A.D. 1266
Kopiec znajdował się kilkanaście minut pieszo od centrum miasta, a droga na niego prowadziła długo przez biedną część osady. Z wypalonych miejsc sterczały czarne kominy świadczące o tym, że kiedyś stała tutaj chałupa. Marta posuwała się szybko ku wzniesieniu, nie zwracając uwagi na zatrzaskujące się na jej widok drzwi i okna. Psy były już blisko, pogoń tuż za nimi. „Nareszcie koniec” – pomyślała, przeczuwając gdzieś w duszy, że to dopiero początek. Przeczuwała, póki jeszcze miała duszę. W małej fiolce w kieszeni trzymała wywar, który co jakiś czas zmieniał odcień, zawsze jednak pozostawał w półprzeźroczystej czerwieni.
Kiedy już pozostawiła za sobą ostatnie domostwa, zaczęła wspinać się na górę stromą ścieżką wijącą się wokół kopca. Kłębowisko chmur zebrało się nad wzniesieniem, a deszcz zacinał prosto w twarz. Gdy dotarła na szczyt, jej oczom ukazał się płaski kamień z czterech stron otoczony stożkowatymi głazami o ostrych krawędziach. Uklęknęła przy nim, wyjęła naczynko i ostrożnie wlała jego zawartość w otwór w skale. W jednej chwili ulewa ustała, a głosy i szczekanie psów umilkły. Zlana potem i deszczem, wydusiła z siebie tylko ciche „dheru Vir gar”. Trafiona piorunem padła na zimną skałę, a jej martwe członki wskazywały cztery strony świata.
Pościg był już naszczycie, ale psy skuliły ogony i zamarły z dala od Marty. „Za późno!” – wrzasnął człowiek, wysuwając się przed szereg przerażonych towarzyszy. „Za późno” – wyszeptał do bezwładnego ciała.
*
Samolot kilka razy podchodził do lądowania i kołował nad miastem. Mary nie czuła niepokoju, w końcu od dziecka częściej podróżowała w powietrzu niż w jakikolwiek inny sposób. Rodzice zabierali ją ze sobą wszędzie, gdzie aktualnie mieli pracę. Brak jednego miejsca, do którego mogłaby czuć się przywiązana, był dla niej czymś zupełnie oczywistym. Wraz z zetknięciem kół Airbusa z mokrą płytą lotniska w Balicach wszystko to miało się skończyć. Była to jej pierwsza świadoma i samodzielna decyzja. Chciała zostać gdzieś na dłużej, zadomowić się, mieć przyjaciół nie tylko przez Internet i nie drugim końcu świata, a najwyżej w innej dzielnicy. Padło na kraj i miasto urodzenia jej rodziców. Zająć miała też ich dawny dom na przedmieściach Krakowa. To znaczy w tej kwestii także postanowiła postawić na swoim i zamieszkać u przyjaciółki, z którą poznała podczas praktyk w Barcelonie. Kamienica w ścisłym centrum wydawała jej się znacznie ciekawszą opcją, gdyż zamierzała się nieco zabawić, zanim zacznie pracę. Ekscytujące myśli o nowym miejscu tak bardzo ją zajęły, że nie zauważyła, jak samolot usiadł na ziemi, a stewardesa zaprosiła pasażerów do wyjścia.
Milena czekała od godziny na lotnisku, gotowa odebrać koleżankę i należycie ją powitać. Miała ze sobą wielką kartkę z nasmarowanym „MARIa WELLMaN”, wieniec z obwarzanków i grzańca w piersiówce. Sama nie wie po co to wszystko, ale zawsze chciała kogoś powitać z wszelkimi honorami i obowiązkową kartką z nazwiskiem. Dziewczyny piły w taksówce i rozmawiały, jakby jeszcze przed chwilą wcale nie dzieliły ich tysiące kilometrów, a wcześniej prawie rok niewidzenia się. Droga zajęła sprytnemu taksówkarzowi zaledwie dwadzieścia minut, podczas których na szczęście nie odezwał się ani słowem. Mieszkanie przy ulicy Łobzowskiej znajdowało się na najwyższym piętrze pięciokondygnacyjnego modernistycznego budynku z wielkim tarasem wychodzącym na południe. Tuż pod nimi rozpościerały się czerwone dachy kompleksu klasztornego i przynależne doń ogrody.
