Subskrypcja

Wpisz swój e-mail, a będziemy Cię informować o najnowszych wydarzeniach na Zaszafie.pl!

Nasza klasa

Pustostan | poniedziałek, 31, styczeń 2011 20:41

Dobry charakter

 

Tym razem było to tak, stałem sobie na przystanku autobusowym, stałem jednak nie sam, bo z kolegą Szczepanem. Ledwie kilka minut wcześniej wytoczyliśmy się z pobliskiej knajpy, a wyszliśmy akurat dlatego tylko, że za chwilę miał podjechać autobus, który nam obu pasował. Znaczy koledze bardziej, ale i mi także, z tym że przesiąść się potem musiałem jeszcze. Zatem staliśmy sobie we dwóch, a zimno było strasznie, więc obaj namiętnie przestępowaliśmy z nogi na nogę, by choć trochę oszukać swoje ciała tym złudzeniem ruchu. Kiedy tak staliśmy, a nie rozmawialiśmy, bo wszelkie tematy wyczerpaliśmy w knajpie, zresztą po to się przecież w niej spotkaliśmy, podjechał autobus, i choć nie nasz, to mimo wszystko wzbudził on w nas pewne zainteresowanie.

 

Gwoli prawdy źródłem zainteresowanie nie był sam autobus, a chłopak, który z niego wysiadł. To nie tak, że młodzi mężczyźni tak wzbudzali nasze zaciekawienie, dość powiedzieć, że kolega Szczepan często powtarzał, że choć trudno w to może uwierzyć, to i on był kiedyś chłopakiem. W każdym razie chłopak ten wysiadł z autobusu i od razu wzbudził wielkie zainteresowanie, bo zima się właśnie zaczęła, temperatura znacznie poniżej zera spadła, a i śnieg spadł także, a on, ten chłopak znaczy się, w krótkich spodenkach i rękawku był tylko. Torbę sportową miał jeszcze przez ramię przewieszoną, tak jakby sportowcem był jakimś, takie wrażenie sprawiał. I tak wysiadł, stanął obok nas i czekał widać na bardziej pasujący mu autobus. Myśmy tak na niego patrzyli, jeden na drugiego zerkał też ukradkiem i porozumiewawcze spojrzenia wymienialiśmy. Aż wreszcie kolega Szczepan nie wytrzymał i przerwał to milczenie słowami następującymi: „Wygląda na to, kolego szanowny – tu zwrócił się do mnie, bo szanowaliśmy jeden drugiego – że zima w tym roku zaskoczyła nie tylko drogowców”. Ja na to coś odpowiedziałem, choć właściwie to po prostu mruknąłem, uśmiechając się przy tym, i widziałem, jak stojąca niedaleko nas trzech dziewczyna uśmiechnęła się także. Kolega Szczepan zrobił po chwili zatroskaną minę, jakby chciał dać do zrozumienia, że się martwi tym, że ten młodzieniec przeziębić się może, jak i tym, że świat widać zmierza w niewłaściwym kierunku, bo kiedyś z pewnością nie było takich, którzy ważyliby się w takim stroju wysiadać tak przy ludziach z autobusów. Ja wykrzywiłem tylko usta swoje, bo powiedzieć mu chciałem, co ty tam niby wiesz, ja nie takie rzeczy w swoim życiu widziałem, ale akurat nic o nich mówić nie będę, bo jakoś na mówienie aktualnie nastroju nie mam. Dałem się ja bowiem poznać ostatnio właśnie z tego, że niewiele mówiłem, a i w sumie co bym miał niby mówić, skoro i tak już wszystko wcześniej powiedziane zostało. I staliśmy tak sobie, mi się już marzył ten autobus, który nas zabrać miał, a kolega Szczepan z tą swoją miną zatroskaną coraz bardziej zachowywał się tak, jakby chciał na nas jakieś kłopoty ściągnąć. A ja żadnych nie szukałem, gdyż to one bezbłędnie zawsze znajdowały mnie. Tak też było i wczoraj, jak i dzisiaj, gdy znowu wypiłem o to jedno piwo za dużo, a w moim wieku takie jedno piwo to jak co najmniej trzy jakieś dziesięć lat wcześniej. I jutro też tak pewnie będzie, zatem w przebłysku przytomności zacząłem koledze Szczepanowi znaczące znaki dawać, by się opamiętał, by żadnego nieszczęścia na nas obu nie sprowadzał. On na to oczy zrobił wielkie i teraz to na mnie z nieskrywanym zainteresowaniem spoglądał. Machnąłem z rezygnacją ręką i skupiłem swą uwagę na tej pobliskiej dziewczynie, która tak cudownie się przed chwilą uśmiechnęła. W tym jednak momencie nadjechał nasz autobus i z ciężkim sercem udałem się do jego środka. Nie ukrywam, że liczyłem po cichu, że i dziewczyna ta do tego autobusu wsiądzie także, ale znałem dobrze życie, więc na wiele nie liczyłem. I tyko ze smutkiem patrzyłem przez szybę na nią, aż w końcu szyja ma wykręciła się tak bardzo, że pogodziłem się z aktualnym stanem rzeczy i spojrzałem na mego towarzysza. Ten za to, wiedzieć to musicie, nie tracił dobrego humoru i tak siedząc obok mnie, uśmiechał się szczerze, jakby najszczęśliwszym człowiekiem na tym świecie był. Albo przynajmniej w tym autobusie, co w sumie nawet zgodne z prawdą być mogło, gdyż poza nami oraz kierowcą – który jednak nie sprawiał żadnego wrażenia – nikogo w autobusie nie było.

