? Jak płakał w chacie potem, że to z żalu, że za niedzielę Jezusa ukrzyżujo? Teraz mnie takie rzeczy gadasz! Taki wierzący się zrobił nagle?! ? Aniuta machała rękoma jakby stado much ganiała. Całe szczęście, że siekierę upuściła, bo by mój łeb potoczył się zamiast kuraczego chyba. 
Poczuł się, jakby kto mnie mokro szmato w pysk strzelił. Pobladł i poczerwieniał, zatrzęsło jak osiko.
? Będziesz chciał, żeb rozczyniła zaczyn[5] na chleb swojski to powiem: idź i kup miastowego, to z tej samej mąki.
? Aniuta! Mnie nerwy ponieśli! ? próbował się tłumaczyć i zażegnać kataklizm. ? Przez to parnotę w powietrzu chyba taki nerwowy dzisiaj. Przejdę się na łąkę i jak wrócę to wykonam egzekucję.
Spojrzał tak głęboko jej w oczy jak topielica[6 na uroczysku kawalerowi, żeb zbałamucić [7] i w odmęty pociągnąć. 
Aniuta tylko machnęła ręko, wzięła siekierę, w drugo stronę odwróciwszy się zadem, odeszła nawołując skazańców.
? Cip cip cip! Ciiiiippppp ciiippppp! Ciiiiiippppp ciiiiiiiiipppppp!
Odetchnął z ulgo, wyjął z jednej kieszeni woreczek z machorko, z letniej koszuli bibułkę i skręcił cybucha, żeb myśli duracze[8] dymem odpędzić.
Wyszedł za wioskę poza stodołami, żeb mnie kto znów się nie napatoczył i nie nerwował. Chciał w samotności przemyśleć, jak to egzekucję na później odsunąć.
Szedł koło pegeerowskiej łąki. Trawa bujna, zielona, aż chciało się położyć i w niebo patrzeć jak za baszmałyka[9], kiedy chodził krowy pasać.
Polna droga pyliła się i posmutniał, że ubranie i buty zabrudzę. A niechaj tam, w końcu od czego ta pralka automatyczna w chacie i woda z rury. 
Szedł tak dobrych parę minut z zamysłem, że bydlątka przy okazji poprzepinam, żeb lepszej trawy pojedli, bo zara południe, a oni w jednym miejscu trawę skubio. Dochodził do rzeki i znowu smutek wziął i wspominki.
Patrzył na ten rów, co kiedyś wił się jak wąż między łąkami i polami. Było szerzej to kompali się grando, było i gdzie przejść, tylko co kostki mocząc i furmanko przejechać. Ryba była wszelaka, choć rzeka nie jakaś tam wielgachna, ale jak chodził z koszykiem na kartofli, a potem jak wąs zaczął wyłazić pod nosem, to i z kołysko[10] zawsze na kolację było co przynieść.

