|
( z cyklu „Spotkana z melancholią” )
Za oknem rozsiadła się melancholia w zieleni bluszczu, Chmurny deszcz gra "Symfonię pastoralną" na szybach. W kącie pies – ten co na cmentarzu - ziewa witając się wnika w mrok pokoju.
Widzę cię w dryfujących myślach, w nienabożnym różańcu słów, które są w drodze między mózgiem a czasem przyszłym, powoli wypływasz z przystani cienia.
Obcisłe ubranie wrasta granatem w kształty i szczegóły. Z jaśniejących włosów spadają iskry wprost w źrenice. Ostry grymas ust zapomniał uśmiechu. Wypełniasz całą przestrzeń.
Kamienieje czas zamknięty w grzechu. Czuję cię łykiem śliny, haustem powietrza, stróżką potu podążającą z czoła.
Mózg szelestem, niczym piasek w ostatnim geście. Jeszcze te ryby inne i każda żyje w odrębnej ręce. Każesz wybierać. Jak to uczynić? Pochowałaś w skarbony twoje myśli. Jestem jak osioł pomiędzy owsem a sianem.
Wyciągam los. Obydwie ręce szukają wyjścia. Wtedy twój śmiech eksploduje szyderstwem. Kakofonia dźwięków burzy całe konstelacje marzeń.
W kosmicznym wirze wypełniam przestrzeń, już jest coraz bliżej do lodem spotniałego ciała i dębowych desek pod plecami.
|