Dziesięciogodzinna podróż pociągiem jest tym, czego nie cierpię chyba najbardziej w życiu. Jako kobieta sukcesu, z nadszarpniętymi nerwami, stresującymi sytuacjami w pracy, a zwłaszcza w życiu osobistym, postanowiłam przy okazji odbębnić małą chałturkę w postaci artykułu na ostatnią stronę do gazety. Czasami „kocham” mojego szefa, zwłaszcza gdy w prosty sposób organizuje sobie zapełnienie stron.
Jako że zbliżał się Dzień Książki Elektronicznej, szef zażądał opowieści o autorze „nieskalanym” wydawaniem prawdziwych książek. Sama nie wiem dlaczego, ale przypomniałam sobie o tym młodzieńcu, który pisał swego czasu do naszej gazety z pytaniem o wydanie jego książki jako dodatku do gazety. Zaciekawiło mnie, jak sobie poradził, więc pierwszym krokiem było wyszukanie informacji o nim oraz zdobycie tego, co udało mu się wydać. Zajęło mi to zaledwie pół godziny. Następnie, nie wgłębiając się w treść, skopiowałam wszystko do mojego podręcznego laptopa i czułam się dumna, że nie stracę czasu w podróży na bezmyślne gapienie się przez okno. Z tą myślą położyłam się spać.
Rankiem następnego dnia rozsiadłam się wygodnie w swoim przedziale. Już po pierwszych dwóch godzinach doszłam do wniosku, iż młody autor wpadł w pułapkę wirtualnych książek, jak to w myślach nazwałam. Pomimo tego, iż jego ostatnie prace wykazywały znaczy postęp zarówno na polu poprawnej polszczyzny, jak i stylu pisania, wciąż im czegoś brakowało. Godzinę przed dotarciem na miejsce zakończyłam pisanie artykułu, podkreślając aspekt problemów, które jeszcze autora czekają, nim w końcu jego dzieła zostaną wydane na papierze. Wykonując korektę tekstu, nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się na miejscu. Właśnie wtedy zaczęła się udręka. Abstrahując od trudności ze znalezieniem hotelu, dojechaniem do niego, odnalezieniem lokalizacji jutrzejszej konferencji, trafiłam dodatkowo na opryskliwego taksówkarza, który z wrednym uśmieszkiem chciał mnie naciąć na pięćdziesiąt złotych. Kiedy w końcu weszłam do swojego pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i rzuciłam się na łóżko. Sen przyszedł jak na zawołanie.
Konferencja zaczęła się z wielką pompą. Tak jak inni dziennikarze dostałam uroczą torebeczkę z mnóstwem broszurek, gadżetów oraz innych upominków dla zaproszonych gości. Następnie zaprezentowano nam uczestników – wybitne postacie świata nauki. W międzyczasie uważnie przysłuchiwałam się, notując wszystko, co wydało mi się interesujące, zarówno ze względu na swoją pracę, jak i sprawę, którą miałam rozwiązać. W pewnym momencie rozejrzałam się z ciekawością po auli. Zauważyłam, że pomieszczenie posiada balkon, na którym znajdują się osoby, będące prawdopodobnie reporterami z mniej znaczących gazet. Teraz siedząc wygodnie na środku sali, mimowolnie uśmiechnęłam się na wspomnienie szefa, dzięki któremu nie musiałam cisnąc się w tłumie ludzi na balkonie. Spojrzałam na notatki, odczytując to, co zapisałam: „Odbędzie się sześć prezentacji wybitnych naukowców w dziedzinie genetyki. Wszyscy to młodzi geniusze...” Zatrzymałam się nagle na słowie „młodzi”. Coś mi się nie zgadzało. „Przecież matka nie może być młoda” – pomyślałam. Właśnie wtedy dotarło do mnie, że żaden z ludzi prowadzących konferencje nie był dość wiekowy, by móc prowadzić tak stary projekt.
