Minęły prawie dwa tygodnie, od tragicznej śmierci Dawida. Wykonywałam w tym czasie swoją pracę, pisząc artykuły, choć żaden nie dorównał pierwszemu, w którym prawdopodobnie zamieściłam część swojej duszy.
Papiery Sebastiana głęboko schowałam w najciemniejszym kącie wielkiej szafy, do której zaglądałam tylko wtedy, gdy miałam chandrę. To, co się tam znajdowało, nie przerażało mnie aż tak bardzo. W gruncie rzeczy ochłonęłam po tych wszystkich wydarzeniach naprawdę szybko. Gdy teraz o tym myślę, śmiać mi się chce, bo wystarczyło schować akta, zająć się pracą, a moje życie zaczęło wracać do normy. Praca, dom, sen – w różnych kombinacjach – do piątkowego wieczoru ukoiły moje nerwy. Nawet kilka razy udało mi się zrobić wypad na miasto z Lidią i Maćkiem. Mogłabym tak spędzić całe życie. Przynajmniej tak mi się wydaje, choć teraz już wiem, że na tę możliwość zaprzepaściłam szansę. Stało się to w chwili, gdy postanowiłam zapomnieć o sprawie Sebastiana na dobre.
W ten feralny piątek szef wysłał mnie wraz z Maćkiem w okolice domu Lidki, dostaliśmy nawet zapewnienie o rekompensacie kosztów wyjazdu, jeśli „wysmarujemy” wspaniały artykuł na pierwszej stronie. Szemrane typki powiadomiły mojego przełożonego o podejrzeniu morderstwa minutę po tym, jak dowiedziała się o tym policja. Gdy pędziliśmy samochodem Maćka na miejsce zdarzenia, uzmysłowiłam sobie, że przecież Lidia mogła o wiele szybciej się tam znaleźć. Próbowałam się do niej dodzwonić, jednak bez powodzenia – po czterech próbach odpuściłam. Gdy dotarliśmy na miejsce, wszystko nagle zwolniło. Na miejscu był dopiero jeden radiowóz, a na widok wkraczających do domu koleżanki funkcjonariuszy poczułam zimne ukłucie w sercu. Maciek jeszcze nie zdążył zaparkować, a ja wysiadłam z samochodu i pobiegłam w stronę wejścia. Zanim mężczyźni zrozumieli, co się dzieje, wepchnęłam się między nich, wpadając do środka. To, co tam zastałam, przeraziło mnie. Od framugi drzwi frontowych na ziemi ciągnęły się czerwone smugi zakrzepłej krwi, znikające dopiero w kuchni. Podążyłam ich śladem. Serce uderzało mi w piersiach jak oszalałe, kiedy zatrzymałam się w progu. Naprzeciwko mnie, oparta plecami o lodówkę, leżała zmasakrowana dziewczyna. Ktoś wyłupał jej oczy i okaleczył ciało, a tuż nad głową narysował znak nieskończoności. Zatoczyłam się w bok, uderzając barkiem o framugę, a następnie powoli osunęłam na podłogę. Łzy płynęły mi z oczu, a gardło ścisnęło się boleśnie. Lidia była martwa. Poczułam, jak ktoś podnosi mnie na nogi i wyprowadza z pomieszczenia. Nie pamiętam, co wydarzyło się później – ktoś mnie o coś pytał, widziałam jakieś twarze wokół siebie, jednak chyba nie docierało do mnie, co tak naprawdę się dzieje.
Gdy zaczęłam rozumieć całą sytuację, byłam już z powrotem w redakcji. Jak w transie usiadłam przed komputerem, zaczynając pisać. Ukończywszy pisanie, wydrukowałam nowy artykuł, a następnie ruszyłam w stronę biura szefa. Chyba nawet usłyszałam zaniepokojony głos Maćka, pytający dokąd idę, ale może mi się tylko wydawało. Nie byłam tego pewna. W momencie gdy przechodziłam obok biurka sekretarki szefa, ta poderwała się.
– Cukiereczku, nie powinnaś tam wchodzić – to były pierwsze słowa, jakie dotarły do mojej świadomości od dzisiejszego poranka.
Chyba się do niej nawet uśmiechnęłam, a gdy przestępowałam próg biura, nie zaoponowała ponownie. Łysy mężczyzna siedzący za biurkiem podniósł głowę znad pustej szklanki stojącej obok półpełnej flaszki jakiegoś złocistego trunku. Nie odezwał się nawet słowem, gdy zajęłam miejsce naprzeciwko niego. Tylko jego podkrążone oczy wpatrywały się we mnie beznamiętnie. Trwaliśmy tak w ciszy, a półmrok zdawał się gęstnieć wokół nas. W końcu poruszył się, sięgając pod biurko. Wyciągnął stamtąd drugą szklaneczkę i nalał do obu solidną porcję. Następnie przesunął jedną w moim kierunku, mówiąc prawie szeptem:
– Przyda ci się przepłukać gardło.
Z wdzięcznością przyjęłam ją i upiłam łyk. Moje ciało ogarnęło przyjemne ciepło.
– Dziękuję.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że tak naprawdę nie pamiętałam, po co przyszłam do mojego szefa. Poruszyłam się, a pod opuszkami palców lewej ręki wyczułam jakiś przedmiot. Zerknęłam w dół i zobaczyłam artykuł, przez chwilę usiłowałam sobie przypomnieć, co to właściwie jest, w końcu jednak położyłam go na biurku szefa, a następnie przesunęłam wydruk w jego stronę. Mężczyzna wpatrywał się we mnie przez chwilę, by za chwilę podnieść niespiesznie kartki z biurka. Zaczął czytać. Na początku myślałam, że to wszystko będzie trwało wieczność, lecz nim upiłam połowę trunku ze szklanki, szef odłożył kartki na biurko, prostując się na skórzanym fotelu.
– To bardzo piękne słowa – powiedział – wspaniale ujęłaś i powiązałaś informacje wraz z uczuciami osób pracujących w gazecie. Powiedz, jak się czujesz, Adriano?
– Wydaje mi się, że dobrze.
– Przyjaźniłyście się z Lidią, prawda?
– Tak.
– Posłuchaj, dopij spokojnie brandy, później może skusisz się jeszcze na jedną. Ja muszę wykonać kilka telefonów w związku z żałobą. Jeśli będziesz miała ochotę wracać do domu, poproszę, żeby ktoś cię odwiózł.
Skinęłam głową. Siedząc w gabinecie szefa, popijałam alkohol w godzinach pracy, a najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że w filmach takie przywileje miały tylko przyszłe i aktualne kochanki wysoko postawionych osób. Byłam mu wdzięczna za to, że choć zwykle otoczony twardym niczym skała pancerzem, trochę zwariowany przełożony pokazał mi dziś ludzką twarz. Wypiłam z nim jeszcze dwie szklaneczki brandy, a potem powiedziałam, że chciałabym już wracać do domu. Zaraz zadzwonił po Maćka, kolejny raz spytał się, czy na pewno dobrze się czuję. Następnie poprosił wezwanego, by odprowadził mnie do domu. Dostaliśmy też oboje wolny weekend, jako najbliżsi przyjaciele Lidii.
Po powrocie do mieszkania i odprawieniu Maćka powtarzaną po raz dwudziesty frazą „Nic mi nie będzie, dziękuję, że się martwisz”, w końcu zostałam sama w domu. Gdy wszystko wokół pogrążyło się w ciszy, wyciągnęłam z barku butelkę wódki i pociągnęłam solidny łyk, krzywiąc się przy tym. Przez cały czas spokoju nie dawało mi przeczucie, że o czymś zapomniałam. Pół butelki później chwiejnym krokiem podeszłam do szafki, aby wyciągnąć wszystkie dokumenty pozostałe po Sebastianie. Przeniosłam je na biurko i około dwudziestej drugiej pogrążyłam się w lekturze. Ostatnim, co pamiętam przed dowleczeniem się do łóżka, były promienie słońca powoli wychylającego się zza horyzontu. Wiedziałam już, że moje przypuszczenia były prawdziwe. Zasnęłam, myśląc o Sebastianie.