 

Towarzysz mój ledwie parę tygodni wcześniej się rozstał z kobietą, z którą spędził ostatnie kilka lat, jak mi się zdawało, a okazało się, że było to lat aż osiem i siedem miesięcy do tego, jak kolega Szczepan tuż po rozstaniu skrupulatnie wyliczył. Z początku nawet się tym bardzo przejął, ale dość szybko doszedł do siebie i tylko po którymś kolejnym piwie, a w ramach go pocieszania wypiliśmy ich niemało, akurat wtedy, gdy przyglądałem się stałemu bywalcowi, który właśnie zbierał się do domu i chwiejąc się poważnie od kilku minut, próbował dyskretnie schować w tylnej kieszeni swoich spodni butelkę z maggi, właśnie wtedy mój kolega z odrobinę przesadnie zamyśloną miną powiedział do mnie tak: „Bo widzisz, otóż najważniejsze w tym wszystkim jest to, by kobieta dobry charakter miała”. Ja, gdy to wtedy z ust jego usłyszałem, zbaraniałem kompletnie, gdyż kamrat mój o różnych ważnych rzeczach, jakie udziałem kobiety być powinny wspominał, ale głową swoją ręczę, że nie było tam nic o charakterze, no w każdym razie nie tak wprost. Jednak go to poruszyło bardziej niż się spodziewałem, tak sobie wtedy pomyślałem, a doświadczenie w tym pewne miałem, gdyż sam od dwóch lat sam byłem, bo moja ostatnia towarzyszka wiele mi wybaczyć potrafiła, ale zasypiając nagi w wannie i brudząc przy tym sam siebie – choć przecież wszedłem do wanny po to właśnie, by się przed snem odświeżyć – sięgnąłem najwyraźniej kresu jej wytrzymałości. Kolega Szczepan jednak odżył bardzo szybko i już tej szczerej zadumy nad losem, jaki go spotkał, próżno szukać w jego głosie było, za to uśmiech właściwie nie znikał z jego twarzy, choć nie był to przecież uśmiech taki oczywisty, a subtelny raczej i nie przez każdego zauważalny tak od razu. Kolega Szczepan był po prostu szczęśliwy i upust swemu szczęściu dawał. Ja za to  w nastroju wręcz przeciwnym byłem, gdyż nad życiem swoim zastanawiać się zacząłem. Człowiek na starość o strasznych głupotach zaczyna myśleć, a ja moje osiągnięcia z ostatnich kilku lat mocno krytycznie oceniałem tak jakby. Z początku zdawało się, że ten krok wstecz, który wykonałem – bo w sumie naturalną koleją rzeczy zdaje się dla niektórych być, by po posiadaniu kobiety żony posiadaczem być także – był rzeczą ożywczą bardzo, a jednak po jakimś roku posiadanie tylko koleżanek zaczęło mi ciążyć bardzo. I nie to, że marzyć o ślubie zacząłem, nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie, upewniłem się, że do takich poświęceń stworzony z pewnością nie jestem, ale jednak to cofanie się w zadumę wprowadziło mnie, a także w melancholijny nastrój, z którego od kilku miesięcy otrząsnąć się nie potrafiłem, a i chęci takiej nie przejawiałem też. Mój najlepszy przyjaciel świadom tego był i zawsze, gdy już dość wypiliśmy, głosem zbyt głośnym, ale pełnym dobrych chęci, mówił do mnie: „Druhu, kobiety tobie potrzeba, kobiety, a nie tych wszystkich koleżanek, które co najwyżej wyrobem kobietopodobnym być mogą!” Tak mi on mówił, a od dwóch tygodni będzie, rozwijać tę myśl zaczął i dodawał do tego, jakby nie dość mi tych rad było, że kobiety, ale nie pierwszej lepszej, a takiej o dobrym charakterze potrzebuję, bo i on o takiej marzy, gdyż dobry charakter kobiety ukoronowaniem potrzeb mężczyzny jest. Nie muszę dodawać chyba, że nie pomagało mi to wcale, zwłaszcza że związek kolegi Szczepana z jego kobietą ostatnią był dla mnie synonimem prawdziwej miłości i w chwilach słabości, a na słabości pozwalałem sobie często, przywracał mi wiarę w ten świat. A przecież ledwie godzinę wcześniej, gdy siedzieliśmy jeszcze w barze, kolega powtarzał jak mantrę nieśmiertelną tę swoją mądrość o kobiecie o dobrym charakterze. A dla mnie to znowu jak cios w serce było, jako zdradę ideałów traktowałem to, jako profanację tego wszystkiego, co piękne na tym świecie jest. Zwłaszcza że wypowiadając te słowa, uśmiechał się jak nie on, a właściwie to jak on właśnie, ale przecież w zaistniałej sytuacji ten uśmiech nie na miejscu był z pewnością. I nie mogłem na to patrzeć, jak zalotne spojrzenia wymieniał z kobietami z knajpy naszej, a nawet zdawał się flirtować z barmanką, czego nigdy wcześniej nie czynił, a myśmy się jej akurat nawet trochę bali, bo złośliwa ona względem nas bywała, a my nigdy wystarczająco elokwentni nie bywaliśmy, by jej się jakoś na poziomie odgryźć, zatem i z nią ten drań flirtował, choć przecież nic więcej niż to nie robił, bo jak sam w końcu przyznał, teraz najważniejsza jest dla niego świadomość, że mógłby właśnie coś więcej poczynić, choć na więcej i tak się decydować nie będzie, gdyż mu się aktualnie po prostu nie chce.