– Ten budynek to trumna, dokładnie „trumna profesorska” – objaśniła Milena.
– Ładna nazwa – zaśmiała się Mary. – Ty ją wymyśliłaś?
– Nie, nie, tak jest naprawdę, stań kiedyś przed wejściem i popatrz w górę, najlepiej w wietrzny i mglisty dzień, istne Gotham City – odparła Milena.
– Skoro to noclegowania dla profesorów, to skąd masz to przytulne lokum? – zapytała, nie zauważając swojej wścibskości, i szerokim gestem wskazała prawie stumetrowy apartament.
– Po pierwsze, moja droga, nie zapominaj, że wykładam na uczelni…
– Jako asystentka – dokończyła za nią Mary.
– Może i tak, ale wiadomo: asystentka musi komuś asystować, rozumiesz? – uśmiechnęła się arogancko.
– Rozumiem, mam nie pytać dalej.
Milena była jednak już w kuchni i schylona nad lodówką wykrzykiwała pytanie:
– Zjesz coś przed wyjściem? – rzuciła z oddali.
– Nie, dziękuję, zjemy coś na mieście.
– Dobrze, bo i tak nic nie ma.
– To wszystkie twoje rzeczy? – Milena pokazała ze zdziwieniem dwie niewielkie torby na kółkach.
– O nie, moja droga, reszta przyleci za kilka dni. Będę musiała po nie pojechać. Pojedziesz ze mną?
– Jasne, od teraz jestem do twojej dyspozycji. Oczywiście póki się nie zaaklimatyzujesz.
– Kąpiel i idziemy, nie mogę się doczekać! – powiedziała podekscytowana Mary.
*
W tym samym czasie w Rewie szalał sztorm, zrywał gałęzie i rzucał doniczkami w okna okolicznych domów. Kto mógł, schował się i zamknął wszystkie zamki. Kapryśna wiosenna aura pokazywała na co ją stać i gdzie ma ludzką pracę i wysiłek włożony w przydomowe ogrody. Na wysuniętym w głąb zatoki cyplu siedziała Miłka ubrana od stóp do głów w gruby sztormiak. Siedziała i patrzyła w głąb szalejącego morza. Nie zaciskała zębów, nie mrużyła oczu, choć lodowaty deszcz ciął jej twarz i mroził dłonie. Nagle jej ciało, nie zmieniając pozycji, poddało się sile pędzącego wiatru. Na chwilę zawisła w powietrzu, a fala zalała półwysep i już go nie oddała. Zdążyła pomyśleć tylko: „To już nie te czasy, miotła nie jest potrzebna”. Uśmiechnęła się do otaczającej ją ciemności i znalazła się w swoim domu na Oksywiu.
*
– Zapraszamy do naszego klubu, pięćdziesiąt procent zniżki na każdego drinka, ogródek, a po dwudziestej trzeciej najlepszy didżej w mieście! – nawoływali uliczni akwizytorzy.
Dziewczyny brnęły między piątkowym tłumem ze ściśle obranym celem. Klub Possessed znajdował się na końcu ulicy w bramie na rogu, przylegając murem ogródka do kościoła. Wyglądało to nawet tak, jakby był on jego częścią. Wybrały stolik i zamówiły kolację, wszak było po dwudziestej drugiej i należało coś zjeść przed pójściem na parkiet. Impreza odbywała się w podziemiach, a zejście nijak nie korespondowało z lekko odnowioną fasadą dziewiętnastowiecznej kamienicy. Za pierwszym stylizowanym łukiem, schodziły się w dole ostre, szaro–czerwone sześciany. Odpowiednio podświetlone dawały wrażenie połączonych w jedno ze stopniami schodów. Korytarz kończył się przeszkolonymi drzwiami bez klamki. Wystarczyło delikatnie pchnąć, aby uwolnić ogłuszający bas didżejskiego setu. Szybko znalazły się przy barze i przepuszczane przez uprzejmych nieznajomych złożyły zamówienie. – Butelkę czystej – zawołała Milena, a tłum uprzejmych nieznajomych zafalował z wrażenia. Mary też nieco się cofnęła. – Tutaj nalać dwa, a reszta do stolika! – wydała rozkaz. – No co! – krzyczała w najlepsze Milena – po Polsku będziemy się bawić, musimy cię w końcu jakoś przywitać.
Zgarnęły butelkę i szkło z lady i skocznym krokiem udały się na strategicznie obrane miejsca. W obszernej loży siedział jednak jakiś facet. Milena niezrażona gościem szybko rozpoznała co to za jeden i pobiegła się witać. Ku jej zaskoczeniu gość wstał i bez słowa powitania wygarną jej:
– Dlaczego nie byłaś na ostatnim spotkaniu? – syczał. – Miałaś przedstawić swój skrypt! Nie będziemy tol…
– No już dobrze, miałam kilka spraw, musiałam… – weszła mu w słowo Milena. Tłumaczyła się z promiennym uśmiechem, ale widać było, że jest tak samo zaskoczona chłodnym przywitaniem jak Mary. – Właśnie, to jest Mary, koleżanka ze studiów, przyjechała do pracy i będzie u mnie przez jakiś czas.
– U mnie – poprawiał ją mężczyzna, jednocześnie podając Mary pięknym gestem dłoń. – Daniel, miło mi – zamruczał. Nie zauważyła nawet chwili, kiedy zmienił się w nad wyraz miłego, a do tego przystojnego mężczyznę.
– Bawisz się z nami? Wpadłyśmy potańczyć – powiedziała Mary.
– Przepraszam, ale tylko czekam na znajomego, za chwilę będę musiał wyjść. Ale dobrze, że jesteście, bo muszę podzielić się z kimś wspaniałą wiadomością. Dostałem pracę na uniwersytecie w Oksfordzie, dwuletni kontrakt z możliwością przedłużenia. Mamy prowadzić badania, o których ci mówiłem – ostatnie słowa skierował tylko w stronę Mileny.
– Ja przecież nie mogę wyjechać, dopiero zaczęłam – zajęczała Milena, ale zorientowała się, że to nie czas i miejsce na robienie scen, poza tym nic takiego ich nie łączy.
– Możesz mieszkać tam gdzie mieszkasz, nie przeszkadza mi to – odpowiedział, spojrzał na zegarek i patrząc groźnie w oczy Mileny, dodał: – Penthouse w hotelu, macie być wszystkie! – Po czym w ułamku sekundy posłał Mary najpiękniejszy uśmiech, jaki dotąd widziała, i poszedł.
– To on? – zapytała Mary. – Myślałam, że to będzie jakiś dziad, nic nie pisałaś, że jest taki mmm… – zaśmiała się i połknęła kolejną dawkę zmrożonej wódki, czując już doskonale efekty działania pierwszego kieliszka.
– No onnn – Milena wydała z siebie z trudem ten dźwięk.
– Dobra, wstawaj, pora odnaleźć nowego profesora – zaprosiła Milena, rozglądając się po sali.
Danceflor zapełnił się szczelnie, a one zwinnie wkręciły się w zabawę. Pod stopami zionęła potężna jama, będąca doskonale podświetlonym, trójwymiarowym malowidłem, przykrytym tylko szklaną podłogą. Zapadły się w sam środek otchłani. Dalej poszło już sprawnie, nie obeszło się bez wijących się po podłodzie ciał i dwuznacznym ocieraniu, tłum uprzejmych nieznajomych nie pozostał obojętny i zajął swoje punkty strategiczne. Impreza popłynęła w dobrze znanym kierunku. Świat Mary kręcił się za szybko, nieznana siła pochyliła miasto jak silny podmuch wiatru pochyla trawy. W tę samą stronę skrzywiło im się postrzeganie. Milena wodziła zdezelowanym spojrzeniem w poszukiwaniu kolejnych rozrywek. A Mary? Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, iż Mary nie widziała nic.
*
Ostry hałas przeszył sen jak lodowaty sopel. Mary była pewna, że otworzyła oczy. Schowała pod koc sztywną rękę, którą przed chwilą strąciła na podłogę szklankę z wodą, i chciała przewracać się na drugi bok, ale powstrzymał ją dotkliwy ból całej prawej strony ciała. To rozbudziło ją na dobre.
– O jak dobrze, że żyjesz! Nalałam ci wodę z cytryną, jak zauważyłaś – krzyczała Milena, nie wiadomo skąd.
– Uhhm…
– Teraz to możesz sobie zjeść cytrynę z podłogi – naśmiewała się z koleżanki.
– Daj mi spokój – mamrotała Mary.
– Dziś to daj spokój, a wczoraj byś nie pogardziła – powiedziała Milena, wybitnie dumna ze swojego dowcipu. – Wskakuj pod prysznic! – dodała, wychodząc z łazienki.
Mijając ją, Maria poczuła jak wielka bariera zapachowa aktualnie je dzieli i posłusznie udała się pod wodę. Oparła obie ręce na ścianie i odkręciła kran. Woda spływała błyskawicznie, jakby nie chciała mieć do czynieni z jej lepkim ciałem, i uciekała, kręcąc się przy odpływie. Całe sitko i jego okolice były upaprane czymś brunatnym.
„Krew" – pomyślała, i wcale ją to nie zaskoczyło. Po krótkiej obdukcji nie zlokalizowała jednak źródła ubytku żadnego ze swoich płynów i ostatecznie doszła do wniosku, że to nie jej. „Milena jak widać też poszalała" – pomyślała i postanowiła zemścić się trochę, jak tylko wyjdzie. Kiedy opuściła łazienkę, w mieszkaniu nie było nikogo, a ekspres właśnie oznajmił najlepszą wiadomość tego ranka. Obiecała sobie, że dziś nie podejmie się żadnych absorbujących zajęć.
Dojrzała do zjedzenia śniadania i wyszła z nim na taras. Miasto było już na półmetku standardowej dniówki, lecz póki co nic ją to nie obchodziło. Radio mieliło żenujące przeboje, ale jako tło ostatecznie mogło zostać. Sielankę nieśmiało przerwał ciepły, długi dźwięk dzwonka, o dziwo doskonale słyszalny na balkonie. Mary podeszła do drzwi i bez zastanowienia pociągnęła klamkę, bezsensownie pytając: „Kto tam?” Sama nie wiedziała, kogo się spodziewać, jednak to, co zobaczyła, okazało się przynajmniej bardzo oryginalne. Oto przed drzwiami stała, choć stała to złe stwierdzenie, bo natychmiast zaczęła pakować się do środka, dziewczyna w jej wieku, o słodkiej buzi i blond włoskach. U jej stóp siedział w posągowej pozie ogromny biały kot. Zwierzę było na smyczy, lecz nie paliło się do spacerów. Pociągnięte kilka razy zaparło się łapami i czekało aż zostanie wniesione.
– Cześć, jestem Miłka, jestem znad morza, przejechałam kawał drogi polskim pociągiem, jestem brudna, spocona, lepka i głodna. I śmierdzę. Zatem bardzo cię przepraszam, ale wskakuję do łazienki. To nie jest podróż dla kobiety z kotem, to na pewno nie jest podróż dla kota. Ty pewnie jesteś Maria. To jest kot, kot nazywa się jest Pan Horx. Panie Horxie, przywitaj się.
– No witam – powiedziało zwierzę, niechętnie otwierając pysk.
Maria nie zdążyła nic powiedzieć, padła na ziemię jak długa, trafiając dokładnie między wieszak i szafkę na buty.
„Drugie zejście w ciągu dwudziestu czterech godzin to stanowczo za wiele” – pomyślała Mary, gładząc wielkiego guza z tyłu głowy. Nad nią siedziała Miłka, z dobrotliwą miną trzymając w ręce worek z lodem. Po kocie nie było śladu.
– Cześć, ty jesteś Mary tak? Milena nie mówiła nic, że przyjadę? – pytała bezpośrednio Miłka.
– Przepraszam, zrobiło mi się słabo, byłyśmy wczoraj na mieście, wiesz… – tłumaczyła się Mary.
– Wiem, ale zrobiło ci się słabo, bo zobaczyłaś gadającego kota. Przemyślałam to i jestem w stanie to zrozumieć – podkreśliła nowa znajoma.
Dla odmiany Marii zrobiło się gorąco. Ponownie dawka informacji zgromadzonych w jednym zdaniu zupełnie ją przerosła.
– Kot, przyjechałaś z kotem – próbowała uporządkować myśli. Gdzie on jest?
– Pewnie w drugim pokoju, potrzebował spokoju, zapewne się modli.
– Co robi! – zerwała się z kanapy Mary.
– Odkąd nauczył się mówić i korzystać z komputera, wyszukał sobie jakieś strony o starożytnym Egipcie. Tam jest dużo o kotach i uznał, że to religia dla niego. Odtąd zaczął modlić się do bogini Bastet, a czasem do Mafdet. Muszę jednak wytłumaczyć mu, że Mafdet to pogromczyni węży, a w mojej, i twojej też, religii, wąż jest stworzeniem jak najbardziej pożądanym. Pewnie mu to minie, po prostu dorasta, poszukuje.
Mary słuchała z oczami jak spodki, trzymając się fotela, zmieniała kolory na twarzy.
– Ale jak to – jęknęła Mary.
W tym momencie trzasnęły drzwi, a od strony sypialni nadszedł dostojny kot na grubych łapach.
– Witam, drogie Panie – powiedział ciężkim basem.
– Panny! – zestrofowała go Miłka.
– Panny. Panno Mario, czy zechce panna, dla przełamania pierwszych lodów, odbyć ze mną partyjkę domina? – zapytało szarmancko zwierzę.
– Wybacz uczyłam go według starych zaklęć, stąd ten niedzisiejszy savoir-vivre –powiedziała Miłka.
– Nie przeszkadzaj, proszę – odparł kot.
– OK, zostawiam was samych.
– Nieee – jęknęła Mary, tym razem tak, jakby błagała o pomoc, ze świadomością, że ta i tak nie nadejdzie. Jednak Miłki już nie było.
– To co, partyjka? – zagaił z uśmiechem Pan Horx.
*
Kiedy Milena wróciła, zastała dość niekonwencjonalny widok. Mary i Pan Horx siedzieli przy niskim stoliku nad rozsypanymi kostkami domina. Sądząc po ilości zmagazynowanych po stornie dziewczyny klocków, kot wygrywał. Sądząc po minie jej, wygrywał nie pierwszy raz. – O! Widzę, że już wszystko wiesz – powiedziała nieco rozzłoszczona. – Gdzie ta pinda! Gdzie jest Miłka! Miałyśmy cię jakoś do tego przygotować, a ona wszystko zepsuła! – krzyczała Milena.
– Co się tak drzesz, nie widzisz, że próbujemy tutaj przełamać barierę międzygatunkową? – powiedziała Miłka i od razu rzuciły się sobie w ramiona. – Piękne powitanie, nie ma co! – dodała.
– Pięknie wszystko spieprzyłaś, nie ma co – odgryzła się Milena.
Spojrzały na Mary i Horxa. Przy stoliku nic się nie zmieniało. Mary nawet nie podniosła głowy, wpatrywała się raz w domino, raz w zniewalająco zielone kocie oczy.
*
– Zatem jesteście czarownicami. Rozumiem – powiedziała Mary, choć naprawdę nic nie rozumiała.
– Jesteśmy – poprawiła ją Miłka.
Wyszły z domu wszystkie trzy, razem z Panem Horxem na rękach.
– Dziś jest spotkanie, zlot, sabat, nazwij to jak chcesz. W każdym razie musimy zobaczyć się z Danielem i omówić plan działania, on też wyjaśni ci, co ma się wydarzyć – tłumaczyła Milena.
Mary kiwała głową, ale ciągle jeszcze czuła się jakby szła po prostu na kolejną imprezę, jakby nic się nie stało, a cała ta maskarada z gadającym kotem to tylko… no właśnie, tutaj jej pogląd się załamywał. Nadprzyrodzone wydawało się jej też to, jakim cudem trzy kobiety zdołały się tak szybko wybrać na miasto. Minęły budkę strażnika i szlaban chroniący wjazdu na teren luksusowego hotelu, wkomponowanego między kamienice Starego Miasta. Bryła budynku była czymś tak brzydkim, iż to, że tutaj stoi, chyba naprawdę wymagało zaprzedania duszy diabłu. Milena uśmiechnęła się porozumiewawczo do kolejnego strażnika i przeszły dalej. Tym razem podróż miała odbywać się w górę.
Specjalna winda zawiozła je na dach hotelu, a u szczytu czekał już Daniel. Przestronny, oszklony penthaouse miał widok na dwa kopce i Wawel. Na szybach naniesione były różne znaki z opisami, prawdopodobnie po łacinie. Każdy z obiektów miał przypisany inny znak i ciąg liter oraz cyfr, także takich zupełnie nieznanych. Na niektórych można było rozpoznać, że wskazują kierunki świata, inne przypominały zniekształcone symbole religijnie. Jako że robiło się coraz ciemniej, napisy i rysunki zaczynały świecić na czerwono. Reszta pomieszczenia wyglądała względnie normalnie, poza tym, że dość kiczowato.
– Witam – powiedział oschle Daniel, jakby rzeczywiście było to poważne spotkanie służbowe. – Siadajcie, nie mamy czasu, mam jeszcze wiele do załatwienia w związku z moim wyjazdem. Przed wami też masa roboty.
Dziewczyny usiadły bez słowa, zaskoczone, że nie dostaną nawet nic do picia. Każda zajęła swój fotel, Pan Horx niepocieszony pozostał na podłodze.
– Miłka, po co targasz tego kota ze sobą. Nie jest nam do niczego potrzebny – Daniel użył złośliwości.
– Czarownice mają koty, nie wiesz o tym? Tak jest i już, nie mów w ten sposób, bo Pan Horx wszystko słyszy i za chwilę wydrapie ci oczy.
Daniel zaśmiał się, a jego białka w ułamku sekundy zrobiły się metalicznie czerwone.
– Nie ma problemu, i tak mało ich używam. Wzrok to bardzo prymitywny sposób poznania. Pan Horx nastroszył futro, ale nie wydusił z siebie ani słowa. Mary zdrętwiała.
– Zatem jak wiecie, a ty Mary właśnie teraz się dowiesz, pozostały nam trzy dni do wiosennego przesilenia, kiedy słońce będzie wschodzić dokładnie nad kopcem Wandy. Mamy informacje, że wszystkie trójki z pozostałych krajów są już gotowe. U nas wszystko się opóźniło, bo musieliśmy czekać na Mary. Rodzice wywieźli cię dostatecznie daleko, tak, że nawet Organizacji trudno było cię namierzyć i ściągnąć. Teraz już wiesz, jesteś z nami i musisz zostać naszym przewodnikiem.