Stanął przy brodzie, co się pozostał po starej rzece. Wspomnienie naszło, jak to z dziadkiem Józefem, świeć Panie nad jego duszo i wiekuiste racz mu dać spoczywanie ? powiedział Władek i wykonał ręką znak krzyża na piersi ? ojcem mego ojca Stanisława, jechali furmanko na pole zobaczyć, czy ta paskowana zaraza kartoflanych liści nie trzebi. Pić mi się chciało i powiedział.
? Dziadku pić mi się chce!
? Prrrr Łysa! ? zatrzymał Józef konia w brodzie, bo może też spragniony. ? Zara Właduś dam ci pić.
Zdjął czapkę z głowy, taką leninówkę z daszkiem. Zaczerpnął z rzeki tam, gdzie piach żółty, bo wiadomo, że czysta tam płynie. Sam się napił i mnie podał. Oj, jaka smaczna była, nie to, co te miastowe pijo z butelków, niby źródlana i taka zdrowa. Sama chemia, jak wszystko u nich.
Tera z tego rowu by wody nie zaczerpnął, chyba że umierający z pragnienia by był. Popatrzył co te ekonomy z meliorantami zrobili, niby to dla rolnika, bo łąki i pola nawodnione. Tera prosta i wąska jak sik, kiedy pod płot za potrzebo robisz. W studniach, co to każden miał na podwórku, woda przepadła. Podprowadzili kanalizację, niby to wygoda i luksus. Może i letnikom tak, co na kwatery latem zjeżdżajo.
Odkręcisz krana, wody nabierzesz, a ona biała i mętna jak niewychodzony zacier Antkowy. Czekaj z minutę, żeb to opadło, a i smak nie ten sam. Tak rozmyślając, nie zobaczył, kiedy nad samo wodę dolazł. 
? O Matko Przenajświętsza! Wszystkie święte i anioły niebieskie! ? wykrzyknął Władek. 
Ukląkł i ręce do modlitwy złożył.
? Panie Nazarejski, czy to już się apokalipsa napoczęła?! ? przerażony przecierał oczy dłońmi i nie wierzył. ? Matko Bosko Częstochowsko, toż znaków na niebie i ziemi nie było, rzeki krwio nie spłynęli! To czemuż te ryby podurnieli?! 
Patrzył z przerażeniem i niedowierzaniem, jak co większe sztuki miotały się na płyciźnie, a co poniektóre to i na piach wypływały. Inne płynęły do brzegu jak durnowate kaczki, co chleb zobaczo to poleźliby i w ogień.
Władek zerwał się na równe nogi, zaczął wrzucać ryby do wody, a one jak otumanione wracały do brzegu. 
? Oj, to chyba koniec nadchodzi? Z Aniuto się pokłócił, ale u spowiedzi był w ostatnio niedzielę, to może na sądzie ostatnim łagodniej potraktujo? Co robić?! ? zastanawiał się i chodził w przód i w tył jak durnowaty. Nagle olśnienie naszło. ? Może to terrorysty czym wodę zatruli, żeb nasz Zaścianek dla przykładu wyludnić! Trzeba Mariana z posterunku zawiadomić, niech do powiatu dzwoni, ratunku jakiego szuka!
W głowie Władka myśl goniła myśl. Rozwiązania sypały się jak jabłka z trząsanego drzewa. Nie wiedział jaką podjąć decyzję. Już miał do chaty wracać, kiedy w oddali usłyszał jakby warkot traktora. Przystanął na skarpce i patrzył w dal. Słońce tak świeciło, dodatkowo odbijając się od wody, że refleks bił po oczach, utrudniając widzenie.
Z dwóch dłoni daszek zrobił nad oczami i wpatruje się w coraz bardziej widoczny kształt. 
? Toż to trachtor Antkowy i ciągnie beczkę na gnojówkę ze sobo. Zdurniał, czy opił się? To nie pora, żeby gnojem pola polewać! ? głośno zastanawiał się Władek.
Już miał biec do niego, kiedy traktor zawrócił i pojechał w kierunku lasu.
Władek uspokoił nerwy, skręcił papierosa i maca się po kieszeniach w poszukiwaniu zapałek.
? Ki czort! ? zaklął rozeźlony. Patrzy, a zapałki leżą na ziemi. ? Musi, jak klękał to z kieszeni się wysunęli. Podnosząc pudełko, zatrzymał rękę wpół drogi. Jakiś dziwny odór od nich bił. Trochu zamokli, ale z jednej strony draska była sucha. Nie śmierdzieli siarko piekielno, ale jakimś swojskim zapachem. Podsunął pudełko pod nos i wciągnął odór w płuca.
Papieros wypadł z ust i rozpuszczając się w wodzie popłynął drobinami machorki jak rozbitki z tonącego okrętu.
? Ty padalcu jeden! Ty postronku świniaczy! ? Władek klął jak szewc. Prawie spopielał na twarzy, nie patrzył, że w tej furii nogawki od spodni zamoczył. Ruszył jak oparzony w kierunku wioski. 
Szedł tak szybko, jakby od tego zależał los Zaścianka. Jak na nieszczęście napatoczył się Bronek. Władek, nie chcąc dać znać po sobie, że roztelepany jak sztacheta w płocie, zwolnił kroku.
? Cześć Władek! ? krzyknął z daleka Bronek.
? Cześć! ? chcąc nie chcąc przystanął i odpowiedział. Jednak oczami latał jakby spieszył się do wychodka. 
? Co tak nogawki pomoczył? Po wodzie próbował chodzić? ? zaśmiał się Bronek. ? Mam ja do ciebie pytanie?
Nie skończył zdania, kiedy Władek wszedł mu w słowo.

 



(0 - głosowań)

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Tytuł:
Komentarz: