nikogo już nie ma obok
tylko te unerwione ślady na końcu korytarza
suną po piersiach ich rytm biegnie kursywą
będę się w nim kołysał swoim przekleństwem
jak głośny śmiech w górach
za szybą płonie zachód w aurze wiatru
i blasków odbitych od skał
na twarz wschodzi cisza
dziś pewnie zaśniemy ze skazą zdziwionej duszy
bo języki potykają się już o najprostsze dźwięki
gdy początek jest mglisty
to dalej nie będzie nikogo
komu mógłbym położyć dłoń na gorącym udzie
znów rozlewa się żółć bez pytań o zaparte drzwi
dzielę papierosa i doprawiam kroplami burbona
w ciemności wciąż sączy się zimny pot
strachu przed drewnem
co odurza milczeniem bez końca
żeby nie przemówiło ciszą wyciągniętych ramion
od słowa do słowa
{jcomments on}
Please wait...