Skierowana w moją stronę, zatem mniej więcej wiek jego ocenić zdołałem. Obok twarzy stał talerzyk z resztkami śledzika, oraz butelka półlitrowa wódki, w większości opróżniona. Kieliszka nie zauważyłem, choć przyznam, że zbyt wiele czasu na przyglądanie się temu śpiącemu mężczyźnie zwyczajnie poświęcić nie mogłem. A gdy wyszedłem z ubikacji spieszno mi było do kolegi Szczepana, którego zostawiłem w części barowej.
Ten wieczór z kolegą Szczepanem zaczęliśmy kilka godzin wcześniej. Byłem akurat w sklepie ogólnospożywczym i zastanawiałem się nad tym, co dziś zakupić mam ochotę. Przede mną w kolejce stał pan zmęczony, który wiedział na co ochotę ma, bo poprosił o wino. Sprzedawca, bardzo kulturalny młody człowiek, zapytał go, czy to ma być wino do obiadu, czy może raczej do kolacji. Klient nie spodziewał się takiego pytania i w zakłopotanie pewne go to wprawiło. Gdy sytuacja zaczynała być krytyczna, pan od wina nagle się odnalazł i zapytał sprzedawcy, a którą teraz mamy godzinę? W tym samym momencie zadzwonił do mnie kolega Szczepan i tonem informacyjnym zapytał mnie, czy o 17 tam gdzie zwykle. Rzekłem mu, że tak, a on na to, że to bardzo dobrze, bo zestresowany jest wielce, po czym zakończył rozmowę. Była godzina 16:45, zatem opuściłem kolejkę, a następnie sklep i wolnym krokiem ruszyłem w stronę baru ulubionego, który nazwy nie miał, choć ktoś kiedyś twierdził, że nazywa się on uniwersalny. Trudno to rozstrzygnąć, gdyż nad wejściem napisane jest tylko „bar gastronomiczny”, a reszta najwyraźniej odpaść musiała. Tak właściwie to lepiej by było, gdyby odpadła część „gastronomiczny”, bo poza alkoholem niczego więcej w nim nie podawano. Nie przeszkadzało nam to zupełnie spędzać w nim wiele czasu swojego. Jak już wspomniałem, bar był ulubiony, a co najważniejsze, był bardzo blisko. Gdy wszedłem do niego parę minut przed 17, ujrzałem siedzącego przy stoliku kolegę Szczepana, który powoli kończył piwo. Był zrelaksowany i bardzo ucieszył się on na mój widok..
Dobrze cię widzieć, tak mi powiedział na wstępie i od razu dodał, że jest wyjątkowo zestresowany, zatem niech mu wybaczę, że nie czekał na mnie. Nie gniewam się zupełnie, to już słowa moje były, bo świetnie go rozumiałem, gdyż i ja wrażliwy bardzo byłem. Po chwili przysiadłem się do niego z trzema piwami i wpierw pociągnąłem łyk duży, a następnie już na spokojnie mu rzekłem, by opowiadać zaczął.
Kolega Szczepan był człowiekiem sukcesu i od niedawna pracował na własny rachunek. Z jednej strony cenił to sobie bardzo, z drugiej jednak strony z powodu specyfiki swojego zajęcia, musiał zadawać się z ludźmi na poziomie. Rzekł mi kiedyś, czyli jakieś dwa miesiące temu, gdy ledwie od tygodnia był na swoim, że gdyby wiedział, ile go to obcowanie nerwów kosztować będzie, nigdy by się na to nie zdecydował.
