Brama odpowiedziała stalą, jedynie łańcuch od kłódki zagrzechotał cicho na nasze potrząsanie metalowymi prętami.
Tuż obok przejeżdżał samochód z techno na pokładzie, dudnienie zakłóciło podniosłość chwili, patrzyliśmy wkurwieni na groby uciekające nam spod zasięgu rąk na jakieś dwa tygodnie, bo wcześniej na pewno nie będziemy w humorze do takich odwiedzin. A może u któregoś z nas obudzi się to wcześniej, nagle w środku nocy będzie musiał lecieć na cmentarz w piżamie w misie lub jednorożce? Nie zrobiliśmy głupkowatych min imitujących myślenie, dlatego wizja metalowego pręta wbitego w jelita była wystarczająca do porzucenia myśli o skakaniu przez płot. Zmartwychwstały ptaszek ćwierkał na cmentarnym drzewie, gdy odchodziliśmy w stronę Kazimierza. Coś zawisło między nami w powietrzu, ten rodzaj głodu, który przychodzi w nocy, głód choć minimalnej poświaty, ale my zasypialiśmy już powoli na obszczanym murku. Nad żydowską dzielnicą świecił arabski półksiężyc. Brama zaczęła rdzewieć w jego skroplonym świetle, jeszcze głębiej wbiliśmy palce w powieki.
{jcomments on}
Please wait...