Najbardziej lubię sobie wizualizować coś na kształt tego: wracam zmęczony po pracy do domu, zamykam się w nim od środka, trzaskam przy tym drzwiami niemiłosiernie, najlepiej kilka razy, żeby żadnych wątpliwości nie było. A potem nie wychodzę przez dni parę, nie wychodzę nigdzie, tylko czasem w odstępach nieregularnych dopadam do drzwi tych i walę w nie ile sił mam w rękach, a i krzyczę przy tym donośnie: wypuśćcie mnie, dranie, wiem, że tam jesteście!
Po paru minutach robię sobie przerwę, by się nie zmęczyć, by nie przesadzić zbytnio, bo wyczucie w życiu najważniejsza jest rzecz. Po jakimś czasie znów do nich dopadam, walę, krzyczę, czasem coś zmieniam, by w rutynę nie popaść, bo to się od razu podejrzane i nieszczere wydać może, więc niekiedy drę się, by mnie wpuścili jednak tym razem, bo wiem, że tam są, ci dranie, bo to się jedno nie zmienia tu przecież. Po paru dniach od razu się lepiej czuję, jakiś taki wypoczęty i wyluzowany jak nigdy się robię. Zatem wychodzę z domu, ogolony rzecz jasna, w czystym i wyprasowanym odzieniu, pewny siebie, z głową uniesioną do góry. Na korytarzu się przyczajam, chowam się jak mogę, nie rzucać się w oczy staram, by nie widział mnie nikt, i wypatruję sąsiadów. A gdy jakiś się w końcu pojawi, podchodzę do niego niepostrzeżenie i znienacka tuż przy nim do ucha jego krzyczę: dzień dobry, kochany sąsiedzie! Nie zawsze się to jednak udaje, niektórzy zauważają mnie wcześniej i na mój widok omijać próbują mnie specjalnie. Nie zrażony niczym, choć przecież to nieładne z ich stron jest, kieruję się do nich wprost, nie daję im umknąć za nic. Tak czy siak, uśmiecham się do nich serdecznie, poklepuję po ramieniu niczym starego znajomego i o życie pytam, jak leci, co nowego, czy może stało się coś, czyli o wszystko to, co interesujące wszak jest. Co w bloku ostatnio się wydarzyło, czy może ktoś pijany ostatnio wrócił, może kto z kimś się pokłócił, inny do windy mocz oddał prymityw, policja wzywana być może była? To zmieszanie w ich oczach, gdy języka w gębach zapominają, nagrodą dla mnie ogromną jest. I jeszcze lepiej się czuję, osaczam ich wtedy jak bardzo się da. Czy małżonka wyzdrowiała już w końcu, migreny przezwyciężone zostały wreszcie? Czy mąż nadal niespodziewanie na ryby wyskoczyć lubi, czy aby dobrze mu biorą wtedy? Jak synowi klasówka z matematyki poszła, bo orłem to on chyba nieczęsto jest? A córce się jakiś amant oświadczył, bo to chyba już czas najwyższy, czyż nie? I pytam tak ciągle, monosylabami odpowiadać pozwalam, nie mówię o sobie nic przy tym.
W końcu niespodziewanie swój słów potok przerywam, muszę już iść, tak im mówię, bo też to i prawdą jest, gdyż do pracy się spóźniać nieładnie, jeszcze serdeczniej żegnam się więc, odwracam się na pięcie i do pracy radośnie znów idę. A od kiedy te wizualizacje wprowadzać w życie zacząłem, to i równowagę wewnętrzną odzyskałem, w pracy wyniki jakby lepsze, z kobietami kilka sukcesów dość niespodziewanych odniosłem, z którymi zresztą nie bardzo wiedziałem, co zrobić, a i co najważniejsze, tych spotkań z sąsiadami wprost doczekać się nie mogę. To jest ten właśnie mój skromny wkład w polepszanie stosunków międzysąsiedzkich.
{jcomments on}
Please wait...