Ja człowiekiem sukcesu także na swój sposób byłem. Choć po raz kolejny skreślono mnie z listy studentów, tym razem nie zapowiadało się, aby kiedykolwiek chcieliby mnie jeszcze widzieć - a choć ja nie jestem osobą pamiętliwą - przyznać muszę, że z wzajemnością. Do tego moja dobrze zapowiadająca się kariera ogrodnika właśnie dobiegła końca, gdy okazało się, że praca ta nie polega tylko i wyłącznie na pchaniu taczki, z którą, nie ukrywam, zżyłem się mocno i jak mi się wydawało, z wzajemnością także. Nie masz predyspozycji, a co najważniejsze serca do tego, tak mi powiedział ogrodnik-szef i zasmuciło mnie to bardzo, gdyż wielce ceniłem sobie pracę na świeżym powietrzu, a do tego wśród zieleni i bez towarzystwa ludzi. Mimo tych drobnych niepowodzeń ciągle jednak wierzyłem w siebie i byłem pewien, że w końcu odnajdę swoje miejsce w życiu, co więcej, czułem że ten moment zbliża się wielkimi krokami.
Kolega Szczepan dopił piwo i zabrał się za przyniesione przeze mnie, a po chwili opowieść swoją zaczął od słów takich, że przez ludzi dobrze wychowanych, nerwowo się kiedyś wykończy. Tego dnia spotkał się on w interesach z arystokratą dwojga nazwisk. Spotkanie było bardzo owocne i gdy obaj doszli do porozumienia - co jak mi powiedział, formalnością właściwie było, ale z tymi ludźmi nigdy nie wiadomo - rozejść się tak po prostu mieli, ale że obaj byli w świetnych nastrojach, zatem arystokrata zaproponował, że kolegę Szczepana podwiezie, a on się nieopatrznie zgodził.
Arystokrata, z racji urodzenia, był człowiekiem dobrze wychowanym i podczas jazdy prowadził nie tylko samochód, ale i rozmowę z kolegą moim, a że wysokie urodzenie, jak i zasady dobrego wychowania, zobowiązują przecież, podczas tej rozmowy patrzył mu prosto w oczy. Kolega z każdą minutą coraz mniej mówił, co też zobowiązywało kierowcę do częstszych wypowiedzi. Gdy dojechali wreszcie, a kolega Szczepan wysiadł z samochodu, pierwszą rzeczą jaką wykonał, był telefon do mnie, gdyż lubiliśmy się bardzo, a i rozumieliśmy świetnie, choć nie zawsze.
Po czterech wódeczkach na nas dwóch, kolega Szczepan stwierdził, że trzeba zmienić lokal. Pod tym względem raczej się nie rozumieliśmy, bo ja jak już usiadłem, to im dłużej siedziałem, tym mniej mi się ruszać chciało. On za to wtedy nabierał ochotę na zmianę otoczenia. Z reguły w tym momencie doszłoby do dłuższej dyskusji, ale postanowiłem ze względu na jego dzisiejsze nerwy, tak zwyczajnie mu ustąpić, co rzadko się raczej zdarzało, ale też i pomyślałem sobie, że właściwie przewietrzyć można by się było, bo świeże powietrze ceniłem sobie bardzo.
Gdy tylko wyszliśmy, pokłóciliśmy się zaraz. Okazało się, że nie do końca zgadzamy się co do kolejnego etapu naszej wędrówki. Z tych nerwów aż chciałem wrócić do ulubionego baru, ale to kolega najbliższy mój w końcu był i pomyślałem, że nie czas jeszcze na takie rozstanie. Zatem skierowaliśmy swe kroki ku gospodzie, która znajdowała się niedaleko, ale nigdy się tak jakoś nam nie złożyło, abyśmy ją kiedykolwiek odwiedzili. Ciężko powiedzieć dlaczego, bo nieraz koło niej przechodziliśmy, kilkukrotnie natknęliśmy się nawet na wychodzących z niej klientów i dało się zauważyć, że miło czas oni spędzali i zadowoleni z pobytu byli, choć nie wiem czy o czymkolwiek z nimi porozmawiać byśmy mogli. Ja z wiekiem coraz mniej lubiłem odwiedzać miejsca nowe, za to u kolegi ujawniła się żyłka odkrywcy. Doprowadzało to często do pewnych nieporozumień między nami, ale też przyznać to muszę, że w tym akurat względzie gusta mamy podobne, a kolega Szczepan z reguły ma dobrą rękę.
