Jeden się do mnie w knajpie przyczepił, bo to tak właśnie bywa, że się do mnie przyczepiają. Zwłaszcza wtedy, gdy akurat mam ochotę w samotności piwo sobie wypić. Ten inny nie był, zatem nim zdążyłem zaprotestować, już się dowiedziałem, że w kredytach robi. Chciałem coś powiedzieć, ale do słowa mi nawet nie dał dojść, choć przecież rozmawialiśmy właśnie.
Zatem potem mówił coś o żonie, że od dwóch lat po ślubie są, myślą o dziecku, ale jeszcze nie teraz, wpierw pieska sobie wezmą, a jak się sprawdzą, bo to wpierw się sprawdzić trzeba, to potem zaczną się starać o dziecko. Zacząłem mu się przyglądać z rosnącym zainteresowaniem. Na szczęście nie wspomniał nic o tym, jak się starać będą, choć pewnie chciał, ale zapomniał o tym, bo wreszcie na mnie się skupił. A dlaczego tak w sumie to tutaj sam siedzę, bo na pedała nie wyglądam, tak do mnie powiedział, a właściwie zapytał się. Kretyn. Kretyn i idiota, bo ludzie kretynami i idiotami są. A wiedzieć musicie, że od momentu, gdy się do mnie przysiadł, nie minęło nawet pięć minut. Chciałem coś powiedzieć, coś pasującego do sytuacji, ale żeby to przekleństwo nie było, bo tak to najłatwiej, a ja wyzwania lubiłem, choć akurat nie w tej chwili, bo się napić po prostu chciałem i do knajpy na piwo wstąpiłem. Zatem nie powiedziałem nic, bo się przecież nie rozumieliśmy, a i przyznać to trzeba, że nie chcieliśmy, no w każdym razie ja nie chciałem, zatem tylko na niego spojrzałem z dezaprobatą, choć nawet nie wiem, czy na taki wysiłek zdobyć mi się wtedy w ogóle chciało. A ten to chyba nawet zrozumiał, choć to przecież kretyn i idiota był, więc się zmył i skierował ku osobom, z którymi normalnie porozmawiać by mógł. A i w tej knajpie tacy są, bo tacy są w każdej knajpie, nawet w tej. On to wychowywać będzie dzieci, które przyszłością naszego narodu będą. Posmutniałem na samą myśl, zniechęcenie mnie ogarnęło, jakiś smutek się zalągł w sercu i ogólnie napić się chciałem. Więc dopiłem to piwo, ale nie smakowało mi tak dobrze, jak jeszcze przed chwilą i ogólnie tylko rozdrażniony się zrobiłem, bo przecież z pewnością nie po to tu przyszedłem, by się martwić na zaś.
Zatem wstałem, wyszedłem, przez ulicę przeszedłem, ostrożnie, by pod samochód nie wpaść, choć to przecież reprezentacyjna ulica była, więc kierowcy uważniejsi mocno byli. Wszedłem do innej knajpy, tu ciemniej zawsze było, tego mi właśnie trzeba, pomyślałem tak i zacząłem się zastanawiać, czemu tu wpierw swoich kroków nie skierowałem. To co zwykle? Tak, to co zwykle, zapłaciłem, do ręki wziąłem, usiadłem tak, by przez szybę na ulicę reprezentacyjną móc patrzeć. I patrzyłem na tych ludzi przechodzących, bo na samochody patrzeć nie chciałem. Nie znałem się zresztą na nich, jeśli chodzi o ludzi to zupełnie co innego, tak, na nich się znałem świetnie, sam człowiekiem wszak byłem. Sączyłem to piwo, sączyłem je powoli i odzyskiwałem równowagę niespiesznie, spokojny robiłem się również. Kretyn, kretyn i idiota, powiedziałem wreszcie, rzecz jasna do siebie, do siebie tylko, ale jeden się nawet na mnie obejrzał, nie znałem go, widać jakiś przypadkowy przechodzień, co wpadł tutaj, bo zagubił się, zabłądził nieborak tu właśnie. Nie jego to wina, wybaczam, wybaczam mu wspaniałomyślnie, bo i nastrój poprawił mi się znacznie. I kiedy wziąłem kolejne piwo i naprawdę spokojny już byłem i mogłem powrócić do swoich rozmyślań, które tak brutalnie ten kretyn, kretyn i idiota, mi przerwał, wtem wpadła do knajpy ona i wiedziałem, tak, od razu jak ją tylko ujrzałem, wiedziałem, że szczęścia ja dzisiaj z pewnością nie mam. Oczywiście skierowała swe kroki ku mnie, bo to zawsze ku mnie swe kroki kierują one. Zwłaszcza wtedy, gdy na piwo w samotności mam chęć. Znałem ją przecież, a i ona znać mnie musiała, rzecz jasna z widzenia tylko, bo ja tych ludzi tutaj, i tam też, i jeszcze tam i ówdzie, znam oczywiście, ale tylko z widzenia ja znam ich. Taki już jestem i zmieniać się zamiaru nie mam. No ale ona przyszła do mnie, pijana już była, ja jeszcze nie, zatem stanu tego jej zazdrościłem w tamtej chwili. No i mówić zaczęła, bo one zawsze tak mówić zaczynają. Że drobnych na piwo jej brakuje, bo ona napić się musi, a brakuje jej drobnych na piwo. I ja ze zrozumieniem kiwałem głową, choć wiedziałem, że tak lepiej nie czynić, bo zrozumienie najbardziej zbliża ludzi, a ja na zbliżenia żadne ochoty nie miałem, bo na piwo tu przyszedłem, na piwo, które sam w samotności wypić chciałem i mogłem to uczynić, bo potrafię to robić, albowiem do knajpy chodzić się nauczyłem, tak by zamówić piwo także i bez żadnych awantur wypić je sobie sam w spokoju, nie zaczepiając nikogo ani nie wadząc nikomu. Uważałem, że to bardzo dobrze o mnie świadczy. Byłem też pewien, że niestety nie każdy tę cenną umiejętność nabył. Tego w szkołach nie uczono, a szkoda, bo gdyby uczono, to i mniej niepotrzebnych nerwów w knajpach by było. W szkołach uczono na przykład wychowania seksualnego, bez sensu to przecież, czego tam niby nauczyć mogą, czego każdy z tych dzieciaków na podwórku nie nauczył się wcześniej? Tak właściwie to nie wiem, mnie takich rzeczy uczono w szkole tylko przez dwie godziny, a i tak mnie wtedy akurat nie było, bo kumpel na piwo wyciągnął mnie drań. I dobrze zrobił, bo i wiedziałem wszystko w tym temacie, a i nie chciałem o tym rozmawiać z nikim, a już zwłaszcza z koleżankami i kolegami z klasy, którzy już wtedy kretynami i idiotami byli. Inna sprawa, że wtedy raczej bardziej interesowałem się alkoholem niż kobietami. Znaczy kobietami interesowałem się bardzo, ale zdecydowanie lepiej wychodziło mi jednak interesowanie się alkoholem, bo choć niepełnoletni ciągle byłem, a i na lata swoje nie wyglądałem, to jednak w każdym sklepie bez problemu alkohol kupić mogłem. Mogłem i kupowałem. W sumie to niewiele się zmieniło i teraz zdecydowanie lepiej na interesowaniu się alkoholem wychodziłem.
A ona przy mnie siedziała i na to piwo chciała, bo piwa się napić ochotę miała, a w tej knajpie po drugiej stronie ulicy, gdzie jeszcze niedawno sam siedziałem, to ona w tamtej knajpie już zakaz ma wejścia, choć to nie jej wina w sumie, a jej faceta, bo faceta ona ma, rzeźbiarza, rzeźbiarza albo malarza, artystę w każdym razie, a mi już ciśnienie skacze, bo jak to, w Krakowie nie jesteśmy – ani w Krakowie, ani w Kazimierzu, tym Dolnym oczywiście, a co drugi to artysta, artysta obecny, albo przynajmniej były i dobrze się zapowiadający wtedy, ja nie rozumiem tego, bo co kogoś poznam, to kretyn z niego lub idiota albo kretyn i idiota, i naprawdę ciężko to pojąć, że i tutaj ta artystyczna zaraza popularna tak jest, ale nie mówiłem nic, nie mówił nic i słuchałem jej tylko, jak to on, znaczy ten chłopak, artysta jej, wpierw on zakaz dostał, a ona tam dla niego, dla niego tylko, tak się aż romantycznie przez chwilę zrobiło, zatem ona dla niego piwo kupiła, co zaowocowało tylko zakazem kolejnym, dla niej tym razem, no i teraz ona tam już zakaz ma, zatem tu przyszła się piwa napić, ale brakuje jej drobnych, jak i – zauważyłem to od razu – chłopaka jej także, tego rzeźbiarza czy malarza, którego zapewne z widzenia także znałem, bo wszyscyśmy się tu z widzenia znali. No nie było go tu, tego też nie dało się nie zauważyć, pewnie rzeźbił akurat, jeśli rzeźbiarzem był, bo nie mogłem wykluczyć, że jednak malarzem był bardziej, no w każdym razie czemuś tam się artystycznemu oddawać musiał niechybnie, skoro nie było tu z nią samego jego.
