On jakby uśmiechnięty i w fotelu rozparty
Ale też zasmucony i przy głazie skulony
Żeby go rozpoznać przyglądać mu się trzeba
Bo on jak Adam
Ale też jak Ewa
Kolor jego skóry jest nawet wzorcowy
Czarny, biały, jest też i żółty
A nawet kakaowy
But jeden platyną sznurowany, złoty
Razi światła blaskiem, obcas iskry sypie
Drugi? No cóż, mówić by nie trzeba
Oderwana podeszwa paszczę rozwiera
Jakby wołała o kawałek chleba
Ręka prawa iście biurowa, gładka, delikatna
Nie widać tam nędzy
Ona chyba do pieniędzy
Lewa wisi niedbale, żyły wystają spod skóry
Wiadomo po co ona
Ma przepychać góry
Ucho prawe w szmaragdach, diamentach, dolarach
Przy lewym sakwa pusta
Brakuje w niej siana
Jedno oko bystre, łapczywe, wygląda na skąpe
Drugie łzą zamglone, smutne i jakby skrzywdzone
Ech! Dziwnie on w sobie ułożony
W jednej połowie bogacz nad bogaczami
W drugiej życiem nijakim, beznadzieją
I o głodzie czasami
On. Świat nasz
Nie. On nasz i wasz.
A może to światy dwa?
{jcomments on}
Please wait...