I tak wylądowaliśmy w gospodzie. Wąsaty, a do tego lekko wstawiony kelner stał przed wejściem do sali restauracyjnej, zatem kroki swe czym prędzej skierowaliśmy do części barowej. Kolega Szczepan stwierdził, że mi bardziej posłużył ten spacer – co prawdą rzecz jasna nie było, bo to on mocniejszą głowę miał zawsze – więc zajął miejsce przy jedynym wolnym stoliku – jednym z dwóch zresztą - a mnie wysłał do baru, przy którym zamówiłem po wódce i piwie, abyśmy czym popić mieli. I zanim w czymkolwiek usta swoje zamoczyliśmy, udać się musiałem do ubikacji, dzięki czemu mój pierwszy kontakt z panem Zdzisławem miał miejsce, choć nie od razu się przecież poznaliśmy.
Z panem Zdzisławem się poznaliśmy dopiero jakieś dwie godziny później. Wypiliśmy właśnie dwie kolejne wódki, a nędzne resztki piwa znajdowały się w szklankach naszych, gdy z trzema piwami w rękach, bez pytania, dosiadł się do nas pan Zdzisław. Na nas obu zrobiło to duże wrażenie, gdyż nie dawaliśmy mu większych szans, zatem nie byliśmy z początku w stanie wydusić żadnego słowa z siebie. Pana Zdzisława zupełnie to nie zraziło, przedstawił się z imienia i nazwiska, i wtedy to właśnie się poznaliśmy. Powiedział też, że cieszy go bardzo fakt, że tak młodzi ludzie jak my, odwiedzamy jednak miejsca takie jak to, zamiast przesiadywać w modnych i snobistycznych lokalach, upijać się alkoholami niewartymi swojej ceny i obłapiać dupy – takiego słowa użył, a my nie przypuszczaliśmy, że osoby w takim wieku słów takich w ogóle używają - niewarte niczyjej uwagi skoro spotkać je można w tak bezdusznych miejscach. Nie rozumiem dzisiejszych czasów, ze smutkiem w głosie zakończył swój wywód i wyjątkowo szczerze to zabrzmiało.
To zupełnie jak ja, powiedział kolega Szczepan, a ja tylko kiwnąłem ze zrozumieniem głową, jako ten mniej elokwentny z nas dwóch, a i ze słabszą głową przecież. I my zabrzmieliśmy i wyglądaliśmy w tym szczerze bardzo. Przypadliśmy więc sobie do gustu, choć towarzystwa nie szukaliśmy, a byliśmy już w takim stanie, że właściwie gdybyśmy wybór mieli, to swoją uwagę bardziej poświęcić byśmy chcieli na te dupy niewarte niczyjej uwagi przesiadujące w lokalach, do których nie chadzaliśmy, choćby z powodu takiego, że nikt przy zdrowych zmysłach do takiego miejsca nas by po prostu nie wpuścił.
I tak sączyliśmy we trzech te trzy piwa, a pan Zdzisław opowiadał nam o wszystkim, a my słuchaliśmy tylko, bo pan Zdzisław złapał drugi oddech, a my zadyszkę, taką to młodzież mamy w dzisiejszych czasach, aż chciałoby się powiedzieć. Poznaliśmy rodzinę naszego towarzysza, gdyż zręcznym ruchem wyjął on swój portfel i po kilku minutach udało mu się także znaleźć w nim zdjęcie rodziny swojej. Rzecz jasna był na nim pan Zdzisław, zdawało się, że parę lat młodszy, w każdym razie trzeźwy, jego żona, która wyglądała jak żona, oraz syn, choć być może mogła to być jednak córka, szczerze mówiąc, ani ja, ani kolega Szczepan, nie jesteśmy tego pewni.