Gdy się obudziłam późnym popołudniem, życie zafundowało mi trzy rzeczy. Potwornego kaca, nudności i powiązanie śmierci mojej przyjaciółki – bo pomimo tego, że nasza znajomość była krótka, z całą pewnością zasługiwała na miano przyjaciółki. Ale była to dopiero hipoteza, którą należało jak najdokładniej sprawdzić. Gdy skończyłam za oknami panował już zmrok, a mój żołądek natarczywie domagał się czegoś do zjedzenia. Chwyciłam za komórkę, bezwiednie naciskając przycisk szybkiego wybierania. Po chwili odezwał się kobiecy głos:
– Pizzeria Mexicana słucham.
– Pizza numer dwadzieścia siedem gigant. Na adres Armii Krajowej 32/12.
– Zamówienie zostanie zrealizowane za około pół godziny. Dziękuje i zapraszam ponownie.
– Dziękuję.
Sama nie wiem dlaczego, ale zawsze parę godzin po tym, gdy wszelkie objawy kaca już miną, nabieram ogromnej ochoty na niezdrowe jedzenie. Usiadłam na łóżku, zabierając ze sobą kilka teczek oraz zeszyt ze swoimi notatkami. Na pierwszej stornie wypisałam wszystkie imiona dzieci znalezione w aktach – było ich czterdzieścioro czworo. Następnie wpisałam daty śmierci osób, o których wiedziałam, że już nie żyją. Kolejnym moim posunięciem było tłumaczenie wszystkiego, co było dla mnie niezrozumiałe, za pomocą internetowych translatorów. W efekcie dowiedziałam się, że spośród całej grupy dzieci objętych programem przy życiu pozostało zaledwie pięcioro. Do śmierci większości przyczynił się Obrońca, który, jak się dowiedziałam, nazywał się Kamil O., a zanim przybrał obecny pseudonim, nazywano go Rzeźnikiem z Littletown. Znałam również tożsamości pozostałej czwórki, jednak to akurat było zaledwie przystawką. Głównym daniem było połączenie morderstwa Lidii z osobą kryjącą się pod pseudonimem Xirs, a raczej z podpisem, jaki pozostawiała na miejscach zbrodni. Znakiem nieskończoności. Zastanawiałam się, czy nie pójść z tym wszystkim na policję, jednak niczym bohaterka durnego thrillera postanowiłam poczekać, a może nawet wziąć sprawy w swoje ręce. Nie byłam pewna, czego chcę ani tego, czy mi uwierzą. Z ponurych rozważań wyrwał mnie dostawca pizzy. Po posiłku położyłam się spać, czując niedosyt informacji oraz wiedząc, że nie mam jak ich uzupełnić.
Kolejne dni mijały mi, wlokąc się jak ślimaki. Po powrocie do pracy okazało się, że na miejsce mojej przyjaciółki zatrudniono Milenę T., kandydatkę, która bezskutecznie walczyła z nami o miejsce w redakcji. Tydzień po śmierci Lidii władze wyraziły zgodę na pogrzeb. Kiedy zasypano trumnę z jej ciałem, a żałobnicy powoli zaczęli opuszczać cmentarz, poczułam się dziwnie bezsilna. W końcu stałam sama nad świeżym grobem, smutno wpatrując się w piękne kwiaty złożone tam przez rodzinę, przyjaciół, znajomych. Z każdą chwilą czułam coraz większą pustkę, jakbym sukcesywnie oddalała się z tego świata. Ocknęłam się, słysząc cichy głos, który przez chwilę wydał mi się znajomy.
– Witaj, Adriano.
Jednak zaraz uświadomiłam sobie, że to przecież niemożliwe. Sebastian nie żył, a po głębszym zastanowieniu wypowiadane słowa wydały mi się również jakby zduszone. Powoli odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę w czarnym płaszczu z postawionym na sztorc kołnierzykiem. Na głowie miał głęboko wciśnięty kapelusz, a jego oczy skrywały się pod szkłami grubych okularów. Mógłby odgrywać postać prywatnego detektywa w jakimś filmie klasy B, gdyby nie fakt, że całą twarz skrywał pod bandażami.
