Widzisz, jest takim, że nie mając nadziei, umiera czas, taki który był dla nas cichością naszych śmiechów, wesołym, zalotnym szeptem, ale był – teraz został już mgłą zasnuty, melancholijny wątek, taka alejka w życiu parkowego westchnienia... Czy byłem? Widziałaś tylko poświatę bytności jakiejś materii, ja musiałem umrzeć, bo nie było tyle miejsca dla takiej miłości dziwnej...
Powiesz: nie tak, to nie tak... a ja mówię: miłość nie jest racjonalna, ona pojawia się w miejscach, gdzie być jej nie powinno i staje się przyczyną tworzenia poprzez cierpienie nieposiadania, nawet nie wiem, jaki mają smak Twoje usta, a kocham sam dźwięk Twojego głosu... i co? Niczym staje się kwilenie, niczym jest żal i brak ciepła Twojej dłoni, niczym czekanie na coś, co jest gdzieś, ale jest tylko równolegle, jest beze mnie, a ja bez Ciebie, jak linia, kiedy serce zamilknie...
Szukałem takiej siły, takiej może tabletki, którą zażywszy, się ma to i tą, którą tylko marzeniem ogarniają zmysły, ale nie ma takich mocy, nie ma sił, które pozwalają dążeniom ożywać, to tylko mrzonki...
Poczułem Twój powój, którym obrosło moje czekanie, czekanie na inny wymiar, na coś, co zagubi nas w płaszczyźnie wspólnej, choćby chwilowej bytności. Gdzie jest taki wymiar? Gdzie?
Szukałem takiej siły, takiej może tabletki, którą zażywszy, się ma to i tą, którą tylko marzeniem ogarniają zmysły, ale nie ma takich mocy, nie ma sił, które pozwalają dążeniom ożywać, to tylko mrzonki...
Poczułem Twój powój, którym obrosło moje czekanie, czekanie na inny wymiar, na coś, co zagubi nas w płaszczyźnie wspólnej, choćby chwilowej bytności. Gdzie jest taki wymiar? Gdzie?
Jeśli położę kiedyś głowę na Twoim cieple
pogłaskaniem odjadę do ciszy Twojej
jeśli oczy moje stopy Twe obmyją
ożyję i żyć będę dla takiej chwili...
Jeśli dłonią rozgarniesz me smutki
głaszcząc skroń przestrzeloną życiem
duszą namiot zgubienia okryjesz
żyjąc ze mną nad koralową rafą – usłyszysz...
Ja snu tkaniem dla piękna
suknię ślubna szyję Tobie kochana
nim fastrygi rękawy udane...
ze skóry cierpieniem, obejdą kolana...
Kolor jest dziwnym czasu uśnięciem
w przemianie wskazówek odwróconej drogi
bo dążę do Ciebie kochana
choć dla rozsądku nie idą tam nogi...
Umieram więc nie tracąc Ciebie
zapadają się oczy błyszczące
rzęsami wiatr osusza kaczeńce
na życia podmokłej żalem łące...
I tedy wiemy razem wespół...
smutku sprzedawcy nieznani
nigdy świat takim jak ja nie pozwoli
zaczynać wszystkiego bez przyczyny i skutku...
Osuszam oszukane westchnienia, których pożegnań ilustracje malują, takie sine oczy ze zmęczenia, oczy, które powinny być Ciebie blisko...
Serce już krwią łzy roni, komór walenie szalone, jest jak koni dudnienie po drodze, po czasie – zamyślonym...
Ręce drą szaty znoju, targają czuprynę niemocy i czekasz Ty, i ja czekam, kiedy starość tę niemoc zaskoczy...
Nic nie zabliźni czekania na próżno...
Serce już krwią łzy roni, komór walenie szalone, jest jak koni dudnienie po drodze, po czasie – zamyślonym...
Ręce drą szaty znoju, targają czuprynę niemocy i czekasz Ty, i ja czekam, kiedy starość tę niemoc zaskoczy...
Nic nie zabliźni czekania na próżno...
{jcomments on}
Please wait...