Wczoraj rano powiedzieli, że ciebie już nie ma,
jeden gest, szybka śmierć, ciche odchodzenie,
niepojęte zlało się z niezrozumiałym. Wszystko czarne.
Głupie oczy zachodzą drewnianymi łzami, ryją ból
i niewiarę, zwątpienie w ten wszechświat, w tego Boga,
o którym mówi się wszechwładny, tego Boga,
u niego, proszę, znajdź swą przystań.
Ale przecież nie tędy... nie tak miało być,
sam mówiłeś rok temu, że tak się nie umiera,
wśród przyjaciół, a w pustce, która zgniata kark,
z tym uśmiechem, co raz tylko pojawia się na twarzy...
Zatem tutaj ja jestem, a ciebie już nie ma,
zasypują ciało brudnym, mokrym piachem.
Krótki staż życia, dwadzieścia kilka lat, w uszach słychać
złowrogi galop krwi.
Później trudno jest zasnąć, bo brzmi karuzela,
objazdowe kino z obrazkami z tych lat, kiedy śmiech twój
był głośny, a na twoich rzęsach zatrzymywał się każdy
przebudzony dzień. Tego nie ma już, nie ma,
ciche powtarzanie, ciebie nie ma już, nie ma, wydeptane myśli.
Drewnianymi łzami, płacze dziś nasz świat, płacze Bóg,
u niego, proszę, znajdź swoją przystań.
{jcomments on}
Please wait...