Chciał, żeby go kochać, sam nie mówił kocham,
wierne lustro ojca o miriadach twarzy,
Światowid miał cztery i otwarte wrota,
całe plemię za sobą, kotów i zielarzy.
A on niósł ze sobą Gersona paletę,
wstawiony pomiędzy rozkwitłe jabłonie,
w przygarbione ciało, rumianki upchnięte,
w międzyżebrzach pszczoły brzęczały symfonię.
Rajskim śniegiem sypnął, różowiutkim płatkiem,
rutyną wiatr zdmuchnął żółty pył pręcików,
wszędobylskie szpaki usiadły na czaszkę,
zmieniając na świątka domki swych karmników.
Spod oka spozierał w malunek wiosenny,
starzał się rok z rokiem, opalając w mahoń,
tychże pór pilnował jak pióra urzędnik,
w imię Ojca i Syna... było mu zapłatą.
{jcomments on}
Please wait...