– Dzień dobry – odparłam. – Przepraszam, czy my się znamy?
– Mieliśmy wspólnego znajomego... Przykra sprawa… – powiedział, przeciągając słowa, jakby się nad czymś zastanawiał – odejść w tak młodym wieku.
– Tak – odparłam.
– Pozwól, że się przedstawię. Jestem Obrońca – mówiąc to, wyciągnął w moją stronę rękę. Zesztywniałam zdumiona. Mężczyzna przez chwilę trzymał wyciągniętą w moim kierunku dłoń, w końcu jednak ją opuścił.
– Widzę, że cię zaskoczyłem.
Skinęłam , jednocześnie wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami.
– Widzisz, Adriano, miałem nadzieję, że nigdy do naszego spotkania nie dojdzie – kontynuował, a w jego głosie nie wyczułam nawet delikatnego wahania. – Niestety, Xirs nie pozwoliła na to. Teraz już niewiedza nie może cię chronić, więc postanowiłem poprosić cię o przysługę. Z tego co wiem niedługo w mieście odbędzie się wielka konferencja genetyków.
– Tak – odparłam cicho – za jakieś trzy tygodnie, wstępnie zostałam do niej przydzielona.
– To bardzo dobrze. Chciałbym, żebyś zrobiła zdjęcia kobiet, które będą tam prowadzić prezentacje – powiedział szeptem – a także, jeśli to możliwe, podczas wywiadu z każdą szepnęła: „Est modus”.
Nagle w jednym momencie ocknęłam się z bezsilnego wpatrywania się w obcego mężczyznę. Facet nie dość, że wydawał mi polecenia dotyczące tego, co mam dla niego zrobić, to nawet nie pokusił się o to, żeby mi wyjaśnić, dlaczego miałabym to dla niego zrobić. Już miałam otwierać usta, żeby wygarnąć mu, co o tym wszystkim myślę, gdy nagle podniósł dłoń w górę, jakby chciał mnie zatrzymać.
– Adriano – rzekł – wiem, że nic z tego nie rozumiesz, ale uwierz mi, to dla twojego dobra. Muszę znaleźć tę kobietę i położyć kres całemu przedsięwzięciu. Dzięki niej odnajdę pozostałych i wszystko to się skończy.
– To jest matka – szepnęłam, gdy zrozumiałam, kogo Obrońca poszukuje – a mówiąc „pozostali” masz na myśli ostatnich żyjących ludzi objętych tym chorym programem? Te cztery osoby?
Tym razem on zamilkł. Stał przez długą chwilę, wpatrując się we mnie. W końcu drgnął, delikatnie się prostując.
– Widzę, że zgłębiłaś już wszystko, co spisał Stefan.
– Nie było dużo tych notatek Sebastiana – mówiąc to, duży nacisk położyłam na imię.
– Niech będzie Sebastiana – powiedział cicho, a następnie spod płaszcza wyciągnął małą czerwoną książeczkę. – Tutaj masz jeszcze jedną rzecz napisaną przez Sebastiana. Powinno to wyjaśnić wszystko to, czego dziś nie mam czasu ci powiedzieć. Życzę miłej lektury i jeśli postanowisz mi pomóc, załóż na konferencję tę małą broszkę, którą dostałaś od Sebastiana. A tera żegnaj.
Nie czekając na moją odpowiedź, odwrócił się na pięcie i ruszył gdzieś w głąb cmentarza. Spojrzałam na trzymany w rękach przedmiot, a gdy się wyprostowałam, po Obrońcy nie było już śladu. Stałam przy grobie koleżanki jeszcze piętnaście minut, a następnie wróciłam do domu.
Nalałam sobie sporą porcję szkockiej i usiadłam na łóżku, otwierając pierwszą stronę książeczki. Miałam nadzieje, że będzie ona napisana w zrozumiałym dla mnie języku. Zapowiadała się długa, bezsenna noc...