A ona się tak zbliżała do mnie, że czułem, jak jej ciało ociera się o mnie, czułem ją prawie na sobie, oddech jej także i wyczuwałem jak bardzo pijana już jest i aż mnie zazdrość brała i pożądanie równocześnie. Dałem jej więc na to piwo. Wzięła te drobne, nie przeliczyła ich, miarkę widać gdzie indziej miała, i skierowała swe kroki od razu do baru, kupiła sobie piwo i dosiadła się do innych bywalców tej knajpy. A ja, znając swoje szczęście, mogłem się spodziewać, że za chwilę tu wpadnie ten chłopak jej, chłopak, który pewnie czterdziestkę na karku już ma, znaczy się ten artysta i nie do niej przysiądzie się, a do mnie i zacznie ze mną rozmawiać. I bynajmniej nie o życiu, tylko o trudach tworzenia, bo to artysta wszak jest, a z pewnością tworzyć łatwo nie jest, gdy w knajpie naprzeciwko zakaz się ma. No tylko się zestresowałem niepotrzebnie na samą myśl i z tych nerwów szybko piwo dopiłem, wstałem i nawet nie pożegnałem się z nikim, tylko wyszedłem od razu. I nie przeszedłem na drugą stronę ulicy, za to skręciłem w prawo i szedłem wzdłuż tej reprezentacyjnej ulicy, by dojść do trzeciej knajpy już dzisiaj. A jak wszedłem, to nie poznałem miejsca tego. Dawno mnie tu nie było, ale żadne wieści mnie nie ominęły. Wpierw je zamknęli, to miejsce, co wcale mnie nie dziwiło, choć zasmuciło bardzo, bo czynsz podnieśli, wszak to reprezentacyjna ulica miasta tego, a klienci reprezentacyjni nigdy nie byli. I zrobili tu takie modne coś z założenia, modne i na poziomie, zatem ten rzeźbiarz zakazu nigdy by się tu nie dorobił, bo po prostu nigdy by go nie wpuścili. Mnie by pewnie wpuścili, bo ja taki niepozorny w sumie jestem, że wszędzie by mnie wpuścili, choćby dlatego, że nie zauważyliby mnie wcale, ale nie wpuścili mnie, bo aż tak pijany nigdy nie byłem, bym się chciał tam wybrać. Ci ludzie na poziomie się jednak na tym miejscu nie poznali, zatem to nowe miejsce zamknęli. Z ludźmi na poziomie już tak jest, że trudno wyczuć na czym się akurat poznają, między innymi dlatego właśnie tak się z nimi dogadać nie potrafię. Właściwie to się z nikim dogadać nie potrafię, ale powiedzmy, że to dlatego właśnie z ludźmi na poziomie nie chcę mieć nic do czynienia. Zatem jak zamknięcie kolejne miejsce miało, to nastąpiła reaktywacja w końcu. I jak się o tym dowiedziałem, to bardzo się ucieszyłem, bo w tych czasach w tym mieście to tylko zamykali knajpy zasłużone, a nikt jeszcze nie słyszał, by coś takiego otworzyli czy reaktywowali choćby. Gorzej, że gdy pewnego razu o godzinie późnej, właściwie bardzo późnej, na tyle, że już w sumie tylko nielicznych na tej reprezentacyjnej ulicy miasta tego można było spotkać, przechodziłem nią akurat i akurat obok miejsca tego byłem, więc przystawiłem twarz swoją do szyby, by przyjrzeć się nowemu staremu miejscu temu, to serce moje zamarło, coś mnie zmroziło w nim i odrzuciło mnie od szyby tej, tak jakby prąd mnie poraził, a przecież tylko oglądałem przez szybę to wnętrze reaktywowanego miejsca tego. Zmiany, wszystko idzie naprzód, ale to się udać nie może, tak sobie wtedy pomyślałem i w melancholijnym nastroju udałem się do domu swego, gdzie usnąłem momentalnie dnia tamtego. Ale tego dnia, a właściwie wieczoru już raczej, wszedłem do knajpy tej, bo z poprzednich dwóch wygnany zostałem niestety. I nie poznałem miejsca tego, choć przez szybę przecież patrzyłem wcześniej, zatem wiedzieć powinienem. No nie poznałem w ogóle, tak powietrze tam przejrzyste było. I choć to wcześniej przecież widziałem, to smutek mnie ogarnął wielki, że nie można już było usiąść przy ścianie i wpatrywać się w lustro przed twarzą. No taki uczuciowy po alkoholu robiłem się zawsze. I chciałem od razu w tył zwrot zrobić i uciec jak najdalej, ale rozejrzałem się jeszcze, tak, wzrok mnie nie mylił, tam w rogu stolik stał jak stał wcześniej, może nie ten sam, ale skład z pewnością ten sam był. I ktoś zaintonował pieśń mi znaną, coś o czerwonym sztandarze, choć w obcym języku z pewnością, no nie po drodze mi niby było, ale jakoś zawsze z przyjemnością słuchałem jej. Zaraz inny chciał wypić zdrowie Robespierre'a, więc postanowiłem tu zostać i piwa się napić jak człowiek.