– Co? – krzyknęła Mary i zerwała się z fotela. – Co mam zrobić? Co wiesz o moich rodzicach? Gdzie tu jest wyjście?!
Mary rzuciła się w stronę windy, jednak nie znalazła żadnego przycisku, który mógłby ją przywołać. Zaczęła miotać się po pomieszczeniu, prawdopodobnie dopiero teraz dotarło do niej, co się dzieje. Drapiąc długimi paznokciami posadzkę, z niezwykłą siła została usadzona powrotem na fotel. Daniel opuścił i strzepnął dłoń.
– Nie uciekaj, nie masz dokąd. Jesteś przecież jedną z nas – przemówił zmienionym głosem.
Symbole na szybach zaświeciły krwistą czerwienią, Daniel ponownie wyciągnął otwartą dłoń, a Mary wylądowała na podłodze, dokładnie w punkcie oznaczonym symbolem przypominającym niezliczone ilości splątanych trójkątów. Daniel, Milena i Miłka wyciągnęli ręce przed siebie i zaczęli rysować nimi w powietrzu także kształt trójkąta. Mary słyszała tylko długi pisk w uszach, podobny do tego, kiedy zaskoczy człowieka jakiś intensywny, niespodziewany dźwięk eksplozji. Obraz przed oczami poszarpany był na setki klatek, a błyski z niewidocznego źródła przeplatały się z kolorem napisów na szybach. Kiedy to ustało, myśli miała jasne i proste, radość przepełniała jej wnętrze, jednak poruszenie się z miejsca nie było możliwe. Chciała biec, nie uciekać, chciała stąd wyjść, ale nie po to, by nigdy nie wrócić. Przepełniała ją moc, jak wtedy, kiedy była małą dziewczynką, widziała budzącą się wiosnę, a cały świat należał do niej. W tym przypadku akurat, z tą przynależnością nie było wielkiej przesady.
– To wszystko – powiedział Daniel, a pokój wypełnił się naturalnym światłem słonecznym.
Był ranek.
*
– Kolejna utrata przytomności od przyjazdu do Krakowa, co za miasto! – powiedziała z uśmiechem Mary i ruszyła w stronę drzwi. – Idziecie? – zapytała, a zdezorientowane jej zachowaniem koleżanki poszły za nią.
– Bądźcie gotowe, dzień jest bliski – zawołał za nimi Daniel i wręczył Miłce małą buteleczkę. – Ależ wy wyglądacie, ugh! – dodała w windzie Mary.
Lustra w niej zamontowane nie dawały się oszukać. Milena i Miłka wyglądały jak prawdziwe czarownice: potargane, z podkowami pod oczami, rozmazanym makijażem i bladą skórą.
– Weźmy taksówkę – powiedziała Miłka, a Pan Horx przytaknął.
Kolejny dzień minął na trzymaniu Mary w mieszkaniu, aby nie pokazywała się ludziom. Okres adaptacji, który po inicjacji na czarownicę musi trwać do dwóch miesięcy, tutaj został niebezpiecznie skrócony do kilku dni. Czarownica mogła być wtedy nieprzewidywalna i nieświadoma swoich mocy, które mimo że w środowisku były raczej marne, to w śmiertelnikach mogły wywołać niebezpieczne skutki uboczne. Dlatego dziewczyny pilnowały Mary przez całą dobę. Wyjaśniły jej też, dokąd się wybierają i jaką mają misję do spełnienia. Świadomie jednak, nie powiedziały jej wszystkiego.
Miłka była chyba najbardziej obeznana z tematem, choć sama przyznała że i ona nie wie co tak do końca ma się wydarzyć.
