Najpierw zgrzytnął zawias, później okiennice,
czcze życie o ścianę trzasnęło policzek,
faszerując oczy, widziała przez kliszę
Mikołaja kościół, tuż przy nim bożnicę.
To nie skrzypią kości, to chyboczą wiadra,
przy studni, u której bram był nosiwodą,
bywało że z głębi nadzieję poławiał,
za jednego grosza zamieniał na mnogą.
Osiem i pół metra z dołu aż do góry,
niech się panna przejrzy w tym źródełku cudów,
niech zanurzy ręce, a tafli ażury
rozniosą swe kręgi, jak księgi talmudu.
Odkąd tu przychodzę, czerpiesz świętą prawdę,
pomnażasz grosiki, łagodzisz pragnienie,
Moshe – twoje włosy słońcem są wyżarte,
a kolejne wiadro twej wody, bez ciebie.
Nie odwódź Rachelo od nędznych poczynań,
nasza miłość warta poświęceń przy studni,
nie każdemu dana profesja jak młynarz,
nie każdy wybranek może zostać ślubnym.
Może nam zapytać widzącego z miasta,
mówią że Horowic czyta to, co w sercu,
bo jeśli ma miłość przeźroczyście jasna,
skąd u ciebie sen był z ciałem wśród topielców.
Nie pytaj mnie Moshe, należę do Boga,
powściągliwie czytam wszystkie znaki nieba,
czuję, że w mym wnętrzu panuje pożoga,
wątpliwości zgaszę, a ty, ty mi przebacz.
Mówisz, że w tym lustrze jak w zwierciadle ujrzę
nasz domek, przed którym rezedy się ścielą,
nie móc zostać twoją, to dla ciała umrzeć...
... co robisz... dziewczyno... kocham cię... Rachelo...
{jcomments on}
Please wait...