|
Autor: Pustostan
|
|
Z wiekiem człowiek dochodzi do wniosku, że najważniejszą rzeczą w życiu jest wyczucie i umiejętność zachowania się w każdej sytuacji. A ja pewnego razu obudziłem się z krzykiem na ustach. I to w samym środku nocy.
|
|
Autor: Pustostan
|
|
– Wstawajże, wstrętny satyrze, ale już! Czy ty wiesz w ogóle, która godzina to jest?
Jakiś okropny, podniesiony głos, w którym brak jakiegokolwiek zrozumienia, budził mnie właśnie brutalnie. Do tego głosu dołączył, zdawałoby się, ostro zakończony łokieć, który nieustająco lądował między moimi żebrami. Aż w końcu czyjaś noga podjęła próbę zrzucenia mnie z łóżka.
– Co do cholery? – zakląłem najszpetniej jak umiałem i wszyscy możecie być pewni, że słowa które z mych ust padły, nie mogły być gorsze.
Powoli jednak zacząłem odnajdywać się w tej rzeczywistości. Głos był kobiecy. Gdy podążyłem w górę atakującego mnie łokcia, w pewnym momencie stwierdziłem, że łokieć należeć musi do kobiety. Na wszelki wypadek postanowiłem nie sprawdzać, czy i noga kobieca jest także. Zdecydowanie bezpieczniej było założyć, że tak jest w istocie.
– Żorżeto! Czy byłabyś tak łaskawa i przestała mi wbijać swój łokieć w moje obolałe ciało?
Żorżeta rzecz jasna na imię nie miała Żorżeta, ale tak się do niej zwracałem i to był chyba jedyny moment w naszych kontaktach, który świadczyć mógłby o moim oporze.
– Spójrz, ofiaro losu, na zegarek i wynoś się z mojego domu!
No tak, mieliśmy jeszcze dziesięć minut do piątej. Do piątej rano. Żorżeta zgodziła się utrzymywać ze mną kontakty pod warunkiem, że znikać będę przed piątą.
|
|
Autor: Pustostan
|
|
Jeden się do mnie w knajpie przyczepił, bo to tak właśnie bywa, że się do mnie przyczepiają. Zwłaszcza wtedy, gdy akurat mam ochotę w samotności piwo sobie wypić. Ten inny nie był, zatem nim zdążyłem zaprotestować, już się dowiedziałem, że w kredytach robi. Chciałem coś powiedzieć, ale do słowa mi nawet nie dał dojść, choć przecież rozmawialiśmy właśnie.
|
|
Autor: Pustostan
|
|
Najbardziej lubię sobie wizualizować coś na kształt tego: wracam zmęczony po pracy do domu, zamykam się w nim od środka, trzaskam przy tym drzwiami niemiłosiernie, najlepiej kilka razy, żeby żadnych wątpliwości nie było. A potem nie wychodzę przez dni parę, nie wychodzę nigdzie, tylko czasem w odstępach nieregularnych dopadam do drzwi tych i walę w nie ile sił mam w rękach, a i krzyczę przy tym donośnie: wypuśćcie mnie, dranie, wiem, że tam jesteście!
|
|
Autor: Pustostan
|
|
Kiedy tak szliśmy tym zdecydowanie przydługim korytarzem pierwszy raz, pomyślałem, że mam chyba dość tej roboty. I nie chodzi wcale o tych kolejnych przydzielanych mi do pomocy młokosów, którzy to wszystko traktowali jak zabawę, choć to przecież poważna praca była. Nie, to nie ich wina w końcu, że młodzi są i że państwo dało im szansę, jakiej nikt im nigdy wcześniej nie dawał. Z czasem nawet zaczęło mi być ich żal.
|
|
Autor: Pustostan
|
|
Tym razem było to tak, stałem sobie na przystanku autobusowym, stałem jednak nie sam, bo z kolegą Szczepanem. Ledwie kilka minut wcześniej wytoczyliśmy się z pobliskiej knajpy, a wyszliśmy akurat dlatego tylko, że za chwilę miał podjechać autobus, który nam obu pasował. Znaczy koledze bardziej, ale i mi także, z tym że przesiąść się potem musiałem jeszcze. Zatem staliśmy sobie we dwóch, a zimno było strasznie, więc obaj namiętnie przestępowaliśmy z nogi na nogę, by choć trochę oszukać swoje ciała tym złudzeniem ruchu. Kiedy tak staliśmy, a nie rozmawialiśmy, bo wszelkie tematy wyczerpaliśmy w knajpie, zresztą po to się przecież w niej spotkaliśmy, podjechał autobus, i choć nie nasz, to mimo wszystko wzbudził on w nas pewne zainteresowanie.
|
|
|