– Drugiego maja o wschodzie słońca pójdziemy na Kopiec Krakusa. To miejsce od lat oblegane jest przez turystów i wielbicieli tajemnic z pogranicza astrologii i magii, jednak dla nich została wymyślona błędna data, dokładnie po to, abyśmy mogły spełnić nasze zadanie. Zatem z samego rana pójdziemy na szczyt i ty nas tam zaprowadzisz.
– Jasne! Skąd mam wiedzieć, gdzie to jest? – zapytała mądrze Mary.
– Tego dnia, kiedy się obudzisz, będziesz już wiedziała. Będziesz również wiedziała dokładnie, co masz robić, nie opieraj się mocy, która cię poprowadzi, choć możesz mieć takie pokusy. Twoje doskonałe samopoczucie minie, a ciągnięta przez niewidzialną siłę będziesz targana wątpliwościami. Mówię ci to, choć nie powinnam. Nie możesz jednak zawieść, jesteś… hmm… gwiazdą tego wydarzenia.
– Fajnie! – powiedziała Mary, co świadczyło tylko o tym, że naprawdę jest z nią coś nie tak. Milena załamała ręce.
– Mary – zwróciła się do niej Milena. – Jesteś jedną z pięciu czarownic, które otworzą bramę. Dzięki tobie Pierwsza Matka zwana Srihfgg zejdzie do nas i poprowadzi nas do zwycięstwa, do panowania nad światem. Musisz tylko otworzyć Bramę Czarownic.
– OK – powiedziała znudzona Mary. Jasne było, że niewiele rozumie.
*
Noc niepostrzeżenie przechodziła w dzień, czarne niebo przeradzało się w ledwie szarą taflę. Nie zanosiło się na przyjemną, wiosenną pogodę. Dziewczyny szły jedna za drugą po wąskiej ścieżce oplatającej kopiec. Za sobą zostawiły śpiące jeszcze miasto pokryte brudną mgłą. Mary nie była już pełna energii. Szła pierwsza, prowadzona jakimś instynktem, lecz wewnątrz panicznie się bała, potykała się o kamienie, zataczała jakby ze zmęczenia. Trudno było oszacować czas, bowiem ani jeden promyk nie przebijał się przez gęste chmury. Na domiar złego zaczęło padać. Pan Horx, na swoje szczęście, pozostał w domu, wiedział, że jeśli zechce, może swą kocią duszą przenieść się w dowolne miejsce. Zatem był też i tutaj.
Gdy dotarły na szczyt wzgórza, Mary odwróciła się i nagle puściła się ścieżką w dół. Twarz miała wykrzywioną z przerażenia. Milena i Miłka złapały ją w porę i pociągnęły w kierunku wytartego głazu leżącego w centralnym punkcie wzniesienia. Rzuciły ją brutalnie na kamień, a Miłka wlała zawartość butelki, którą dostała od Daniela, do otworu w skale. Rozpoczynał się długo oczekiwany przez czarownice dzień. Dzień otwarcia Bramy. Mary szarpała się, lecz dziewczyny z całych sił przyciskały ją do ziemi. Nagle przestała, a one stanęły nad nią i w podobny sposób zaczęły kreślić trójkąty. Ich pierwsze słowa zlały się z potężnym grzmotem. Następne brzmiały: „dheru Vir gar merg a Srihfgg”. Mary pojęła, do czego ma służyć w tym obrzędzie. Gdy pozostałe czarownice były pogrążone w zaklęciach, zerwała się w ostatniej chwili z zimnego ołtarza. Piorun spadający wprost z wiszącej nad nimi brunatnej chmury, uderzył w kamień rozsypując grad iskier. Puste miejsce zalane było cennym fioletowym płynem. Mary stoczyła się na sam dół kopca. Stamtąd miała tylko jedną drogę ucieczki. Natychmiast z niej skorzystała.
{jcomments on}
Please wait...