Jak zawsze spóźniona, do biura gazety dotarłam jako ostatnia. W pośpiechu zrzuciłam płaszcz i powiesiłam go na wieszaku. Zaraz pędem rzuciłam się w stronę sekretarki mojego przyszłego szefa. Starsza kobieta jedynie uśmiechnęła się do mnie serdecznie, wskazując małą salkę, gdzie siedziało już trzech kandydatów przyjętych na czas próbny na stanowisko, które było przeznaczone dla mnie. A przynajmniej tak próbowałam sobie wmówić, stosując podświadome autoprogramowanie na zwycięstwo. Ledwo zdążyłam zająć ostatnie wolne miejsce, a do środka wparował niski, łysy mężczyzna. Nawet nie zdążyłam dobrze się przyjrzeć osobom, z którymi stawałam do walki o stanowisko.
– Witam! Już niedługo okaże się, kto z was będzie miał przyjemność nazywać mnie szefem – prawie wykrzyczał. – Czeka was mały test. Mam ze sobą cztery koperty... – mówiąc to, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki cztery niewielkie koperty. Zmierzył nas zimnymi, niebieskimi oczami, nim zaczął dalej mówić. – Wychodząc stąd, wybierzecie sobie po jednej. W środku są słowa określające mniej lub bardziej trafnie paczkę, jaką odbierzecie u mojej sekretarki. W niej znajdziecie listy od czytelników z propozycjami spraw, o których można by napisać reportaż. Macie wybrać jedną z nich, a resztę listów przynieść z powrotem. Troje szczęśliwców dostanie posadę, a najlepszy z artykułów zostanie wydrukowany. Widzę, że nie ma żadnych pytań, więc zwijać się, bo nie mam czasu.
Posłusznie wstaliśmy i skierowaliśmy się w stronę wyjścia. Jako ostatnia opuściłam pomieszczenie. Włożyłam płaszcz, a gdy podeszłam do sekretarki, nie było już nikogo z pozostałej trójki. Korpulentna kobieta uśmiechnęła się i powiedziała słodkim głosikiem:
– Złotko, nie dowiedziałaś się niczego o swoim nowym szefie, zanim tu przyszłaś.
Było to raczej stwierdzenie niż pytanie, więc jedynie się uśmiechnęłam. Kobieta pokręciła głową, delikatnie cmokając.
– Ostatnia osoba odbierająca zestaw dostaje pakiet spraw najgorszych. Niektóre są już nawet nieaktualne.
W tym momencie poczułam, jak mój żołądek ściska się do wielkości orzecha włoskiego. Przez swoje notoryczne spóźnienia załatwiłam sobie dodatkowe przeszkody. Jednocześnie chciałam wyć, krzyczeć, pogryźć kogoś i rozpłakać się. W końcu opanowana, spokojnym tonem odparłam:
– Zobaczymy, jak to będzie, mam nadzieję, że znajdę jakąś sprawę. Dziękuję ślicznie.
– Powodzenia, skarbie – krzyknęła za mną staruszka, machając do mnie beztrosko.
Opuszczając redakcję, miałam wrażenie, że ilość tlenu w powietrzu raptownie się zmniejszyła. Bałam się.
Jak na profesjonalną reporterkę przystało, zaraz po powrocie do domu zrobiłam sobie ogromny kubek kawy. Następnie poszłam z nim do sypialni, gdzie na ogromnym łóżku rozłożyłam listy tak, by widzieć wszystkie wokoło siebie. Zaczęła się żmudna praca – przebrnięcie przez stos listów, kartek oraz notatek. Po przeczytaniu wydrukowanego e-maila od jakiegoś początkującego autora powieści grozy Adriana K. A. stwierdziłam, że los zaprzysiągł się z przeciwko mnie. Młodzieniec chciał wydać swoją książkę jako dodatek do gazety. Kartka wylądowała w koszyczku, który okleiłam nalepką z napisem „może kiedyś”. Taki sam los spotkał czterdzieści innych propozycji wylosowanych z kupki. W końcu czterdziesta pierwsza okazała się strzałem w dziesiątkę. Możliwe, że nie powinnam tak myśleć, biorąc pod uwagę, jak straszna to była sprawa. Jednak mały pismak we mnie podpowiadał mi, iż będzie to bardzo dobry temat. Nawet nie zastanawiałam się nad tym, że list został wysłany do redakcji cztery lata temu. Chwyciłam za słuchawkę i wykręciłam numer. Przycisnęłam słuchawkę do ucha. Wsłuchując się w sygnał, dygotałam z podniecenia. Nagle po drugiej stronie odezwał się cichy, spokojny głos.
– Słucham?
– Dzień dobry – powiedziałam opanowanym tonem, a przynajmniej miałam taką nadzieję – cztery lata temu wysłała pani list do redakcji. Jestem młodą reporterką i chciałabym się z panią umówić na rozmowę, jeśli nadal miałaby pani na nią ochotę.
– Dobrze, proszę przyjechać jutro o dziesiątej.
– Dziękuję...
