Chyba nie wiem…
Kiedyś mój Anioł zasnął, głowę odwrócił ode mnie, smutkiem podparłem czoło, lecz czekałem nadaremnie… Długim snem go obdarzył Stwórca życia mojego i czekałbym tak nadal, lecz serce nie chciało tego… Wstałem i drogą długą iść me nogi zaczęły, szedłem ze spuszczoną głową, bo oczy wstydem płonęły. Dróg tysiąc i mostów wiele, kamasze moje, co stopy niosły, nie bacząc na to, co się dzieje, szedłem myślą radosny… Obudzić mego Anioła, ustami tchnie dać żywe, abyśmy razem w tym niebie, byli dla siebie żywi. Wzlotem rąk jak powiewem, ramion uskrzydleń wspólnych; tak, Aniele, biegłem do Ciebie, jak biegną dni złudne. Doszedłem drogi szukaniem do miejsca snu Twego, Miła, i tak Cię całowałem, aż znowu cała ożyłaś…
Oto jest paradoks życia, kolej odjazdu miłości, bo jaki wspólny mianownik mają dwie sprzeczności? Kochaniem czarować marzenie, stóp podnoszenia w biegu, jak odnajdę, Aniele, Ciebie, jeśli nie mam śladu żadnego?
Snu oczy otwarte, na niebie szafiru gwiezdności, jaki Bóg jest Czarodziej, dając nam prawo do miłości… Jak ON te mapy niebios – lampionów gwiezdnych zagadkę – bez atlasu żadnego obdarzył nas ich światłem?! Ile westchnień do góry, oczu pragnieniem przestworzy, miliony ludzi przed nami, kochając pragnęło tworzyć? Jesteśmy tacy mali, ja mniejszy jeszcze; powiedz, mój Ty Aniele, kiedy obudzisz się wreszcie? Kochać to jest przekleństwo – mocy piorunem rażenia – bo jeśli kochamy kogoś, czy inna miłość szans już nie ma? Po co myśli mam w głowie, po co słowa mi tańczą, czy może Anioł mi powie, dlaczego jestem ich twórcą?
Pociągi wersetów jak chmury, słowa w kolejce na papier, ile jeszcze muszę pisaniem – wypisać swój testament… Kocham ludzi i świat, kocham, co w koło stworzone i mam nadzieję, że ja też jestem dla innych Aniołem…
{jcomments on}
Please wait...