– Cukiereczku, nie powinnaś tam wchodzić – to były pierwsze słowa, jakie dotarły do mojej świadomości od dzisiejszego poranka.
Chyba się do niej nawet uśmiechnęłam, a gdy przestępowałam próg biura, nie zaoponowała ponownie. Łysy mężczyzna siedzący za biurkiem podniósł głowę znad pustej szklanki stojącej obok półpełnej flaszki jakiegoś złocistego trunku. Nie odezwał się nawet słowem, gdy zajęłam miejsce naprzeciwko niego. Tylko jego podkrążone oczy wpatrywały się we mnie beznamiętnie. Trwaliśmy tak w ciszy, a półmrok zdawał się gęstnieć wokół nas. W końcu poruszył się, sięgając pod biurko. Wyciągnął stamtąd drugą szklaneczkę i nalał do obu solidną porcję. Następnie przesunął jedną w moim kierunku, mówiąc prawie szeptem:
– Przyda ci się przepłukać gardło.
Z wdzięcznością przyjęłam ją i upiłam łyk. Moje ciało ogarnęło przyjemne ciepło.
– Dziękuję.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że tak naprawdę nie pamiętałam, po co przyszłam do mojego szefa. Poruszyłam się, a pod opuszkami palców lewej ręki wyczułam jakiś przedmiot. Zerknęłam w dół i zobaczyłam artykuł, przez chwilę usiłowałam sobie przypomnieć, co to właściwie jest, w końcu jednak położyłam go na biurku szefa, a następnie przesunęłam wydruk w jego stronę. Mężczyzna wpatrywał się we mnie przez chwilę, by za chwilę podnieść niespiesznie kartki z biurka. Zaczął czytać. Na początku myślałam, że to wszystko będzie trwało wieczność, lecz nim upiłam połowę trunku ze szklanki, szef odłożył kartki na biurko, prostując się na skórzanym fotelu.
– To bardzo piękne słowa – powiedział – wspaniale ujęłaś i powiązałaś informacje wraz z uczuciami osób pracujących w gazecie. Powiedz, jak się czujesz, Adriano?
– Wydaje mi się, że dobrze.
– Przyjaźniłyście się z Lidią, prawda?
– Tak.
– Posłuchaj, dopij spokojnie brandy, później może skusisz się jeszcze na jedną. Ja muszę wykonać kilka telefonów w związku z żałobą. Jeśli będziesz miała ochotę wracać do domu, poproszę, żeby ktoś cię odwiózł.
Skinęłam głową. Siedząc w gabinecie szefa, popijałam alkohol w godzinach pracy, a najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że w filmach takie przywileje miały tylko przyszłe i aktualne kochanki wysoko postawionych osób. Byłam mu wdzięczna za to, że choć zwykle otoczony twardym niczym skała pancerzem, trochę zwariowany przełożony pokazał mi dziś ludzką twarz. Wypiłam z nim jeszcze dwie szklaneczki brandy, a potem powiedziałam, że chciałabym już wracać do domu. Zaraz zadzwonił po Maćka, kolejny raz spytał się, czy na pewno dobrze się czuję. Następnie poprosił wezwanego, by odprowadził mnie do domu. Dostaliśmy też oboje wolny weekend, jako najbliżsi przyjaciele Lidii.
Po powrocie do mieszkania i odprawieniu Maćka powtarzaną po raz dwudziesty frazą „Nic mi nie będzie, dziękuję, że się martwisz”, w końcu zostałam sama w domu. Gdy wszystko wokół pogrążyło się w ciszy, wyciągnęłam z barku butelkę wódki i pociągnęłam solidny łyk, krzywiąc się przy tym. Przez cały czas spokoju nie dawało mi przeczucie, że o czymś zapomniałam. Pół butelki później chwiejnym krokiem podeszłam do szafki, aby wyciągnąć wszystkie dokumenty pozostałe po Sebastianie. Przeniosłam je na biurko i około dwudziestej drugiej pogrążyłam się w lekturze. Ostatnim, co pamiętam przed dowleczeniem się do łóżka, były promienie słońca powoli wychylającego się zza horyzontu. Wiedziałam już, że moje przypuszczenia były prawdziwe. Zasnęłam, myśląc o Sebastianie.
Gdy się obudziłam późnym popołudniem, życie zafundowało mi trzy rzeczy. Potwornego kaca, nudności i powiązanie śmierci mojej przyjaciółki – bo pomimo tego, że nasza znajomość była krótka, z całą pewnością zasługiwała na miano przyjaciółki. Ale była to dopiero hipoteza, którą należało jak najdokładniej sprawdzić. Gdy skończyłam za oknami panował już zmrok, a mój żołądek natarczywie domagał się czegoś do zjedzenia. Chwyciłam za komórkę, bezwiednie naciskając przycisk szybkiego wybierania. Po chwili odezwał się kobiecy głos:
– Pizzeria Mexicana słucham.
– Pizza numer dwadzieścia siedem gigant. Na adres Armii Krajowej 32/12.
– Zamówienie zostanie zrealizowane za około pół godziny. Dziękuje i zapraszam ponownie.
– Dziękuję.
Sama nie wiem dlaczego, ale zawsze parę godzin po tym, gdy wszelkie objawy kaca już miną, nabieram ogromnej ochoty na niezdrowe jedzenie. Usiadłam na łóżku, zabierając ze sobą kilka teczek oraz zeszyt ze swoimi notatkami. Na pierwszej stornie wypisałam wszystkie imiona dzieci znalezione w aktach – było ich czterdzieścioro czworo. Następnie wpisałam daty śmierci osób, o których wiedziałam, że już nie żyją. Kolejnym moim posunięciem było tłumaczenie wszystkiego, co było dla mnie niezrozumiałe, za pomocą internetowych translatorów. W efekcie dowiedziałam się, że spośród całej grupy dzieci objętych programem przy życiu pozostało zaledwie pięcioro. Do śmierci większości przyczynił się Obrońca, który, jak się dowiedziałam, nazywał się Kamil O., a zanim przybrał obecny pseudonim, nazywano go Rzeźnikiem z Littletown. Znałam również tożsamości pozostałej czwórki, jednak to akurat było zaledwie przystawką. Głównym daniem było połączenie morderstwa Lidii z osobą kryjącą się pod pseudonimem Xirs, a raczej z podpisem, jaki pozostawiała na miejscach zbrodni. Znakiem nieskończoności. Zastanawiałam się, czy nie pójść z tym wszystkim na policję, jednak niczym bohaterka durnego thrillera postanowiłam poczekać, a może nawet wziąć sprawy w swoje ręce. Nie byłam pewna, czego chcę ani tego, czy mi uwierzą. Z ponurych rozważań wyrwał mnie dostawca pizzy. Po posiłku położyłam się spać, czując niedosyt informacji oraz wiedząc, że nie mam jak ich uzupełnić.
Kolejne dni mijały mi, wlokąc się jak ślimaki. Po powrocie do pracy okazało się, że na miejsce mojej przyjaciółki zatrudniono Milenę T., kandydatkę, która bezskutecznie walczyła z nami o miejsce w redakcji. Tydzień po śmierci Lidii władze wyraziły zgodę na pogrzeb. Kiedy zasypano trumnę z jej ciałem, a żałobnicy powoli zaczęli opuszczać cmentarz, poczułam się dziwnie bezsilna. W końcu stałam sama nad świeżym grobem, smutno wpatrując się w piękne kwiaty złożone tam przez rodzinę, przyjaciół, znajomych. Z każdą chwilą czułam coraz większą pustkę, jakbym sukcesywnie oddalała się z tego świata. Ocknęłam się, słysząc cichy głos, który przez chwilę wydał mi się znajomy.
– Witaj, Adriano.
Jednak zaraz uświadomiłam sobie, że to przecież niemożliwe. Sebastian nie żył, a po głębszym zastanowieniu wypowiadane słowa wydały mi się również jakby zduszone. Powoli odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę w czarnym płaszczu z postawionym na sztorc kołnierzykiem. Na głowie miał głęboko wciśnięty kapelusz, a jego oczy skrywały się pod szkłami grubych okularów. Mógłby odgrywać postać prywatnego detektywa w jakimś filmie klasy B, gdyby nie fakt, że całą twarz skrywał pod bandażami.
– Dzień dobry – odparłam. – Przepraszam, czy my się znamy?
– Mieliśmy wspólnego znajomego... Przykra sprawa… – powiedział, przeciągając słowa, jakby się nad czymś zastanawiał – odejść w tak młodym wieku.
– Tak – odparłam.
– Pozwól, że się przedstawię. Jestem Obrońca – mówiąc to, wyciągnął w moją stronę rękę. Zesztywniałam zdumiona. Mężczyzna przez chwilę trzymał wyciągniętą w moim kierunku dłoń, w końcu jednak ją opuścił.
– Widzę, że cię zaskoczyłem.
Skinęłam , jednocześnie wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami.
– Widzisz, Adriano, miałem nadzieję, że nigdy do naszego spotkania nie dojdzie – kontynuował, a w jego głosie nie wyczułam nawet delikatnego wahania. – Niestety, Xirs nie pozwoliła na to. Teraz już niewiedza nie może cię chronić, więc postanowiłem poprosić cię o przysługę. Z tego co wiem niedługo w mieście odbędzie się wielka konferencja genetyków.
– Tak – odparłam cicho – za jakieś trzy tygodnie, wstępnie zostałam do niej przydzielona.
– To bardzo dobrze. Chciałbym, żebyś zrobiła zdjęcia kobiet, które będą tam prowadzić prezentacje – powiedział szeptem – a także, jeśli to możliwe, podczas wywiadu z każdą szepnęła: „Est modus”.
Nagle w jednym momencie ocknęłam się z bezsilnego wpatrywania się w obcego mężczyznę. Facet nie dość, że wydawał mi polecenia dotyczące tego, co mam dla niego zrobić, to nawet nie pokusił się o to, żeby mi wyjaśnić, dlaczego miałabym to dla niego zrobić. Już miałam otwierać usta, żeby wygarnąć mu, co o tym wszystkim myślę, gdy nagle podniósł dłoń w górę, jakby chciał mnie zatrzymać.
– Adriano – rzekł – wiem, że nic z tego nie rozumiesz, ale uwierz mi, to dla twojego dobra. Muszę znaleźć tę kobietę i położyć kres całemu przedsięwzięciu. Dzięki niej odnajdę pozostałych i wszystko to się skończy.
– To jest matka – szepnęłam, gdy zrozumiałam, kogo Obrońca poszukuje – a mówiąc „pozostali” masz na myśli ostatnich żyjących ludzi objętych tym chorym programem? Te cztery osoby?
Tym razem on zamilkł. Stał przez długą chwilę, wpatrując się we mnie. W końcu drgnął, delikatnie się prostując.
– Widzę, że zgłębiłaś już wszystko, co spisał Stefan.
– Nie było dużo tych notatek Sebastiana – mówiąc to, duży nacisk położyłam na imię.
– Niech będzie Sebastiana – powiedział cicho, a następnie spod płaszcza wyciągnął małą czerwoną książeczkę. – Tutaj masz jeszcze jedną rzecz napisaną przez Sebastiana. Powinno to wyjaśnić wszystko to, czego dziś nie mam czasu ci powiedzieć. Życzę miłej lektury i jeśli postanowisz mi pomóc, załóż na konferencję tę małą broszkę, którą dostałaś od Sebastiana. A tera żegnaj.
Nie czekając na moją odpowiedź, odwrócił się na pięcie i ruszył gdzieś w głąb cmentarza. Spojrzałam na trzymany w rękach przedmiot, a gdy się wyprostowałam, po Obrońcy nie było już śladu. Stałam przy grobie koleżanki jeszcze piętnaście minut, a następnie wróciłam do domu.
Nalałam sobie sporą porcję szkockiej i usiadłam na łóżku, otwierając pierwszą stronę książeczki. Miałam nadzieje, że będzie ona napisana w zrozumiałym dla mnie języku. Zapowiadała się długa, bezsenna noc...
{jcomments on}
Please wait...