Po drugiej stronie ktoś odłożył słuchawkę. Do tej pory czuję wyrzuty sumienia za to uczucie radości, jakie poczułam, gdy tak gładko załatwiłam tę sprawę. Następnego dnia miałam pojechać do Katarzyny L., ofiary gwałtu. Dopiero kiedy sobie to uświadomiłam, dotarło do mnie, że cieszyłam się z nieszczęścia innej osoby, w dodatku całkiem nieznajomej. Zrobiło mi się naprawdę głupio.
Bezwiednie przeniosłam wzrok na karton stojący na parapecie. Tylko tyle pozostało mi po Sebastianie, a do dziś nie odważyłam się go otworzyć. Tej nocy znów przeżywałam wszystkie okropności, jakich oświadczyłam jako ofiara Igora – bliźniaczy brat Sebastiana, socjopata z wielkim nożem w moich snach, wbijał mi nóż głęboko w brzuch.
Punkt dziesiąta zapukałam do drzwi małego domku na przedmieściu. Czekałam prawie sześć minut, zanim młoda dziewczyna mi otworzyła. Sama nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się zastraszonej dziewczyny, skulonej i bojącej się własnego cienia. Dlatego zaskoczył mnie jej wygląd. Najbardziej zaskakujące były jej oczy, patrząc na nią wydawało mi się, że jest w niej coś z dziecka.
– Katarzyna? – spytałam.
– Tak.
– Jestem Adriana...
– Wiem, czytałam o pani.
W tym momencie mnie zaskoczyła i musiało to odbić się na mojej twarzy, bo kobieta zaraz dodała:
– Głośno było o pani w gazetach swego czasu. Zapraszam do środka. Może herbatki?
Uśmiechnęłam się do niej, wchodząc do mieszkania.
Wywiad, bo chyba tak mogłabym to określić, przeciągnął się do późnego wieczora. Kobieta była otwarta oraz rozmowna, bez większego skrępowania wprowadziła mnie w swoje życie po ataku, wspomniała o planach na przyszłość. Jednak gdy doszłyśmy do samego sedna sprawy, wszystko się zmieniło. Przestała żartować, jej promienna twarz nagle poszarzała. Kilkukrotnie przepraszała mnie za to, że nie mówi zbyt składnie, zawsze powtarzając: „Nie wiedziałam, że po tylu latach nadal będzie to tak trudny temat dla mnie”.
Kiedy tego samego dnia późnym wieczorem przeglądałam ponownie napisany przez siebie reportaż oraz szkic, który wykonałam, próbując namalować tatuaż, jaki miał oprawca Katarzyny, zrozumiałam, jak niewiele człowiek pojmuje o krzywdzie drugiej osoby. Choć sama niedawno przeżyłam straszne chwile i teoretycznie powinnam bardziej rozumieć to, co przeżyła ta kobieta, to jednak pierwszym moim odruchem był zachwyt, że będzie z tego świetny artykuł do gazety. Pamiętam, jak wielokrotnie Sebastian wytykał mi znieczulicę wkradającą się w serca dziennikarzy. Mówił o niej jakby była jakąś chorobą zakaźną. W końcu postanowiłam, że forma w jakiej napisałam mój pierwszy artykuł jest na tyle zadowalająca, iż mogę go przesłać do redakcji. Pół minuty później e-mail został wysłany, a ja leżąc w łóżku, błagałam sen o pośpiech, wciąż widząc przed oczami twarz mojego umierającego ukochanego.
Rankiem od dwóch godzin krążyłam po sypialni z dużym kubkiem kawy w ręku, co jakiś czas zerkając na karton stojący na parapecie. Odpowiedź z redakcji powinna przyjść za godzinę, a ja z nerwów nie wiedziałam, co zrobić z rękoma. W końcu postanowiłam po gruntownym namyśle rozpakować karton, było to dobre półtora godziny temu. Jednak coś mnie powstrzymywało. Może łudziłam się, że dopóki tego nie zrobię, Sebastian będzie mniej martwy niż jest. Sama dokładnie nie wiem. Wydaje mi się, że coś w postawie Katarzyny spowodowało, że nagle nabrałam chęci na otworzenie tego kartonu. Miał być to koniec jakiegoś etapu w moim życiu. Karton pochodził z małego sejfu, którego Sebastian kategorycznie zabraniał mi otwierać. Mieliśmy nawet o to parę kłótni, ale zawsze stawało na: „Jest tam moja przeszłość, o której na pewno się kiedyś dowiesz. Ale jeszcze nie dziś”. Szybka decyzja i na łóżku wylądowała cała zawartość kartonu.