Siedzieliśmy sobie i patrzyliśmy na ulicę, gdyż widok mieliśmy bardzo ładny. Pamiętajcie, biblioteka to podstawa, pan Zdzisław powtarzał to co kilka minut, gdyż siedzieliśmy akurat na przeciwko biblioteki, a wygląda na to, że dzięki bibliotekom stał się on osobą, którą był właśnie. A zresztą sprawdzicie to sobie w internecie, sądząc po częstotliwości z jaką to mówił, było to jego drugie ulubione powiedzenie. I tak sprawdzić sobie w internecie mieliśmy profesora pobliskiej uczelni, który okazał się być prywatnie dobrym znajomym naszego towarzysza, a który także podzielał jego fascynacje bibliotekami. Kuzynkę, czy może siostrzenicę pana Zdzisława, która była mistrzynią polski juniorów w badmintonie, choć kolega Szczepan zarzekał się, że w judo. Czemu w judo nie wiem, podejrzewam jego wrodzone umiłowanie do kłótni.
Aż wreszcie pan Zdzisław położył na stole swoją czarną aktówkę, której istnienia do tej pory nawet nie podejrzewaliśmy. Położył on ją, otworzył, aż w końcu z wielkim triumfem wyjął z niej okazałą sprężynę. Pan Zdzisław, jak twierdził, co później sprawdziliśmy w internecie i okazało się być istotnie prawdą, był właścicielem najstarszego w naszym mieście rodzinnego zakładu produkującego sprężyny i o ile tylko był w stanie, był z tego bardzo dumny. W tamtej chwili niewątpliwie dumny z tego był i podarował mi tę sprężynę na pamiątkę, choć gdy tylko zorientował się, że nie ma nic dla mojego kolegi, zabrał mi ją, schował do aktówki, którą po chwili zamknął, a następnie wstał i udał się do baru, aby kupić kolejne trzy piwa.
I tak po jakiejś godzinie siedziałem sobie przy barze. Po lewej stronie miałem pana Zdzisława, a po lewej pana Janusza. Pan Janusz był obleśnym wdowcem po sześćdziesiątce i tak też się zachowywał. Do tego był łysy. Zatem siedziałem pomiędzy nimi, milczałem od dłuższego czasu i ledwie sączyłem piwo. Atmosfera była bardzo dobra, pozostali bowiem już sami bywalcy, a bar został zamknięty, tak by nikt już wejść nie mógł, za to ewentualnie mógł wyjść, choć na to się póki co raczej nie zapowiadało. Zatem zawieszony na stołku siedziałem przy barze i obserwowałem.
Po mojej lewej stronie do działania przystąpił pan Zdzisław. Pani Wando, znamy się przecież od dawna, a ja panią sobie cenię ogromnie, stąd też pytanie do pani mam takie, czy zostałaby pani moją kochanką, słowa te skierował do pani Wandy, która stała za barem. Pani Wanda była już po czterdziestce, ale prezentowała się naprawdę dobrze. Miała krótkie włosy, ładną twarz i ubrana była tak, że osoby po spożyciu alkoholu nawet nie próbowały oderwać od niej wzroku. W tym momencie ja wraz z panem Januszem przyglądaliśmy się próbom pana Zdzisława. Ależ panie Zdzisławie, pan ma przecież żonę i dziecko, nawet pokazywał mi pan ich zdjęcie, w takiej sytuacji to się nie godzi, tak na jego propozycję z uśmiechem na ustach zareagowała barmanka. Pan Zdzisław raptem posmutniał i zamyślił się bardzo. Ja także zasmuciłem się, gdyż w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie tylko mi pan Zdzisław pokazywał zdjęcie swojej rodziny.
Po kilku minutach spokoju do działania przystąpił pan Janusz. Pan Janusz, wedle własnych słów, nie opierdalał się. Nie składał żadnych dwuznacznych, czy nawet jednoznacznych, propozycji pani Wandzie, tylko po prostu próbował ją łapać, to za tyłek, to za dłonie, a także znienacka całować tu i ówdzie. Barmanka z wielką wprawą unikała kontaktu z panem Januszem i wychodziło jej to w pełni, tak więc ten po kilkunastu minutach prób, dał wreszcie za wygraną. I tak siedzieliśmy we trzech w milczeniu, a ja spokojnie sączyłem piwo i czułem, że jest dobrze, choć pijany byłem mocno.
