Szaro jest wokół, zostałam sama. Leżę na czarnej, aksamitnej otomanie.
Czytam...Vincent znowu oszalał. Szmaragdowym spojrzeniem zamienił świat
w artystyczną wibrację cząsteczek. Czas jest dla niego bezwzględny.
Rozczulam się. Kładę dłonie na książce. Zasypiam.
Prowansalskie cyprysy dają błogosławiony cien. Cień ogarnia mnie całą.
W oddali szpital. Prowadzi do niego polna droga. Widzę buty Vincenta
rzucone przed progiem. Dzwonię... Na biało ubrana zakonnica podchodzi
do okienka. Wskazuje mi drogę do Vincenta. Wchodzę po chwili do pokoju
i podaję mu rękę nostalgicznie uśmiechnięta.
– Nie po raz pierwszy – mówi, dotykajac rdzawej brody – nie wiadomo dlaczego,
opętały mnie demonów szeregi. Wstydzę się... Jeden stan przechodzi
w drugi.
– Czy jesteś moją fatamorganą na błędnej pustyni?
Zostawiam go bez odpowiedzi. Kto wie, co jest prawdziwe, a co jest marą.
Po chwili wszystko rozpływa się bez umiaru.
Śpię długo. W łanach złotych zbóż znów widzę Vincenta,
czarne kruki fruwają nad nim. Siedzi na dachach moich zdarzeń,
składa dłonie na piersiach i modli się śpiewnie. Jestem szczęśliwa, czuję
potęgę swoich jasnych zmysłów.
{jcomments on}
Please wait...