Pierwszy rekonesans pozwolił mi dokonać podziału na stertę teczek, które ułożyłam w równej kolumnie, oraz czarny zeszyt, z jakiegoś dziwnego powodu kojarzący mi się z małym pamiętniczkiem. Pobieżne przejrzenie teczek powiedziało mi, iż są one czymś w rodzaju akt osobistych ludzi, o których nigdy nie słyszałam. Po dłuższym namyśle przeniosłam je na biurko koło włączonego laptopa, miały tam czekać do czasu, aż znajdę chwilę na ich dogłębne sprawdzenie; alternatywnie mogły tam leżeć do momentu, gdy firma wynajęta do uporządkowania domu po mojej śmierci wyrzuci je, choć pierwsza opcja była bardziej obiecująca. Następnie wzięłam się za pamiętnik, zapisany starannie drobnym pismem Sebastiana. Powoli pogrążyłam się w lekturze:
„Dziś spotkałem Obrońcę, ojciec opowiadał mi o nim. Z tego, co mówił, był pierwszym z wybranych, który nas zdradził. Teraz, gdy w czwórkę opuściliśmy zgliszcza ośrodka, ojciec często wspomina dawne historie. Igor jest zapatrzony w niego jak w obrazek, ale ja mam wątpliwości. Mam jeszcze rok do czasu inicjacji, którą każdy odbywał pomiędzy siedemnastym a dwudziestym pierwszym rokiem życia. Igor już przeszedł ją dwa lata temu, nasz młodszy brat swoją zakończył wczoraj i powrócił, oddając serce swojej ukochanej ojcu. Nie byłem zaproszony na ucztę, jako jeszcze niegodny, ale dziś, gdy w końcu zobaczyłem brata, stwierdziłem jedno: strasznie się zmienił od naszego ostatniego spotkania. Ja jeszcze nie odważyłem się jej poddać, szczerze mówiąc, boję się tego. Powinienem porozmawiać o nim z rodziną, jednak coś mówi mi, żebym tego nie robił.
Rozmawialiśmy bardzo długo, wydaje mi się, że zasiał ziarno niepewności w moim sercu, które trafiło na podatny grunt. Jutro nasz najmłodszy brat odejdzie od nas, by od tej pory iść własną drogą. Powróci do nas za dwadzieścia lat, tak jak wszyscy, którzy odeszli po nim. Termin jest wyznaczony, spotkanie z matką. Do tego czasu nie możemy się komunikować, a mój najmłodszy brat jest ostatnim z wybranych. Tylko śmierć któregoś z nas sprawi, że cała skomplikowana maszyna zemsty zostanie uruchomiona, a ten, który zabił, nie zginie prostą śmiercią”.
Szybko przerzuciłam kartkę, w napięciu czekając na kolejne wydarzenia. Ale coś z tekstem było nie tak, rozpoznawałam poszczególne litery, jednak słowa nie miały dla mnie żadnego sensu. Przerzuciłam kolejną stronę, a później następne. Na kartach widniał charakter pisma Sebastiana, lecz nie rozumiałam żadnych słów. Dopiero na ostatniej stronie przeczytałam:
„Adriano, jeśli czytasz te zapiski, to muszę być martwy. Przykro mi z tego powodu, nawet nie wiesz, jak bardzo. Proszę, nie śpiesz się z przeczytaniem tego wszystkiego, co zapisałem tutaj, i nie oceniaj mnie pochopnie. Będziesz bezpieczna, Obrońca mi to obiecał, a jemu jedynemu powierzyłbym życie osoby tak mi bliskiej jak Ty. Prosiłbym Cię, żebyś zapomniała o wszystkim i spaliła to, co znalazłaś w tym kartonie, choć wiem, że jesteś uparta. Czegokolwiek dowiesz się o mnie, pamiętaj, że jesteś jedyną osobą, którą kiedykolwiek kochałem”.
Łzy pociekły mi po policzkach, a żal zacisnął swoje chłodne palce na moim sercu. Osunęłam się z łóżka na podłogę, płacząc. Pomimo czasu, jaki upłynął, nie pogodziłam się z jego odejściem i nigdy się nie pogodzę, teraz byłam już tego pewna. W końcu opanowałam się i dotarło do mnie, że coś pika. Obróciłam zapłakaną twarz w stronę komputera, na monitorze pokazała się ogromna koperta. Powoli skierowałam się w jego stronę. Treści zawartej w e-mailu długo nie mogłam zrozumieć, w końcu przeczytałam ją na głos:
– Serdeczne gratulacje, zapraszam do redakcji na piętnastą w celu podpisania umowy.
Dopiero teraz dotarło do mnie, o co chodziło. Szybko obróciłam się w stronę lustra i przeraziłam się widokiem zielonookiej dziewczyny z potarganymi włosami i rozmazanym makijażem. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał kwadrans po czternastej. Zaczęłam panikować.
Już od ponad dwóch godzin siedziałam przy jednym z trzech biurek ustawionych w niewielkim pomieszczeniu tak, że dzieliły je na trzy części. Miał być to, jak określił mój nowy szef, „krótki wstęp”. Z całej jego gadaniny dostaliśmy dwie ważne wiadomości. Pierwsza z nich dotyczyła zakresu naszej nowej pracy. Okazało się, że nasz dział jest czymś w rodzaju recyklingowego śmietnika – będzie do nas trafiać wszystko, co odrzucili „prawdziwi” dziennikarze, a my z tego mamy coś przygarnąć, wychować i oddać do druku jako zapchajstrony. Drugą iście ważną informacją było położenie ekspresu do kawy. Były jeszcze plusy tej sytuacji, przyjrzałam się moim nowym znajomym z pracy. Po prawej miałam niewysoką, młodą dziewczynę o kasztanowych włosach, która przedstawiła się jako Lidia Gawron. Po lewej siedział niejaki Maciej Michalkiecz, zerkający co jakiś czas na mnie, a następnie przenoszący wzrok na drugą nową koleżankę. Nie wiem dlaczego, ale jakoś dziwnie kojarzył mi się z osobą ufającą w swoje siły oraz wiedzę.