 

„Szkoda mojego zachodu, skoro i tak najważniejsze jest przecież, by kobieta dobry charakter miała” – tak się na koniec do mnie zwrócił, tak jakby oko do mnie puszczał przy tym, choć oczy jego śmiały się tylko. A ja na te słowa tę smutną minę zrobiłem, jaką tylko ja robić potrafię, bo naprawdę nie tak to sobie wszystko wyobrażałem przecież, ale gdy się któryś tam raz dnia jednego o kobiecie z dobrym charakterem słyszy, to człowiek w końcu nie wytrzymuje, zatem i ja nie wytrzymałem, bo człowiekiem niewątpliwie jestem. I zacząłem się śmiać i śmiałem się przez czas jakiś, a kolega Szczepan niewinną minę zrobił, jakby nie wiedział, co się dzieje, jakby nic z tym wspólnego nie miał. A ja się opanować nie mogłem, zatem wstałem i do baru po kolejne dwa piwa poszedłem. I powstrzymać się nie mogłem, zatem chichotałem przed barmanką, wykonując przy tym gesty pewne, by wytłumaczyć się jakoś ze swojej obecności tu, a ona po raz pierwszy zbita z tropu podała mi te dwa piwa, które ledwie do naszego stolika udało mi się donieść. A potem je wypiliśmy szybko, by na ten ostatni autobus jeszcze zdążyć, a tam na tym przystanku i tego chłopaka, i tę dziewczynę spotkaliśmy właśnie. I teraz, gdy tak jedziemy razem tym autobusem i tak patrzę na kolegę Szczepana, to i ja się znowu śmieję, choć w sumie powodów, by śmiać się za bardzo nie mam. A przyjaciel ten mój najlepszy, choć właściwie jedyny tylko, patrzy na mnie ze zgrozą i poważnym głosem, na ile oczywiście w zaistniałej sytuacji on poważny być może, mówi do mnie słowa następujące: „Do tej pory sobie żartowałem, ale z tego co widzę, tobie to naprawdę przydałaby się w końcu kobieta. Ale nie taka pierwsza lepsza, tylko obowiązkowo taka z dobrym charakterem, bo wiedzieć musisz – tu na chwilę głos swój zawiesił specjalnie, a ja krztusząc się ze śmiechu, czekałem na ciąg dalszy – że najważniejsze jest by kobieta dobry charakter miała”.

 

 

 

{jcomments on}

(0 - głosowań)

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Tytuł:
Komentarz: