Subskrypcja

Wpisz swój e-mail, a będziemy Cię informować o najnowszych wydarzeniach na Zaszafie.pl!

Nasza klasa

Wiktoria Korzeniewska | wtorek, 08, luty 2011 23:12

W dłoniach cienia

 

Oksymoron to epitet sprzeczny, innymi słowy zestawienie wyrazów o przeciwnym znaczeniu. Zwykły środek stylistyczny. Jednak czy tylko stylistyczny?

Czy można nazwać człowieka oksymoronem?

 


Nie lubił, gdy na niego patrzą zbyt uważnie. Nie znosił spojrzeń, które zwykle zatrzymywały się na nim, gdy tylko dokądś wchodził. Nawet kiedy był sam, czuł, że pomieszczenie jest wypełnione niewidzialnymi obserwatorami. A jednak mimo to kochał ten świat, kochał go ponad wszystko, lecz źródła tego uczucia niestety nie znał.

 
Aleksander. Dwadzieścia trzy lata. Student. Te trzy określenia brzmią tak pospolicie, ale na tym kończy się przeciętność. Gdy wzrok robi pierwszy krok w kierunku Aleksandra, na nią nie pozostaje miejsca.
Lermontow kiedyś napisał, że prawdziwym symbolem szlacheckiej krwi jest biała, nieskazitelna skóra oraz czarne włosy. Tak samo jest z siwymi końmi o czarnej grzywie, choć konie nierzadko są bardziej szlachetne niż ludzie.
Nie ma wątpliwości, gdyby Lermontow zobaczył Aleksandra, uśmiechnąłby się do niego, ukłonił z szacunkiem i szepnął do siebie – doskonałe dzieło! W rzeczy samej, Aleksander był doskonały i w tejże doskonałości oryginalny.
Blada skóra kontrastowała z czernią włosów. Z kwintesencją czerni. Te włosy wręcz pachniały kolorem i zdawało się, że można zanurzyć w nich pędzel, by potem nim malować. Jednak prawdziwą poezją w tym chłopaku były oczy. Niebieskie, lodowate. Gdy po zimie następuje pierwszy dzień ciepła, a kałuże skute lodem pokrywa cienka warstwa wody, wtedy to właśnie przyroda pokazuje nam, jaki kolor oczu miał ten chłopak. Były lodowato wodne. I przy tym patrzyły na świat ciepłym spojrzeniem. Gdyby ktoś powiedział, że środki stylistyczne można spotkać jedynie w literaturze, oczywiste byłoby, że nigdy Aleksandra nie spotkał.

 

~*~


Wejściowe drzwi trzasnęły i na korytarzu dało się słyszeć odgłos spokojnych kroków. Nikt się nie śpieszył. Już się nie śpieszył. Kiedyś te kroki były inne. Kiedyś, tuż po trzaśnięciu drzwi, czym prędzej kierowały się do pokoju, i było w nich coś z radości. A może to tylko pozory…
Aleksander oparł się o framugę drzwi i rzucił szybkie spojrzenie, które momentalnie ogarnęło pokój. Zmarszczył brwi.
– Znów nic nie jadłaś – stwierdził.
Dziewczyna siedząca na łóżku podniosła na niego oczy.
– Skąd to stwierdzenie? – jej głos brzmiał spokojnie, tak samo spokojnie jak jego kroki.
– Twoje oczy są oliwkowe.
– Słucham?
– Zwykle są szmaragdowe, ale kiedy nic nie jesz przez kilka dni, stają się oliwkowe – odparł spokojnie. Słowa padały niczym zwykłe stwierdzenie faktu, żadnej troski, żadnego gniewu. Zero na osi. Bez minusów i plusów.
Aleksander przekroczył próg pokoju i usiadł obok dziewczyny. Nie poruszyła się.
– Celino, czym się znów martwisz?
– A co ma niejedzenie do martwienia się? – wstała gwałtownie i podeszła do okna.
– Zawsze, kiedy czymś bardzo się przejmujesz i przy tym nie potrafisz sama sobie poradzić, przestajesz jeść… Wiem to nie od dziś.
– To nie jest twoja sprawa!
Chłopak westchnął. W tym cichym szmerze wypuszczanego z płuc powietrza nie było współczucia, lecz znużenie. Aleksander podniósł się z łóżka i podszedł do Celny. Położył rękę na jej ramieniu.
– Owszem, jest, człowiek potrzebuje jedzenia, by…
– Nie mów, co człowiek potrzebuje, a czego nie! – krzyknęła, odtrącając jego rękę.
– Czemuż to? Jestem człowiekiem i mam prawo…
Celina odwróciła się gwałtownie i spojrzała Aleksandrowi prosto w oczy.
– Nie jesteś człowiekiem! Jesteś cieniem!