Od dobrych piętnastu minut przestałam zwracać na to uwagę. Zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądała kandydatka, która odpadła. Przez chwilę wydawało mi się, że miała małego skorpiona tuż nad obojczykiem, choć nie byłam tego pewna. Nagle przemawiający monotonnie mężczyzna zmienił ton, przez co od razu zwrócił wszystkich uwagę.
– Dobrze, a teraz dostaniecie prezent. Macie wolne aż do środy i nie musicie przychodzić do pracy... Usta rozciągnęły mi się w szerokim uśmiechu na dźwięk słowa „wolne”, zaraz jednak mina mi zrzedła, gdy usłyszałam dalszy ciąg. – A co do prezentu, to w portierni każdy z was ma do zabrania ze sobą worek pocztowy. Materiały należy posegregować oraz zrobić z nimi wszystko tak, aby w poniedziałek przedstawić pomysły. Informacje w nich zawarte mogą być dość stare, ale cóż, na pewno znajdziecie w nich coś interesującego.
Łysy mężczyzna odwrócił się bez pożegnania i prawie defiladowym krokiem wyszedł z pomieszczenia. Zaraz też zebrałam swoje rzeczy, żeby zdążyć wyjść za moimi nowymi znajomymi. Kierując się w stronę portierni, dostrzegłam machającą do mnie sekretarkę szefa. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi, odmachując radośnie. Czułam się świetnie, zwłaszcza że w jutrzejszym nakładzie opublikują mój artykuł. Nie było to szczególne wyróżnienie, bo pozostałej dwójce też przyznano miejsca, jednak przepełniała mnie radość z tego powodu. Miałam nadzieję, że czas rywalizacji już się skończył i teraz będę mogła już bez obawy poznać ludzi, z którymi będę pracowała. W portierni każdy z nas dostał ogromny worek pełen papierów. Pożegnaliśmy się przy wyjściu, rozchodząc się każdy w swoim kierunku. Z tym nieporęcznym tobołem, który musiałam taszczyć ze sobą, powrót do domu zajął mi więcej czasu niż zwykle. W końcu udało mi się doczłapać się na górę. Od razu po przyjściu do mieszkania spojrzałam na czarny pamiętnik Sebastiana. Wiedziałam, że czeka mnie długa, bezsenna noc.
Była słoneczna niedziela, przynajmniej tak mi powiedzieli znajomi, kiedy do mnie dzwonili. Niestety nie dane mi było tego zobaczyć, wyszłam z łóżka dopiero po zmroku. Był to skutek ambitnego podejścia do nowej pracy, nieprzemyślany, jak stwierdziłam po czasie. Właśnie kończyłam się ubierać na spotkanie, gdy moja komórka zaczęła wibrować. Złapałam ją. Przyszedł do mnie SMS o dziwnej treści. Przeczytałam go ponownie, szepcząc:
– Nie wychodź dzisiaj z domu. Obrońca.
Roześmiałam się cicho. Ktoś robił sobie ze mnie żarty, w dodatku niesmaczne. Zabrałam torebkę i wyszłam z domu. Szłam szybko chodnikiem, śpiesząc się na tramwaj, gdy nagle z ciemnej uliczki wystrzeliła w moim kierunku jakaś ręka. Odruchowo starałam się odskoczyć w bok, jednak napastnik był szybszy. Jego silne palce zacisnęły się na moim ramieniu, potężnym szarpnięciem wciągnął mnie w mrok zaułka. Nim zdążyłam krzyknąć, jego dłoń zacisnęła się na moich ustach. Błysnęło ostrze noża, poczułam jego chłód przy swojej szyi.
– Będziesz grzeczna? – syknął nieznajomy.
Ostrze noża delikatnie naparło, rozcinając mi skórę. Strach ścisnął mi gardło, serce łomotało jak mały ptaszek w klatce, próbujący za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz.
– A teraz powiedz mi, dlaczego tak nagle zainteresowałaś się tym małym incydentem...
Właśnie wtedy dostrzegłam tatuaż nad obojczykiem. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. „Napastnik z nożem to gwałciciel – pomyślałam – jakim cudem mnie odnalazł?...” Spojrzałam przerażona w jego piwne oczy, on uśmiechnął się do mnie obleśnie.
– Wiesz – szepnął mi do ucha, pochylając się – podobał mi się twój artykuł. Czytając go, wydawało mi się, że też byś chciała przeżyć coś takiego ze mną.
Ręka zaciskana na moich ustach oderwała się od nich, napastnik wziął zamach i uderzył mnie otwartą ręką w twarz z taką siłą, że moja głowa odskoczyła w bok, uderzając w ścianę. Coś ciepłego zaczęło spływać mi po skroni, wszystko zaczęło tonąć w ciemności. Wydawało mi się, że ktoś się ruszył za wciąż uśmiechniętym gwałcicielem. Nagle z ciemności wyłoniła się postać mężczyzny, lecz była dziwnie rozmazana. Coś błysnęło koło szyi stojącego przede mną oprawcy, ten złapał się za nią, upadając na ziemię. Chyba krew trysnęła mi w twarz, choć nie byłam pewna. Uwolniona od noża zaczęłam powoli osuwać się w dół. Po chwili barczysty młodzieniec, mój wybawiciel, pochylił się nade mną.
