Subskrypcja

Wpisz swój e-mail, a będziemy Cię informować o najnowszych wydarzeniach na Zaszafie.pl!

Nasza klasa

Pustostan | niedziela, 21, listopad 2010 17:14

Bez końca

Kiedy przyszedłem – a pojawiłem się raczej niespodziewanie i przyczajony mocno, bo nie powiem, bym za specjalnie się pewnie czuł – nikt nawet na mnie nie zwrócił uwagi. Stanąłem zatem z boku, tak by pod żadnym pozorem nikomu nie przeszkadzać, by się w oczy nie rzucać, i czekałem na rozwój sytuacji, bo sam z siebie nie wiedziałem, co więcej mógłbym jeszcze zrobić, a i nie czułem się na siłach, by kogoś o cokolwiek pytać bądź prosić.

 

Zatem stałem i przyglądałem się temu, co działo się dookoła mnie. A działo się wiele, wszyscy byli czymś zajęci i uwijali się jak w ukropie. Z zaciekawieniem na to patrzyłem, ale choć bardzo się starałem, nie byłem w stanie określić choćby przybliżonego celu tej zdawałoby się chaotycznej krzątaniny. Jedno rzucało się jednak od razu w oczy: nie dało się nie zauważyć, czy wyczuć po prostu, tego wszechobecnego entuzjazmu. Minuty mijały i on mi powoli udzielać się zaczynał. Jeszcze chwila a sam bym ruszył do działania, zapominając kompletnie o tej towarzyszącej mi niepewności. Nim jednak do tego doszło, w końcu jeden z nich mnie dostrzegł, a ja znowu się zgarbiłem i nie wiedziałem, co ze sobą począć. Podeszli do mnie i bez zbędnych słów się ze mną przywitali. Nie pytali mnie kim jestem, ani jak się nazywam, sami także nie przedstawili się w ogóle, tylko od razu oświadczyli mi, że się spóźniłem i nie wezmę udziału. Smutek mnie ogarnął, tak właśnie na mnie te słowa podziałały, a za plecami swoimi usłyszałem jeszcze tylko, że będę mógł sobie chociaż popatrzeć.

 

Minęło kilka godzin i krzątanina właściwie ustała, a oni mieli dla mnie więcej czasu. Bez większych ceregieli zasypali mnie pytaniami. Za co się tu znalazłeś, a ja choć umysł swój wytężam, to nie wiem. Kto cię tu zesłał, a ja się intensywnie nad tym zastanawiam, ale odpowiedzi żadnej udzielić nie potrafię. Zestresowałem się jeszcze bardziej, ręce swoje złączyłem, by nie było widać, jak drżeć mi powoli zaczynają, chciałem się odwrócić i wyjść tak jak tu przyszedłem, ale ruszyć się nie mogłem, zresztą przejść bym rady nie dał, bo otaczali mnie ze wszystkich stron. I wtedy usłyszałem cichy śmiech, bo śmiać się niektórzy zaczęli. Nogi się pode mną uginać zaczęły, gdy nagle dość niespodziewanie podskoczyłem, czując, jak ktoś mnie klepnął po ramieniu. Jak my wszyscy, jak my wszyscy – usłyszałem tylko jakiś chrapliwy głos – po prostu miałeś pecha, zupełnie jak my wszyscy. No ale ty do tego się spóźniłeś, więc pecha masz podwójnego. Wtedy już zaczęli się śmiać wszyscy, śmiech ten stawał się coraz donośniejszy, a mnie już wcale nie pocieszało to, że będę mógł sobie chociaż popatrzeć.

 

A gdzie nie spojrzałem, to ludzi siedzących widziałem, jak daleko bym wzrokiem nie sięgnął, tam wszędzie widziałem ich. Wszyscy na coś czekali. Niby było słychać jakieś rozmowy, ale to szept był tylko raczej, z którego nie sposób było wyłowić bodaj jednego słowa. Tak jakby nikt nie chciał siedzieć w ciszy, tak jakby każdy chciał się zająć czymś w tym oczekiwaniu, ale w żadnym wypadku nie chcieli także przegapić niczego. I ja tam z nimi siedziałem, choć tylko słuchałem i wzrokiem sięgałem daleko. Mijały tak godziny, ja zmęczony robiłem się coraz bardziej, ale ten entuzjazm rozpierający tych ludzi wszystkich wcale nie malał, byli oni tylko przyczajeni i czekali na odpowiedni moment do skoku. Ja za to te wydarzenia mające miejsce obok mnie rejestrować zacząłem z opóźnieniem coraz większym, tak jakbym z tego zmęczenia w jakiś sen na jawie zapadał. Lecz nagle ktoś coś krzyknął, a ja zrozumiałem, że to już czas. Naraz wszyscy wstali i czwórkami zaczęli wychodzić w noc. Już czas, już czas! Idziemy po nich. Idziemy, idziemy, a ja będę mógł sobie tylko popatrzeć.

 

Oni byli pierwsi i od nich się wszystko zaczęło. Spotkało ich nie lada wyróżnienie, bo w końcu jako pierwsi zostali zepchnięci na margines społeczeństwa. Był to swego rodzaju eksperyment, ludzie byli pełni obaw o jego rezultat i ewentualne konsekwencje, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Eksperyment się bowiem udał, udał się i to jak! Wszystko działało jak należy i sprawdziło się nadspodziewanie dobrze. Zatem potem byli kolejni, a po nich jeszcze następni. Ten prosty mechanizm działał tak perfekcyjnie, że zanim ktokolwiek się zdołał zorientować, społeczeństwo samo znalazło się na swoim marginesie. To my jesteśmy społeczeństwem, zdawały się mówić ich twarze, gdy mnie w końcu zauważyli i raczyli się ze mną przywitać. Tego dnia, gdy się spóźniłem i mogłem sobie tylko popatrzeć.

 

Idziemy w tej ciemności, jeden za drugim, krok za krokiem. Nikt nie waży się nic mówić, wszyscy są wyjątkowo skupieni, a to skupienie maluje się na ich obliczach. Słychać tylko te miarowe kroki i oddechy ludzi wielu. Wsłuchuję się w te dźwięki i sen mnie ogarnia tej nocy. Nie mogę jednak zasnąć, do siebie tak właśnie mówię, za nic nie mogę tego zrobić, próbuję sam siebie przekonać, bo spóźniłem się przecież i patrzeć będę musiał. Mimo to zwalniam trochę, krok gubię, potykam się, ale ci z tyłu upaść mi nie pozwalają. Łapią mnie pod pachy i ustawiają z powrotem do pionu. Rozglądam się wzrokiem nieprzytomnym i wiem, że ci z boku wydostać mi się nie pozwolą. Dorównuję im zatem kroku i jedynie siłą swej woli ciągle udaje mi się przeć naprzód. I tylko czasem mnie któryś szarpnie albo łokciem uderzy między żebra, by do życia mnie przywrócić. I coś zaczyna się przebijać przez to moje zmęczenie, uczucie jakieś dziwne mnie ogarnia, choć to wrażenie jest tak ulotne, że nawet nie jestem go w stanie nazwać. Coś, co udziałem moim było jeszcze zanim się tu spóźniłem i jedynie patrzeć musiałem.

 

Tak właściwie to oni sami są sobie winni. Przecież nikt by na nich nawet uwagi nie zwrócił, bo kto by chciał patrzeć na takich jak oni? Odrażające to typy są, niegodne społeczeństwa, w którym żyją. Proszę mi wierzyć, istoty to nie warte niczyjego zainteresowania, zatem nikt o zdrowych zmysłach uwagi by na nich nie zwrócił. Ale za to oni zwracają ją na każdego. Pozwalają sobie na zbyt wiele, zbyt wiele, jak na dzisiejsze czasy. Z upodobaniem godnym lepszej sprawy pozwalają sobie patrzeć ludziom prosto w oczy, wyobrażasz pan sobie, a ja nie jestem w stanie wyobrazić tego sobie i czuję, że poznaję to uczucie, które zaczyna mnie ogarniać. Krepuje nas to wielce, aż człowiek wzrok odwrócić musi, czy głowę nawet, ale to daremny trud, bo wyobraź pan sobie, że pomimo tych naszych starań ciągle te ich oczy ma się przed sobą. Nie mam pojęcia, jak oni to robią, ale widać sposoby swoje mają. Aż człowiek w końcu zamyka oczy własne, by choć przez chwilę spokoju zaznać, no ale ile tak można stać, bo przecież nie widząc, cóż więcej robić można? Zatem sami są sobie winni i zapłacą za tę winę po trzykroć. I śmiech rozdziera tę ciszę, ale w tej ciemności już nikt nie przejmuje się tym wcale, za to każdy przyłącza się szczerze i słychać wszędzie ten przeraźliwy śmiech. A mnie strach chwyta za gardło i zaczyna zwyczajnie dusić, bo mimo tego że spóźniłem się przecież, to patrzeć na to wszystko muszę.

 

Rano obudziłem się bez uczucia strachu, tak jakby obce mi takie uczucie w ogóle było. Byłem sam. Za to jakaś ulotna myśl przebiegła mi przez głowę, wrażenie pewne miałem, tak jakbym sam coś przed chwilą wymyślił i zaraz potem próbował wymazać to z pamięci. Wyryło mi się to jednak na tyle mocno, że odtwarzałem to sobie w myślach. Jakiś paraliżujący strach, który nie dawał mi żyć i był dla mnie wszystkim. I tłum, który mnie otaczał i pożerał bez przerwy. Nie radziłem sobie zupełnie i z jednym i drugim, miotałem się tylko sam w sobie bez jakichkolwiek szans na rozwiązanie tego fatalnego stanu rzeczy. A potem dość zaskakująco nastąpiła zmiana, wszystko się uspokoiło, a ja zostałem nareszcie zupełnie sam. Nastąpiło to bez mojego udziału, choć przecież tego właśnie pragnąłem. Zamknąłem zatem oczy i nie czułem zupełnie nic. Było dobrze. Nie wiem, jak długo tak wytrwałem, ale w końcu jednak nie dałem już rady. I mimo wszystko ruszyłem za nimi. I spóźniłem się, choć przecież przyszedłem o czasie. Oni byli bowiem pierwsi, ja byłem ostatni.

 

 

{jcomments on}

(0 - głosowań)

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Tytuł:
Komentarz: