Co wieczór wysyłam do ciebie długie listy,
z nadzieją, że w końcu je odczytasz.
Nie jest łatwo, i nie jest tak dobrze.
Noc kończy się, a dzień świta.
Rozlewam kawę, codzienny rytuał.
Łzy gaszę dymem z papierosa.
Bez Ciebie lekko obijam się o ściany,
a słonce przygasa w oczach.
Nie powiem banalnie: kochany, wiesz... tęsknię!
Nazwanie tej pustki i tak nic nie zmieni,
i po co to wszystko, i po co to wszystko.
Nie wiemy...
Wychodzę do ludzi. Uśmiecham się, mówię,
czekam na pociąg i wracam.
Jest dzień jak litania, i nic się nie zmienia,
monolog swój stale wygłaszam.
Nocami jest serce, szargane podmuchem
dymu, co z wczoraj się wlecze.
I chciałabym dzisiaj wykrzyczeć to wszystko,
lecz słowa niezdarnie kaleczę.
Zamknięte powieki niosą obrazy,
oddechy rytmicznie bijące,
szepty bezwstydne, wolno wyłkane.
Mur wstydu na zawsze łamiące.
I chcę żebyś słyszał tę niecierpliwość,
czuł myśli moje, jak własne.
I chcę, żebyś wiedział, dopóki cię nie ma,
Wciąż czekam, wciąż jestem, nie zasnę.
{jcomments on}
Please wait...