Nagle coś w mojej torbie z upominkami zaczęło wibrować. Szybko schyliłam się, żeby wyciągnąć ten przedmiot. W środku znalazłam telefon komórkowy, na którego wyświetlaczu widniał napis „Masz nową wiadomość”. Kliknęłam „Odbierz”. Na ekranie wyświetliła się treść SMS-a: „Czy zidentyfikowałaś matkę?” Nerwowo oblizałam wargi. Jeszcze raz bacznie prześledziłam wszystkie osoby siedzące na podwyższeniu. Każdy z naukowców miał dwie osoby towarzyszące, z którymi najprawdopodobniej prowadził swoje badania. Gdy miałam już zrezygnowana napisać, iż nie udało mi się jej zlokalizować, dostrzegłam ją. Stała jakby okryta cieniem radosnej, młodej dziewczyny. Jej smutne oblicze wydawało się zastanawiające, jednak intuicja podpowiadała mi, że to właśnie ona. Szybko wystukałam: „Tak”. Po wysłaniu SMS-a zaczęłam się uporczywie wpatrywać w aparat telefonu. Mijały minuty, a ja nie spuszczałam z niego wzroku. Nagle znów zadrżał i pomimo tego, że czekałam na wiadomość, mimowolnie podskoczyłam wystraszona. Drżącymi palcami odebrałam wiadomość. „W reklamówce masz urządzenie oznaczające. Wskaż mi ją promieniem”. Właśnie w tym momencie poczułam się jak w jednym z tych kryminalnych filmów klasy B, kiedy to głupiutka dziewczyna jest kierowana przez supertajnego agenta o nie do końca etycznym podejściu. Jednak pomimo tego odczucia postanowiłam dowiedzieć się więcej. „Po co? Gdy się spotkamy powiem ci, która to”. „Nie. Muszę wiedzieć teraz. Będę mógł szybko wdrożyć kolejne kroki, śledzić ją.” Ta odpowiedź usatysfakcjonowała mnie. Szybko poszperałam więc w torbie, wyciągając z wnętrza dość sprytne, małe, czarne urządzenie. Nacisnęłam jedyny przycisk na jego obudowie, a na swojej dłoni dostrzegłam małą czerwoną kropeczkę. Wzięłam głęboki wdech, serce biło mi coraz szybciej. Odpisałam mu szybko: „Patrz uważnie.” Zacisnęłam dłoń w pięść, przez chwilę wahając się, by zaraz posłusznie wykonać polecenie. Nakierowanie czerwonej kropki zajęło mi zaledwie chwilę, najtrudniejsze było odnalezienie znaku na ścianie za siedzącymi naukowcami. Następnie odczekałam około minuty i wyłączyłam urządzenie. Czułam się z siebie zadowolona, bezwiednie odprężyłam się, może nawet uśmiechnęłam. „Widziałeś?” Komórka zaraz odezwała się w odpowiedzi: „Tak, teraz ty się uważnie przyjrzyj”. Zaskoczyła mnie ta informacja, nie rozumiałam na co mam patrzeć. Z każdą mijającą sekundą zaczęłam się coraz bardziej denerwować. Czułam, że coś jest nie tak, choć nie potrafiłam powiedzieć co. Telefon znów zadzwonił, już miałam sięgnąć po niego by odebrać wiadomość, gdy nagle coś głośno huknęło, a głowa starej kobiety praktycznie zniknęła, obryzgując krwią wszystkich dookoła. Zapadła przerażająca cisza, która trwała najdłuższe trzy sekundy w moim życiu. Zaraz jednak wszystko gwałtownie przyśpieszyło. W potwornym wrzasku, jaki wydały z siebie przebywające na auli osoby, udało mi się zauważyć dwie podnoszące się postacie w ciemnych okularach. Wycelowawszy pistolety w stronę balkonu, błyskawicznie otworzyły ogień, który wywołał kolejną salwę wrzasków. Ktoś na balkonie zachwiał się, przechylił przez barierkę i runął w dół. Ludzie w panicznym popłochu rzucili się w kierunku wyjść. Niewiele myśląc, rzuciłam się w pogoń za znikającymi w tłumie napastnikami, lecz nim zdążyłam dopchać się do wyjścia, zniknęli mi z oczu.
Kolejne wydarzenia były już jakimś dziwnym schematem. Przesłuchania, chaotyczne pytania policji, zduszone rozmowy wystraszonych ludzi, zeznania. A w całym tym zgiełku byłam ja, reporterka Adriana czyhająca na sensację, spijająca soki z tragedii innych. Dopiero gdy wróciłam do hotelu i usiadłam skonana na łóżku, dotarło do mnie, co właściwie się stało. Postawiłam na szafce nocnej szklankę i butelkę wina. Miałam nieodpartą ochotę się upić. Zanim to jednak zrobiłam, wybrałam numer telefonu szefa. Po jednym sygnale usłyszałam przejęty głos mężczyzny:
– Adriana, wszystko w porządku?
– Tak – powiedziałam uspokajająco – nic mi nie jest. Właśnie wysyłam ci materiały dotyczące dzisiejszego wypadku. Mam nadzieje, że najświeższe informacje wysyłane na bieżąco odbierałeś od razu?
– Tak, bez problemu. Powiedz mi, czemu nie odpowiadałaś na telefony ani na SMS-y? Martwiliśmy się o ciebie...
– To byłaby jedynie strata czasu – stwierdziłam, a mój głos przybrał chłodny ton – poza tym, mogłaby mi umknąć jakaś nader istotna informacja, gdybym się rozpraszała.
– Może masz rację – odpowiedział.
W jego głosie usłyszałam dziwny smutek, jakby czegoś żałował. Delikatnie uśmiechnęłam się, mówiąc:
– Obszerniejszy artykuł przywiozę jutro, jak tylko to wszystko przemyślę.
– Dobrze. Wyśpij się.
– Do usłyszenia – rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź.
Nalałam sobie szklaneczkę i wzięłam z niej spory łyk. Gdy napój rozgrzewał moje gardło, z ironią uświadomiłam sobie, że jeśli dalej tak pójdzie, wpadnę w alkoholizm.
Pomimo prób pogodzenia się z tym, co dzisiaj się wydarzyło, nie przestawałam o tym myśleć. Matka została zastrzelona przez Obrońcę, a następnie on zginął z ręki osób, których nie zdołałam zidentyfikować. Najgorsze z tego wszystkiego było jednak to, że nawet nie zdążyłam zobaczyć kim był, nim zabrali jego ciało.
– Czy w ten sposób ma się zakończyć sprawa Sebastiana? – spytałam pusty pokój hotelowy. Odpowiedziała mi cisza. W całej tej sprawie była jeszcze jedna wątła szansa na rozwikłanie zagadki. Opierała się ona na założeniu, iż pozostali przy życiu wychowankowie eksperymentu nadal będą chcieli mnie zabić. Siedząc na łóżku uświadomiłam sobie, że jedyną szansą na znalezienie odpowiedzi, co tak naprawdę się kryje w przeszłości Sebastiana, jest sprowokowanie ich ataku. Westchnęłam z rezygnacją, wszystko wydało mi się nagle mętne, jakby było jedynie snem, nocną marą prześladującą mój zmęczony umysł, zatruwającą go. Przez chwilę wydawało mi się, że mój ukochany nadal żyje, że wszystkie te straszne wydarzenia nie miały miejsca, a ja czekam w swoim domu, siedząc na łóżku. Wiedziałam, że niedługo otworzą się drzwi mojej sypialni, a on wejdzie do środka, uśmiechnięty, czarujący, mój ideał mężczyzny. Podejdzie do mnie, pochyli się nade mną i czule pocałuje, a ja złapię go za szyję, pociągając na łóżko. Wtulając się w niego, będę szeptać mu do ucha, żeby mnie nigdy nie opuścił. Drgnęłam raptownie, nie wiedząc, co się dzieje, przez chwilę błądziłam wystraszonym wzrokiem po pokoju, nie rozpoznając miejsca, w którym nagle się znalazłam. Oddychałam szybko, nierówno. Z każdą chwilą coraz bardziej wpadałam w panikę. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech, by następnie powoli wypuścić powietrze z płuc. Spokojnie rozejrzałam się dookoła, unosząc delikatnie powieki, i uśmiechnęłam się sama do siebie. Byłam w pokoju hotelowym, a to, co mi się przed chwilą przyśniło, było jedynie snem, nierealnym pragnieniem, za którym podświadomie tęskniłam. Pochyliłam się, podnosząc szklankę, napełniłam ją, po czym upiłam pokaźny łyk.
– Twoje zdrowie, Sebastianie – szepnęłam, unosząc ją – gdziekolwiek i czymkolwiek jesteś, wciąż żyjesz w moim sercu.
Odpowiedziała mi przygnębiająca cisza.
{jcomments on}
Please wait...