Muszę przyznać, że dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że obaj panowie mi się bacznie przyglądają. Ich wzrok nie pozostawiał mi żadnych złudzeń. Byłem ostatnią nadzieją. A do tego miałem przewagę nad moimi towarzyszami, nie byłem tak obleśny i niewychowany jak pan Janusz, choć zdecydowanie nie tak szarmancki jak pan Zdzisław. No i co nie było bez znaczenia, nie posiadałem żony. Spojrzałem na panią Wandę, wzroku od niej oderwać nie mogłem i wiedziałem, że choć nie powinienem, to jednak za chwilę zrobię to, czego się ode mnie oczekuje. Próbowałem zebrać myśli, aby wstydu nam, mężczyznom, nie przynieść. Mijały długie minuty. Postanowiłem w końcu zacząć od trzęsienia ziemi, gdyż naprawdę marzyłem w tamtej chwili jedynie o tym, by zasnąć między piersiami barmanki. Ewentualnie by zasnąć po prostu. Barmanka także zaczęła mi się przyglądać, uznałem że to jest właśnie ten moment. Pani Wando, kocham panią, tak jej chciałem powiedzieć, bo kochałem ją w tamtym momencie szczerze, ale zdołałem rzec tylko dwa pierwsze słowa, a następnie wstałem, by szybkim krokiem się udać do ubikacji, po drodze mijając opustoszałą i ciemną część restauracyjną, w której to parę godzin wcześniej po raz pierwszy zauważyłem pana Zdzisława.
Po paru minutach jakie spędziłem w ubikacji, miałem dosyć już alkoholu na dzień dzisiejszy, moich posuniętych już mocno w wieku towarzyszy, nawet kobiet, choć kształty pani Wandy nadal majaczyły mi się przed oczami. Chciałem tylko zaczerpnąć świeżego powietrza. Chwiejnym krokiem skierowałem się ku wyjściu, tam dość długo szamotałem się z drzwiami, aż w końcu barmanka otworzyła mi zamknięte przecież drzwi, ja jej bardzo serdecznie podziękowałem, a nawet powiedziałem coś bardzo miłego, a że już niczego więcej od niej nie oczekiwałem, były to słowa zupełnie bezinteresowne. I tak znalazłem się na zewnątrz, słysząc za sobą dźwięk zamykanych na klucz drzwi. Odetchnąłem pełną piersią i widząc siedzącego na chodniku obok wejścia kolegę Szczepana, dopiero sobie uświadomiłem, że od dłuższego czasu w ogóle go nie widziałem. Kolega spał, a może drzemał tylko. Obudziłem go delikatnie, pomogłem mu się podnieść i podtrzymując się ruszyliśmy obaj przed siebie.
Odstawiłem kolegę Szczepana do domu. Nie zdarzało się to zbyt często, ale jednak się zdarzało czasem, bo choć kolega miał zdecydowanie mocniejszą głowę, to także miał o wiele mocniejszy pociąg do wódki, który go kiedyś zgubi, jak mu zawsze w takich momentach powtarzałem. Oparłem go o drzwi, zadzwoniłem i tak szybko na ile mnie stać było, zbiegłem po schodach na dół. Kolega Szczepan był człowiekiem sukcesu i wiedziałem, że zaopiekuje się nim jego kobieta, z którą szczęśliwie i w zgodzie pełnej żył już od lat co najmniej pięciu.
Szedłem sobie powoli do domu swojego, powoli, bo blisko do niego miałem. Oddychałem pełną piersią, byle tylko wytrzeźwieć, choć daremny to trud był. Gdy otworzyłem drzwi do domu, wpierw skierowałem swe kroki do sypialni. Spała smacznie, zatem powiedziałem, że ją kocham, bo istotnie w tej chwili kochałem ją szczerze. Następnie udałem się do ubikacji, gdyż świeże powietrze nie uratowało mnie wcale. A po tym wszystkim postanowiłem doprowadzić się do takiego stanu, bym mógł obok niej spocząć na łóżku. Zatem poszedłem do łazienki. I zasnąłem nagi w wannie. Nawet nie zdążyłem odkręcić wody.
{jcomments on}
Please wait...