– Spokojnie – powiedział cichym głosem – wszystko będzie dobrze, pogotowie już tutaj jedzie.
Zamknęłam oczy. Nie wiem dlaczego, ale byłam przekonana, że to wszystko dobrze się skończy. Nim całkowicie zapadłam w mrok, usłyszałam jeszcze jakiś drugi głos:
– Co z nią, Obrońco?
– Nic poważnego. W szpitalu jej pomogą.
– Kto to zrobił?
– Wygląda na robotę Xirs...
Nagle wszystko utonęło w ciemnościach.
Posłusznie wstaliśmy i skierowaliśmy się w stronę wyjścia. Jako ostatnia opuściłam pomieszczenie. Włożyłam płaszcz, a gdy podeszłam do sekretarki, nie było już nikogo z pozostałej trójki. Korpulentna kobieta uśmiechnęła się i powiedziała słodkim głosikiem:
– Złotko, nie dowiedziałaś się niczego o swoim nowym szefie, zanim tu przyszłaś.
Było to raczej stwierdzenie niż pytanie, więc jedynie się uśmiechnęłam. Kobieta pokręciła głową, delikatnie cmokając.
– Ostatnia osoba odbierająca zestaw dostaje pakiet spraw najgorszych. Niektóre są już nawet nieaktualne.
W tym momencie poczułam, jak mój żołądek ściska się do wielkości orzecha włoskiego. Przez swoje notoryczne spóźnienia załatwiłam sobie dodatkowe przeszkody. Jednocześnie chciałam wyć, krzyczeć, pogryźć kogoś i rozpłakać się. W końcu opanowana, spokojnym tonem odparłam:
– Zobaczymy, jak to będzie, mam nadzieję, że znajdę jakąś sprawę. Dziękuję ślicznie.
– Powodzenia, skarbie – krzyknęła za mną staruszka, machając do mnie beztrosko.
Opuszczając redakcję, miałam wrażenie, że ilość tlenu w powietrzu raptownie się zmniejszyła. Bałam się.
Jak na profesjonalną reporterkę przystało, zaraz po powrocie do domu zrobiłam sobie ogromny kubek kawy. Następnie poszłam z nim do sypialni, gdzie na ogromnym łóżku rozłożyłam listy tak, by widzieć wszystkie wokoło siebie. Zaczęła się żmudna praca – przebrnięcie przez stos listów, kartek oraz notatek. Po przeczytaniu wydrukowanego e-maila od jakiegoś początkującego autora powieści grozy Adriana K. A. stwierdziłam, że los zaprzysiągł się z przeciwko mnie. Młodzieniec chciał wydać swoją książkę jako dodatek do gazety. Kartka wylądowała w koszyczku, który okleiłam nalepką z napisem „może kiedyś”. Taki sam los spotkał czterdzieści innych propozycji wylosowanych z kupki. W końcu czterdziesta pierwsza okazała się strzałem w dziesiątkę. Możliwe, że nie powinnam tak myśleć, biorąc pod uwagę, jak straszna to była sprawa. Jednak mały pismak we mnie podpowiadał mi, iż będzie to bardzo dobry temat. Nawet nie zastanawiałam się nad tym, że list został wysłany do redakcji cztery lata temu. Chwyciłam za słuchawkę i wykręciłam numer. Przycisnęłam słuchawkę do ucha. Wsłuchując się w sygnał, dygotałam z podniecenia. Nagle po drugiej stronie odezwał się cichy, spokojny głos.
– Słucham?
– Dzień dobry – powiedziałam opanowanym tonem, a przynajmniej miałam taką nadzieję – cztery lata temu wysłała pani list do redakcji. Jestem młodą reporterką i chciałabym się z panią umówić na rozmowę, jeśli nadal miałaby pani na nią ochotę.
– Dobrze, proszę przyjechać jutro o dziesiątej.
– Dziękuję...
Po drugiej stronie ktoś odłożył słuchawkę. Do tej pory czuję wyrzuty sumienia za to uczucie radości, jakie poczułam, gdy tak gładko załatwiłam tę sprawę. Następnego dnia miałam pojechać do Katarzyny L., ofiary gwałtu. Dopiero kiedy sobie to uświadomiłam, dotarło do mnie, że cieszyłam się z nieszczęścia innej osoby, w dodatku całkiem nieznajomej. Zrobiło mi się naprawdę głupio.
Bezwiednie przeniosłam wzrok na karton stojący na parapecie. Tylko tyle pozostało mi po Sebastianie, a do dziś nie odważyłam się go otworzyć. Tej nocy znów przeżywałam wszystkie okropności, jakich oświadczyłam jako ofiara Igora – bliźniaczy brat Sebastiana, socjopata z wielkim nożem w moich snach, wbijał mi nóż głęboko w brzuch.
Punkt dziesiąta zapukałam do drzwi małego domku na przedmieściu. Czekałam prawie sześć minut, zanim młoda dziewczyna mi otworzyła. Sama nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się zastraszonej dziewczyny, skulonej i bojącej się własnego cienia. Dlatego zaskoczył mnie jej wygląd. Najbardziej zaskakujące były jej oczy, patrząc na nią wydawało mi się, że jest w niej coś z dziecka.
– Katarzyna? – spytałam.
– Tak.
– Jestem Adriana...
– Wiem, czytałam o pani.
W tym momencie mnie zaskoczyła i musiało to odbić się na mojej twarzy, bo kobieta zaraz dodała:
– Głośno było o pani w gazetach swego czasu. Zapraszam do środka. Może herbatki?
Uśmiechnęłam się do niej, wchodząc do mieszkania.
Wywiad, bo chyba tak mogłabym to określić, przeciągnął się do późnego wieczora. Kobieta była otwarta oraz rozmowna, bez większego skrępowania wprowadziła mnie w swoje życie po ataku, wspomniała o planach na przyszłość. Jednak gdy doszłyśmy do samego sedna sprawy, wszystko się zmieniło. Przestała żartować, jej promienna twarz nagle poszarzała. Kilkukrotnie przepraszała mnie za to, że nie mówi zbyt składnie, zawsze powtarzając: „Nie wiedziałam, że po tylu latach nadal będzie to tak trudny temat dla mnie”.
Kiedy tego samego dnia późnym wieczorem przeglądałam ponownie napisany przez siebie reportaż oraz szkic, który wykonałam, próbując namalować tatuaż, jaki miał oprawca Katarzyny, zrozumiałam, jak niewiele człowiek pojmuje o krzywdzie drugiej osoby. Choć sama niedawno przeżyłam straszne chwile i teoretycznie powinnam bardziej rozumieć to, co przeżyła ta kobieta, to jednak pierwszym moim odruchem był zachwyt, że będzie z tego świetny artykuł do gazety. Pamiętam, jak wielokrotnie Sebastian wytykał mi znieczulicę wkradającą się w serca dziennikarzy. Mówił o niej jakby była jakąś chorobą zakaźną. W końcu postanowiłam, że forma w jakiej napisałam mój pierwszy artykuł jest na tyle zadowalająca, iż mogę go przesłać do redakcji. Pół minuty później e-mail został wysłany, a ja leżąc w łóżku, błagałam sen o pośpiech, wciąż widząc przed oczami twarz mojego umierającego ukochanego.
Rankiem od dwóch godzin krążyłam po sypialni z dużym kubkiem kawy w ręku, co jakiś czas zerkając na karton stojący na parapecie. Odpowiedź z redakcji powinna przyjść za godzinę, a ja z nerwów nie wiedziałam, co zrobić z rękoma. W końcu postanowiłam po gruntownym namyśle rozpakować karton, było to dobre półtora godziny temu. Jednak coś mnie powstrzymywało. Może łudziłam się, że dopóki tego nie zrobię, Sebastian będzie mniej martwy niż jest. Sama dokładnie nie wiem. Wydaje mi się, że coś w postawie Katarzyny spowodowało, że nagle nabrałam chęci na otworzenie tego kartonu. Miał być to koniec jakiegoś etapu w moim życiu. Karton pochodził z małego sejfu, którego Sebastian kategorycznie zabraniał mi otwierać. Mieliśmy nawet o to parę kłótni, ale zawsze stawało na: „Jest tam moja przeszłość, o której na pewno się kiedyś dowiesz. Ale jeszcze nie dziś”. Szybka decyzja i na łóżku wylądowała cała zawartość kartonu.
Pierwszy rekonesans pozwolił mi dokonać podziału na stertę teczek, które ułożyłam w równej kolumnie, oraz czarny zeszyt, z jakiegoś dziwnego powodu kojarzący mi się z małym pamiętniczkiem. Pobieżne przejrzenie teczek powiedziało mi, iż są one czymś w rodzaju akt osobistych ludzi, o których nigdy nie słyszałam. Po dłuższym namyśle przeniosłam je na biurko koło włączonego laptopa, miały tam czekać do czasu, aż znajdę chwilę na ich dogłębne sprawdzenie; alternatywnie mogły tam leżeć do momentu, gdy firma wynajęta do uporządkowania domu po mojej śmierci wyrzuci je, choć pierwsza opcja była bardziej obiecująca. Następnie wzięłam się za pamiętnik, zapisany starannie drobnym pismem Sebastiana. Powoli pogrążyłam się w lekturze:
„Dziś spotkałem Obrońcę, ojciec opowiadał mi o nim. Z tego, co mówił, był pierwszym z wybranych, który nas zdradził. Teraz, gdy w czwórkę opuściliśmy zgliszcza ośrodka, ojciec często wspomina dawne historie. Igor jest zapatrzony w niego jak w obrazek, ale ja mam wątpliwości. Mam jeszcze rok do czasu inicjacji, którą każdy odbywał pomiędzy siedemnastym a dwudziestym pierwszym rokiem życia. Igor już przeszedł ją dwa lata temu, nasz młodszy brat swoją zakończył wczoraj i powrócił, oddając serce swojej ukochanej ojcu. Nie byłem zaproszony na ucztę, jako jeszcze niegodny, ale dziś, gdy w końcu zobaczyłem brata, stwierdziłem jedno: strasznie się zmienił od naszego ostatniego spotkania. Ja jeszcze nie odważyłem się jej poddać, szczerze mówiąc, boję się tego. Powinienem porozmawiać o nim z rodziną, jednak coś mówi mi, żebym tego nie robił.
Rozmawialiśmy bardzo długo, wydaje mi się, że zasiał ziarno niepewności w moim sercu, które trafiło na podatny grunt. Jutro nasz najmłodszy brat odejdzie od nas, by od tej pory iść własną drogą. Powróci do nas za dwadzieścia lat, tak jak wszyscy, którzy odeszli po nim. Termin jest wyznaczony, spotkanie z matką. Do tego czasu nie możemy się komunikować, a mój najmłodszy brat jest ostatnim z wybranych. Tylko śmierć któregoś z nas sprawi, że cała skomplikowana maszyna zemsty zostanie uruchomiona, a ten, który zabił, nie zginie prostą śmiercią”.
Szybko przerzuciłam kartkę, w napięciu czekając na kolejne wydarzenia. Ale coś z tekstem było nie tak, rozpoznawałam poszczególne litery, jednak słowa nie miały dla mnie żadnego sensu. Przerzuciłam kolejną stronę, a później następne. Na kartach widniał charakter pisma Sebastiana, lecz nie rozumiałam żadnych słów. Dopiero na ostatniej stronie przeczytałam:
„Adriano, jeśli czytasz te zapiski, to muszę być martwy. Przykro mi z tego powodu, nawet nie wiesz, jak bardzo. Proszę, nie śpiesz się z przeczytaniem tego wszystkiego, co zapisałem tutaj, i nie oceniaj mnie pochopnie. Będziesz bezpieczna, Obrońca mi to obiecał, a jemu jedynemu powierzyłbym życie osoby tak mi bliskiej jak Ty. Prosiłbym Cię, żebyś zapomniała o wszystkim i spaliła to, co znalazłaś w tym kartonie, choć wiem, że jesteś uparta. Czegokolwiek dowiesz się o mnie, pamiętaj, że jesteś jedyną osobą, którą kiedykolwiek kochałem”.
Łzy pociekły mi po policzkach, a żal zacisnął swoje chłodne palce na moim sercu. Osunęłam się z łóżka na podłogę, płacząc. Pomimo czasu, jaki upłynął, nie pogodziłam się z jego odejściem i nigdy się nie pogodzę, teraz byłam już tego pewna. W końcu opanowałam się i dotarło do mnie, że coś pika. Obróciłam zapłakaną twarz w stronę komputera, na monitorze pokazała się ogromna koperta. Powoli skierowałam się w jego stronę. Treści zawartej w e-mailu długo nie mogłam zrozumieć, w końcu przeczytałam ją na głos:
– Serdeczne gratulacje, zapraszam do redakcji na piętnastą w celu podpisania umowy.
Dopiero teraz dotarło do mnie, o co chodziło. Szybko obróciłam się w stronę lustra i przeraziłam się widokiem zielonookiej dziewczyny z potarganymi włosami i rozmazanym makijażem. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał kwadrans po czternastej. Zaczęłam panikować.
Już od ponad dwóch godzin siedziałam przy jednym z trzech biurek ustawionych w niewielkim pomieszczeniu tak, że dzieliły je na trzy części. Miał być to, jak określił mój nowy szef, „krótki wstęp”. Z całej jego gadaniny dostaliśmy dwie ważne wiadomości. Pierwsza z nich dotyczyła zakresu naszej nowej pracy. Okazało się, że nasz dział jest czymś w rodzaju recyklingowego śmietnika – będzie do nas trafiać wszystko, co odrzucili „prawdziwi” dziennikarze, a my z tego mamy coś przygarnąć, wychować i oddać do druku jako zapchajstrony. Drugą iście ważną informacją było położenie ekspresu do kawy. Były jeszcze plusy tej sytuacji, przyjrzałam się moim nowym znajomym z pracy. Po prawej miałam niewysoką, młodą dziewczynę o kasztanowych włosach, która przedstawiła się jako Lidia Gawron. Po lewej siedział niejaki Maciej Michalkiecz, zerkający co jakiś czas na mnie, a następnie przenoszący wzrok na drugą nową koleżankę. Nie wiem dlaczego, ale jakoś dziwnie kojarzył mi się z osobą ufającą w swoje siły oraz wiedzę.
Od dobrych piętnastu minut przestałam zwracać na to uwagę. Zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądała kandydatka, która odpadła. Przez chwilę wydawało mi się, że miała małego skorpiona tuż nad obojczykiem, choć nie byłam tego pewna. Nagle przemawiający monotonnie mężczyzna zmienił ton, przez co od razu zwrócił wszystkich uwagę.
– Dobrze, a teraz dostaniecie prezent. Macie wolne aż do środy i nie musicie przychodzić do pracy... Usta rozciągnęły mi się w szerokim uśmiechu na dźwięk słowa „wolne”, zaraz jednak mina mi zrzedła, gdy usłyszałam dalszy ciąg. – A co do prezentu, to w portierni każdy z was ma do zabrania ze sobą worek pocztowy. Materiały należy posegregować oraz zrobić z nimi wszystko tak, aby w poniedziałek przedstawić pomysły. Informacje w nich zawarte mogą być dość stare, ale cóż, na pewno znajdziecie w nich coś interesującego.
Łysy mężczyzna odwrócił się bez pożegnania i prawie defiladowym krokiem wyszedł z pomieszczenia. Zaraz też zebrałam swoje rzeczy, żeby zdążyć wyjść za moimi nowymi znajomymi. Kierując się w stronę portierni, dostrzegłam machającą do mnie sekretarkę szefa. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi, odmachując radośnie. Czułam się świetnie, zwłaszcza że w jutrzejszym nakładzie opublikują mój artykuł. Nie było to szczególne wyróżnienie, bo pozostałej dwójce też przyznano miejsca, jednak przepełniała mnie radość z tego powodu. Miałam nadzieję, że czas rywalizacji już się skończył i teraz będę mogła już bez obawy poznać ludzi, z którymi będę pracowała. W portierni każdy z nas dostał ogromny worek pełen papierów. Pożegnaliśmy się przy wyjściu, rozchodząc się każdy w swoim kierunku. Z tym nieporęcznym tobołem, który musiałam taszczyć ze sobą, powrót do domu zajął mi więcej czasu niż zwykle. W końcu udało mi się doczłapać się na górę. Od razu po przyjściu do mieszkania spojrzałam na czarny pamiętnik Sebastiana. Wiedziałam, że czeka mnie długa, bezsenna noc.
Była słoneczna niedziela, przynajmniej tak mi powiedzieli znajomi, kiedy do mnie dzwonili. Niestety nie dane mi było tego zobaczyć, wyszłam z łóżka dopiero po zmroku. Był to skutek ambitnego podejścia do nowej pracy, nieprzemyślany, jak stwierdziłam po czasie. Właśnie kończyłam się ubierać na spotkanie, gdy moja komórka zaczęła wibrować. Złapałam ją. Przyszedł do mnie SMS o dziwnej treści. Przeczytałam go ponownie, szepcząc:
– Nie wychodź dzisiaj z domu. Obrońca.
Roześmiałam się cicho. Ktoś robił sobie ze mnie żarty, w dodatku niesmaczne. Zabrałam torebkę i wyszłam z domu. Szłam szybko chodnikiem, śpiesząc się na tramwaj, gdy nagle z ciemnej uliczki wystrzeliła w moim kierunku jakaś ręka. Odruchowo starałam się odskoczyć w bok, jednak napastnik był szybszy. Jego silne palce zacisnęły się na moim ramieniu, potężnym szarpnięciem wciągnął mnie w mrok zaułka. Nim zdążyłam krzyknąć, jego dłoń zacisnęła się na moich ustach. Błysnęło ostrze noża, poczułam jego chłód przy swojej szyi.
– Będziesz grzeczna? – syknął nieznajomy.
Ostrze noża delikatnie naparło, rozcinając mi skórę. Strach ścisnął mi gardło, serce łomotało jak mały ptaszek w klatce, próbujący za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz.
– A teraz powiedz mi, dlaczego tak nagle zainteresowałaś się tym małym incydentem...
Właśnie wtedy dostrzegłam tatuaż nad obojczykiem. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. „Napastnik z nożem to gwałciciel – pomyślałam – jakim cudem mnie odnalazł?...” Spojrzałam przerażona w jego piwne oczy, on uśmiechnął się do mnie obleśnie.
– Wiesz – szepnął mi do ucha, pochylając się – podobał mi się twój artykuł. Czytając go, wydawało mi się, że też byś chciała przeżyć coś takiego ze mną.
Ręka zaciskana na moich ustach oderwała się od nich, napastnik wziął zamach i uderzył mnie otwartą ręką w twarz z taką siłą, że moja głowa odskoczyła w bok, uderzając w ścianę. Coś ciepłego zaczęło spływać mi po skroni, wszystko zaczęło tonąć w ciemności. Wydawało mi się, że ktoś się ruszył za wciąż uśmiechniętym gwałcicielem. Nagle z ciemności wyłoniła się postać mężczyzny, lecz była dziwnie rozmazana. Coś błysnęło koło szyi stojącego przede mną oprawcy, ten złapał się za nią, upadając na ziemię. Chyba krew trysnęła mi w twarz, choć nie byłam pewna. Uwolniona od noża zaczęłam powoli osuwać się w dół. Po chwili barczysty młodzieniec, mój wybawiciel, pochylił się nade mną.
– Spokojnie – powiedział cichym głosem – wszystko będzie dobrze, pogotowie już tutaj jedzie.
Zamknęłam oczy. Nie wiem dlaczego, ale byłam przekonana, że to wszystko dobrze się skończy. Nim całkowicie zapadłam w mrok, usłyszałam jeszcze jakiś drugi głos:
– Co z nią, Obrońco?
– Nic poważnego. W szpitalu jej pomogą.
– Kto to zrobił?
– Wygląda na robotę Xirs...
Nagle wszystko utonęło w ciemnościach.
{jcomments on}
Please wait...