Zatem usiadłem sobie z piwem, usiadłem ja sobie przy okrągłym stoliczku, bo stolikiem nazwać tego nie sposób było. I na spokojnie się rozejrzał raz jeszcze. Tyle się zmieniło, a ludzie się nie zmienili jednak. Uwagę swą skupiłem na pani, na pani, którą często tu widziałem wcześniej, była to pani lat około czterdziestu, zadbana ciągle jeszcze, przychodziła tu i nieraz ja obok niej siedziałem, jeszcze wtedy, gdy przodem do ściany usiąść można było i do lustra pić jak Pan Bóg przykazał. I cholera rozkleiłem się wtedy, tak jak siedziałem tam przy tym stoliku, to rozkleiłem się i łzy mi po policzku spływać zaczęły. No taki się właśnie sentymentalny zrobiłem. Ta pani spojrzała na mnie, uśmiechnęła się, tak jakby nawet kiwnęła do mnie głową, co niewątpliwie powitaniem było, a ja trzymałem w garści butelkę z piwem i starałem się nie trafiać łzami do niej. I wypiłem tam jeszcze piw kilka i ruszać się stamtąd zamiaru nie miałem. I nastrój już taki osiągnąłem, że nawet jakby ten rzeźbiarz-artysta-malarz się dosiąść do mnie chciał, to z otwartymi rękoma przywitałbym ja go. Właściwie to już się w taki nastrój wprowadziłem, że nawet chciałem, by ktoś się do mnie przysiadł, najlepiej ta pani koło czterdziestki, z którą zawsze porozumiewawcze spojrzenia wymieniałem, nigdy nic więcej. Ale do niej się właśnie dosiadł ten pan, ten pan, co jeszcze chwilę wcześniej opowiadał na głos, jak się rzucił do szyi jednego gościa i wbił się w jego szyję zębami, bo to ubek, rozumie pan pani, ubek ten gość to był. No i skończyło się to na wyprowadzeniu i zakazie, ale zakaz uchylono, bo choć to ubek nie był jednak, to przecież ludzi z zasadami rozumie tu każdy. No i ja się zaktywizowałem, zaktywizowałem niestety się ja. I już mi żaden kretyn czy idiota straszny nie był, a i piwa w samotności pić ochoty już nie miałem. Kiedyś jeszcze w takich sytuacjach mój drogi instynkt samozachowawczy zwracał się do mnie jak należy, zwracał się do mnie mniej więcej tak, do domu, człowieku, do domu już idźże, a ja do domu istotnie zbierałem się wtedy. I wtedy do baru weszła ona. W wieku była nieokreślonym, tak bardzo nieokreślonym jak ja pijany bardzo byłem, ale kobietą z pewnością była. Od razu więc do porządku się doprowadziłem, włosy dłońmi przyczesałem, a i przy okazji spoliczkowałem się nimi. Wyraz twarzy przybrałem należyty, nie za prostacki, ale i ze zbyt poważnym zamyśleniem przesadzać nie chciałem. Wszystko to, aby korzystne wrażenie sprawić i przyciągnąć uwagę jej do siebie. Skierowała swe kroki do rogu, do tego stolika, gdzie akurat polemiki z pogranicza polityki i historii prowadzono. Na mnie nawet nie spojrzała, stanęła przed stolikiem tamtym. Kogoś tam zaczepiła, mówiła coś do jednego, do innego faceta też, ale co mówiła, tego usłyszeć nie byłem w stanie. Ten pierwszy, jak i ten drugi zresztą też, nie zwracali na nią uwagi w ogóle, zatem podeszła do trzeciego. Ten był najwyraźniej bardziej asertywny, bo odezwał się do niej, a i ręką drzwi wskazał. Jedyne co doszło moich uszu, to słowa następujące, ty minusie społeczny, ale czy to jej słowa, czy raczej jego były, ustalić było już nie sposób. Ona stanęła obok i kiwając głową, z dezaprobatą szeptała sobie pod nosem: erystyka, ach, erystyka. Tak, erystyka piękna sztuka, ale niech się pani od nas lepiej odpierdoli, tak jej wtedy ten asertywny odpowiedział W knajpie zapadła konsternacja. Pani być może była odrobinę namolna, ale reakcja była z pewnością niewspółmierna do przewinienia. Ja za to wiedziałem, że muszę, po prostu muszę, zareagować i zareagować chciałem. Wstałem gwałtownie, chyba odrobinę zbyt gwałtownie, bo zaraz straciłem równowagę, poleciałem do tyłu i nawet nie zdążyłem nic pomyśleć, gdy dalej już po prostu nie pamiętałem nic. Poranki... poranki nigdy się nie zmieniają.
{jcomments on}
Please wait...