 

~*~

 

Las szumiał ciszą. Celina siedziała na trawie, chowając twarz w dłoniach. Letnie słońce ogrzewające całą ziemię nie potrafiło osuszyć łez dziewczyny.
Znów uciekła. Nie pamiętała, po raz który już tak wybiegała z domu po rozmowie z nim. Aleksander nigdy nie zrobił nic złego, nigdy jej nie skrzywdził. A mimo to widziała jego coraz większą obojętność i znużenie. Tak jakby na coś czekał. Tak jakby wiedział, że dbanie o Celinę niedługo się skończy. I to właśnie było przerażające. Ponieważ dziewczyna sama rozumiała, jak nieuchronnie zbliża się koniec.
A kiedyś było inaczej. Wtedy, kiedy wszystko się zaczęło. Życie wydawało się tak piękne. Wtedy padał śnieg…

Płatki płynęły leniwie z nieba niczym wodospad w zwolnionym tempie. Delikatnie lądowały na twarzy Celiny i momentalnie zmieniały się w krople wody podobne do łez. Te, które upadały jej na wargi, oblizywała i delektowała się ich krótkotrwałym zimnem.
Dziewczyna leżała na śniegu, patrząc w niebo. Wyglądało magicznie z sypiącymi się z niego zimowymi łzami. Piękno jednak nie trwało zbyt długo. Skrzypiący odgłos odbijających się od śniegu łap wyrwał ją z słodkiego zamyślenia. Ten dźwięk bardziej przypominał słonia wpędzonego w galop niż radośnie merdającego ogonem psa. Mimo że słonie raczej nie galopują, z tym właśnie kojarzył się odgłos zwiastujący pędzącego kundelka o szarosrebrnej sierści, roześmianych oczach i wywieszonym języku.
Celina podniosła się szybko i usiadła, by uniknąć zostania dywanem. Pies zatrzymał się tuż przy swej pani i usiadł na białym puchu, rozmiatając go ogonem w różne strony.
– Mamy powód do radości? – spytała dziewczyna, pozbywając się kuleczek śniegu ze swych czarnych włosów.
Pies szczeknął dźwięcznie.
– Słuchaj, Mars, jesteśmy na wspaniałym polu, a nie na malutkim podwórkowym trawniku. Skorzystaj z okazji i pobiegaj, ciesz się krótkotrwałym zabiciem rutyny, bo na takie wypady nie mam wiele czasu i ty o tym wiesz – mruknęła i pogłaskała zwierzę po radosnym pysku.
Pies odpowiedział na pieszczotę ciepłym liźnięciem i posłusznie pobiegł w stronę pobliskich drzew. I nic dziwnego w tym by nie było, gdyby nie fakt, że cień zwierzęcia nadal pozostawał na śniegu tuż przy Celinie.
Dziewczyna wyciągnęła dłoń do plamki w kształcie psa, lecz ta nagle drgnęła i pognała za swoim właścicielem. Tak jakby cień się zamyślił na parę chwil.
Celina odprowadziła cień wzrokiem. To wydarzenie nie zaskoczyła jej zbytnio, gdyż widziała już wcześniej takie rzeczy. Widziała, jak cienie się zapominają i zamierają na kilka sekund. Dziewczyna spisała to na jakieś zjawiska związane ze światłem, fizyką i czymś podobnym. Nie gustowała w przedmiotach ścisłych, więc nie była także specjalistą w tych sprawach. Nie rozmawiała z nikim o tym, co widziała, jednak była święcie przekonana, że jest to rzecz na porządku dziennym i każdy choć raz w życiu widział coś podobnego.
Z zamyślenia dziewczynę wyrwał dzwonek komórki.
– Tak, słucham? – podniosła niechętnie zimny telefon do ucha. – Zapomniałam! Dajcie mi pół godziny, zaraz będę! Mars! Do nogi! – krzyknęła, szukając w śniegu brązowej smyczy.
Chwilę później dziewczyna już brnęła szybkim krokiem przez śnieg. Pole kończyło się u stóp lasu miejskiego. Tu śnieg nie był już tak głęboki i szło się o wiele szybciej. Po dziesięciu minutach szybkiego marszu jasna ścieżka nieba nad leśną drogą zmieniła się w ogromne, błękitne pole. Celina zatrzymała się przed gęstą ścianą żywopłotu i sięgnęła po smycz schowaną w kieszeni. Zamek szczęknął dźwięcznie przy obroży psa.
– Teraz bądź grzeczny i nie szarp – mruknęła do zwierzęcia i skierowała się w stronę gęstych krzaków. Rozchyliła je lekko i przepuszczając psa przodu, zrobiła krok do przodu.
Oczom dziewczyny ukazał się park oblany chłodnymi promieniami zimowego słońca. Mimo niedzieli, ludzie wciąż się gdzieś śpieszyli. I nawet będąc na zwykłym spacerze z rodziną, nie potrafili zwolnić kroku.
– Mars, zostaw! – dziewczyna lekko szarpnęła smycz, gdy pies pociągnął ją w stronę śnieżnobiałej pudelki, kroczącej dumnie tuż przy grubej pani w puszystym futrze. – Nie mamy czasu!
„Skąd w ogóle u mamy ten pomysł z urodzinami? No i co, że dwadzieścia lat? Też mi okrągła liczba. Rozumiem jakbym miała pięćdziesiąt…” – wzdychała w myślach.
– No nareszcie! Goście są, wszystko gotowe, tylko ciebie gdzieś znów nosi! – na Celinę spojrzały z wyrzutem brązowe oczy jej matki.
– No bo... – zaczęła się tłumaczyć.
– Później się wytłumaczysz. Idź do gości, czekają w twoim pokoju – przerwała jej kobieta, biorąc od Celiny kurtkę.
Dziewczyna westchnęła z rezygnacją i weszła pokoju. Przywitały ją radosne głosy. Po chwili policzki Celiny były już wycałowane przez składających życzenia, a ręce pełne różnych paczek i torebeczek.
Podniosła atmosfera, towarzysząca każdemu przyjęciu urodzinowemu, znika z reguły tuż po zjedzeniu tortu, gdy ostatnie życzenia zostają złożone, ostatnie honory solenizantki, w postaci zdmuchnięcia świec, spełnione i ostatnia tajemnica, jaką jest wygląd urodzinowego tortu, odkryta. Tak było też i tym razem. Obecni szybko spałaszowali to, co było na stole, a następnie rozsiedli się w pokoju i zaczęli wspominać stare dobre czasy.
Mama Celiny zaprosiła osoby, z którymi dziewczyna chodziła do liceum, nowych znajomych ze studiów nie znała, a córka powiedziała, że skoro chce urządzić jej przyjęcie urodzinowe, to listę gości może również sama sporządzić. Dzięki temu urodziny Celiny szybko przekształciły się w tak zwane spotkanie po latach.
– A pamiętacie plującego faceta od WOS-u? – roześmiała się Kasia. – Wszystkie pierwsze ławki były w ślinie.
– Tak, ale jednak historii nic nie przebije, jedyna lekcja, na którą chodziłem z przyjemnością – odpowiedział Kamil. – Ach te sekrety królów...
– I właśnie seksualne życie władców zainspirowało cię do studiowania historii – wytknęła mu ze śmiechem Amanda.
– A zauważyliście, że wszyscy z naszej klasy poszli na studia? – przerwała wspomnienia Celina. – Pięknie, prawda?
– Nie wszyscy – skrzywiła się lekko Kasia. – Albert nie uraczył swoją obecnością żadnej uczelni.
– No nie żartuj, ten pan–co–wszystko–wie? – zdziwił się Krzysiek, przeczesując włosy. – Kto jak kto, ale on... Pewny byłem, że co najmniej ze trzy kierunki naraz zacznie.
– O matko, to wy nic nie wiecie?! No to już wam opowiadam! – niebieskie oczy Kasi błysnęły zachwytem. Podobno nie ma większej przyjemności dla kobiety od powiedzenia wstrząsającej nowiny powszechnie zwanej plotką. – Nasz pan–co–wszystko–wie zniknął i nikt nie wie, gdzie jest. Przepadł bez śladu. Naprawdę nie słyszeliście o tym? Policja go szuka. Chociaż... No tak, porozjeżdżaliście po różnych miastach.
– Ja zostałam... – mruknęła Celina.
– Ale ty i tak żyjesz poza światem, zatopiona w swój filologiczny spis lektur.
Wiadomość o zniknięciu Alberta poruszyła wszystkich. Jednak szybko doszli do wniosku, że zapewne zdobył jakieś stypendium za postępy w nauce, których miał sporo, i to w różnych dziedzinach. A następnie wbrew woli rodziców wyjechał za granicę, by studiować na jakimś prestiżowym uniwersytecie. Teoria wydała się dość prawdopodobna i temat pana–co–wszystko–wie został zamknięty.

Celina była już zmęczona obecnością gości i monotonnością tematu o liceum. Właśnie powędrowała myślami do swojej miękkiej poduszki, gdy cień Kasi, opowiadającej kolejne pikantne i intrygujące nowości, obrócił się profilem i... pokazał język. Celina rozejrzała się po gościach, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi. Oczy obecnych wpijały się w Kasię opowiadającą o tym, jak to Karol, kolega z równoległej klasy z liceum, rzucił swoją dziewczynę. Celina ponownie spojrzała na cień, który teraz ziewał teatralnie. Dziewczyna nie wytrzymała i wybuchła śmiechem.
– To wcale nie jest śmieszne! Powiedział jej, że była największą pomyłką jego życia – Kasia spojrzała na nią karcąco.
– Oj wybacz – odpowiedziała Celina, wciąż się śmiejąc.
– Nasza solenizantka jest chyba już zmęczona, bo się śmieje bez powodu. A poza tym już północ. Czas się zbierać, towarzysze licealnej niedoli – zarządził Krzysiek, wstając.
Cała reszta zgodziła się z nim. Po dziesięciu minutach pożegnania i ostatnich życzeń goście we wspaniałych humorach opuścili mieszkanie.
Celina pozmywała naczynia, ogarnęła pokój i położyła się w ubraniu na łóżku.
– Może to i nie był taki zły pomysł z tymi urodzinami... – westchnęła, wyłączając mocną lampkę.
Pokój zalała ciemność. Celina uśmiechnęła się na wspomnienie cienia koleżanki, a następnie przymknęła oczy.
– Gdyby nie ciągłe gadanie Kaśki, to urodziny okazałyby się jeszcze lepszym pomysłem. – Do uszu dziewczyny dotarł cichy głos. Brzmiał jak szelest liści układający się w wyraźne słowa.
Dziewczyna podniosła się momentalnie i włączyła światło. W pokoju nikogo nie było. Celina wstała i rozejrzała się uważnie.
– Co u licha... – mruknęła do siebie, ponownie wracając do łóżka. – A może zaczęłam zasypiać i mi się to przyśniło? – uspokoiła samą siebie i ponownie wyłączyła światło.
– Nic podobnego, wcale nie śnisz. – ciszę wypełnił szeleszczący głos.
– O matko, duchy! – pisnęła dziewczyna, podnosząc się i wyciągając rękę do włącznika nocnej lampki.
– Spokojnie – szepnął nieznajomy. – Tylko nie włączaj światła, bo nie mogę wtedy do ciebie mówić. Nic ci nie zrobię, chcę tylko porozmawiać – dodał szybko.
– Kim jesteś? – Celina skuliła się na łóżku, patrząc z przerażeniem w ciemność.
– Twoim cieniem. – rzekł spokojnie głos.
– Aa... – odetchnęła z ulgą dziewczyna, lecz po chwili dotarł do niej cały sens słów. – Jak to cieniem? Przecież...
– No to może od początku – westchnął głos. – Który gatunek żywych istot jest na Ziemi najważniejszy?
– No jak to? Ludzie – odpowiedziała bez namysłu.
– No właśnie nie. To znaczy, wy macie tak myśleć, bo to zwiększa waszą pewność życiową. Jesteście zadowoleni, dumni z siebie i...
– Do czego zmierzasz?
– Do tego, że na Ziemi istnieją istoty doskonalsze od was.
– Kto niby?
– My.
Po tych słowach zapadło milczenie. Cień czekał spokojnie, aż Celina zada sama następne pytanie. A dziewczyna próbowała zrozumieć to, co przed chwilą usłyszała.
– Możesz mi to wytłumaczyć? – rzekła cicho po dłuższej chwili.
– Myślałem, że mnie wyśmiejesz. Słuchaj więc... Ludzie istnieją przekonani, że są najważniejszym gatunkiem na Ziemi. Ale tuż obok nich współistnieją inne, równie doskonałe istoty.
– Ale...
– Coś nie tak?
– Nie, nie. Mów dalej.
– Jesteśmy doskonalsi od was. Zresztą sama chyba dostrzegasz przyziemność i marność swojej rasy.
– Nie, nie masz racji! – omal nie krzyknęła. Ściszyła głos, przypominając sobie o rodzicach śpiących w pokoju obok. – My potrafimy kochać, stworzyliśmy tę całą cywilizację, a wy? Wy tylko chodzicie za nami krok w krok.
– Wy to stworzyliście? – szeleszczący śmiech wypełnił pokój. – Gdyby nie my, to wy nadal siedzielibyście w jaskiniach i jedlibyście surowe mięso, bo nawet ognia sami byście nie wynaleźli. Największy problem ludzkości polega na tym, że wszystko sprowadzacie do prymitywności. Otrzymaliście dar tworzenia słowa, życia na papierze, nut, a co wy zrobiliście z nim? Zmieniliście go w sposób na zarabianie pieniędzy. Macie miłość, umiecie kochać, lecz zniżyliście to piękne uczucie do poziomu cielesności. Nie mówię, że wszyscy, istnieją wyjątki, które próbują żyć godnie, jednak takich osobników jest zbyt mało. Cokolwiek pięknego jest wam ofiarowane, wy zniżacie to i mieszacie z brudem.
– I opowiadasz mi to po to, bym się załamała? – rzekła z nutką ironii Celina. – Bo mam dość słuchania o swojej niższości.
– Nie słuchasz o swojej niższości, tylko o niższości ludzi.
– Przecież ja jestem człowiekiem!
– A człowiek jest doskonały...
– Przed chwilą mówiłeś coś innego.
– Celino, znasz takie pojęcie jak wieloaspektowość? Możliwe, że przy cieniach wasze uczucia wyższe są na drugim miejscu, jednak jeżeli chodzi o budowę ciała... Człowiek jest doskonały! Wiem, że macie takie pojęcia jak piękno czy brzydota, jednak uwierz mi, nawet osoba stojąca najniżej w ludzkiej hierarchii, nie mająca domu, szkaradna, ułomna jest doskonała.
– Ale dlaczego?
– Bo jest człowiekiem – westchnął cicho cień.

Wtedy właśnie Celina po raz pierwszy poznała Aleksandra. To spotkanie było zerem na osi, nic już nie było takie samo. Nastąpiły noce pełne cichych rozmów. Rozmów o wszystkim. O życiu, filozofii, książkach, ludziach, uczuciach. O każdej drobnostce dnia powszedniego. Celina odkrywała dla siebie nowy świat. Teraz noc kojarzyła jej się jedynie z szeleszczącym głosem Aleksandra. Gdy umilkł, wydawało jej się, że słyszy jak cisza powoli gnije w ciemności.
Miłość przyszła cicho, niezauważona przez nikogo. Nieśmiało zamieszkała w najgłębszych zakamarkach serca, by już po jakimś czasie nabrać odwagi i rozbłysnąć głośnym blaskiem we wszystkich zmysłach.
Miłość, naprawdę wielka miłość, ma to do siebie, że niszczy wszelkie granice, przekracza najwyższe mury i nie zna słowa „niemożliwe”. Tak było i teraz. Miłość człowieka i cienia, zdawałoby się, nie miała możliwości istnienia na Ziemi. Jednak dla tych, którzy kochają, otwierają się drzwi do tajemnic. Nieliczni teraz wiedzą, że krew ludzka zmieszana dobrowolnie z cieniem sprawia, iż zaczyna on stopniowo zmieniać się w człowieka. Cienie to dusze bez ciała, bo do bycia człowiekiem brak im jedynie otoczki. Jeszcze mniej osób jednak wie, że po takim rytuale nie tylko cień ulega zmianie. Celina tego nie wiedziała.

 

~*~


Lato tego roku było ciche i spokojne. Las skąpany w skrawkach słońca i zieleni trwał nieporuszony wiatrem. Celinie wydawało się to wszystko bez znaczenia. Coraz częściej łapała siebie na myśli, że świat jej obojętnieje. Przypominając sobie chwile, gdy Aleksander stał się człowiekiem i zamieszkali razem w małym mieszkanku, nie mogła uwierzyć, że jest tą samą Celiną, jaką była wtedy – radosną, kochającą, szczęśliwą. Teraz wszystko powoli traciło sens, cały świat zblakł w oczach Celiny, a jej samej zdawało się, że blaknie razem z nim. Kiedyś przestawała jeść, gdy coś ją bardzo martwiło, teraz nie jadła, bo przestała tego potrzebować. Z każdym dniem więź między nią a człowieczeństwem robiła się coraz mniejsza.
– Znów tu jesteś... – usłyszała nagle cichy, szeleszczący głos. Głos cienia. Tuż obok.
Poderwała się na nogi i rozejrzała. Jest środek dnia, słońce otula las, nie ma możliwości, by mogła usłyszeć głos cienia, mówi tylko wtedy, gdy zapada ciemność. – Bardzo mi przykro, że mnie słyszysz. Wiele razy do ciebie przemawiałem w świetle, ale mnie nie słyszałaś. Skoro teraz jednak...
– Kim jesteś?! – Celina rozejrzała się ponownie. Czuła, że zaczyna wszystko rozumieć, lecz nie chciała uwierzyć w to, co się z nią dzieje. – To moje urojenia! – krzyknęła nagle. – Nie mogę cię słyszeć! W świetle dnia cienie mogą być słyszane tylko przez...
– Cienie – dokończył głos ze smutkiem. – Usiądź, Celino, uspokój się. To nic już nie da.
– Tylko cienie – powtórzyła cicho i usiadła. Schowała twarz w dłoniach. - Dlaczego to się ze mną dzieje?
– Nie wiedziałaś, że dobrowolnie zmieniając cień w człowieka, sama staniesz się cieniem?
– Nie... Aleksander nic mi nie powiedział. Nic!
– Może sam nie wiedział.
Celina milczała. To, co łączyło ją z Aleksandrem, było niegdyś tak wielkie, że nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez niego. Teraz jednak ta więź zdawała się blaknąć wraz z nią samą. Miłość stawała się cieniem miłości.
– Będąc człowiekiem – odezwał się głos cicho – możesz stworzyć innego człowieka tylko przez poczęcie, poprzez związek kobiety i mężczyzny. Każdy inny sposób jest niedopuszczalny. Jednak ty nie stworzyłaś z cienia człowieka, ty zamieniłaś się z cieniem miejscami.
– Nic o tym nie wiedziałam, ja go tylko kochałam – po policzkach Celiny spłynęły łzy. Czuła się oszukana, czuła się tak, jakby wydarto z niej wszystko, co najcenniejsze. - Dlaczego tu jesteś?
– Nie mam właściciela – opowiedział cień. – Ze swojego człowieczeństwa zachowałem jedno – wolną wolę. Tego nikt nam odebrać nie może.
– Też byłeś człowiekiem? – Celina podniosła wzrok. Teraz dopiero dostrzegła cień na pniu drzewa. – Też pokochałeś?
– Nie, ja nie pokochałem – w głosie cienia dało się słyszeć smutny uśmiech. – Ja badałem cienie. Gdy kończyłem liceum, odkryłem, że cienie żyją, myślą, istnieją. Dla mnie nauka zawsze była najważniejsza, więc porzuciłem wszystko i całkowicie poświęciłem się badaniom. Jak widać, przesadziłem.
– Albert? – dopiero teraz Celina dostrzegła, jak bardzo głos, choć i szeleszczący, a także sposób mówienia i dobór słów przypominają jej kolegę z liceum. Kolegę, który zniknął bez śladu tuż po maturze.
– To miło, Celino, że mnie wciąż pamiętasz. Mówi się, że pamięć po ludziach, którzy zmienili się w cienie, także blaknie w umysłach innych ludzi.
– Myśleliśmy, że wyjechałeś za granicę.
– Uwierz mi, wolałbym tę wersję – roześmiał się. – Jak widzisz, pogodziłem się już ze swym losem. Wiele o tym myślałem.
– I co? Da się z tym żyć?
– Jeżeli powiem ci, że nie, co zrobisz? Cienie są piękne, wbrew pozorom, lepiej być cieniem niż czymś innym. W życiu spotyka nas wiele przykrości, co nie znaczy, że mamy przestać żyć.
Celina spojrzała w dal.
– Ile żyją cienie?
– Tyle ile ich właściciel.
– A my?
– Ty nie jesteś jeszcze cieniem – przypomniał jej cicho Albert.
– Ile mi zostało? Dzień, dwa? Nieważne kim jestem teraz, ważne kim się stanę. Powiedz mi, ile żyją cienie takie jak my, cienie bez właścicieli.
– Aż do skończenia świata.
Celina zamilkła.
– Dużo czasu na myślenie, prawda? – odezwał się cicho Albert. – Jak widzisz, są na tym świecie istoty, które nie mogą się doczekać Armagedonu.
– Nie chcę o niczym już myśleć. Niczego już nie chcę! Osoba, która była dla mnie najważniejsza, oszukała mnie!
– A co właściwie jest najważniejsze w życiu? Ja wciąż nie wiem... Ty tracisz wszystko, bo pokochałaś. Ja, ponieważ oddałem piedestał nauce. Mam wrażenie, że szukanie sensu jest powodem do straty wszystkiego.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Podniosła się cicho i skierowała w stronę domu, by przeżyć ostatni dzień swojego człowieczeństwa.

 

~*~

 

Złociste liście cicho spadały na leśną ściółkę. Pod ogromnym dębem, który niegdyś Słowianie uważali za drzewo życia, siedziały dwa samotne cienie. Cienie bez swych właścicieli. Ich ścieżki życiowe były tak odległe jedna od drugiej, a mimo to zbiegły się razem. Dwa różne poglądy. Miłość i nauka. Uczucia i rozum.
Co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze? Cienie powiedziałyby, że bycie człowiekiem.

 

 

{jcomments on}

(0 - głosowań)

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Tytuł:
Komentarz: